Best of 2023: Najlepsze albumy

Best of 2023: Najlepsze albumy

Jaki był muzycznie rok 2023? Ciężko na to pytanie odpowiedzieć zarazem jednoznacznie i
wyczerpująco. Nasi redaktorzy podjęli się jednak tego zadania, wybierając i recenzując ich zdaniem
najlepsze wydawnictwa ostatnich dwunastu miesięcy.

Redakcja Magla

7 stycznia 2023

Wysłuchaj fragmentów wyróżnionych albumów na naszej playliście na Spotify.


Spotify

Bless This Mess

U.S. Girls (4AD)

Bless This Mess to prawdopodobnie najbardziej przystępny album z katalogu U.S. Girls, jednoosobowego projektu Meghan Remy. Dotychczas kojarzona głównie z eksperymentalnym art-popem, odznaczającym się lo-fi’ową produkcją i refleksyjnymi, zaangażowanymi społecznie tekstami artystka na tegorocznej płycie zaproponowała optymistyczną, celebrującą życie optykę, opakowaną w bardziej funkowe niż dotychczas brzmienia. Nie jest to jednak wcale tak radykalna zmiana, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Teksty, podobnie jak na wcześniejszych płytach, odznaczają się niepozbawionymi poetyckości błyskotliwością i przenikliwością. Wokalistka prezentuje tu stoickie podejście do egzystencji, koncentruje się na rzeczach przyziemnych, niemniej bardzo ludzkich – zachęca do wypisania się z życiowego biegu (So Typically Now, Futures Bet) i zwrotu ku prostocie, relacjom z bliskimi (Pump, Screen Face). Najciekawsze rzeczy dzieją się jednak w utworze Tux (Your Body Fills Me, Boo), gdzie podmiotem lirycznym jest zaniedbany, wiszący od dawna w szafie smoking – metafora, która wymyka się jednoznacznym interpretacjom (zachęcam do wsłuchania się i wyrobienia sobie własnej!). Piosenka ta jest również reprezentatywna dla płyty pod kątem dźwięku, z jednej strony wpadającego w ucho, z drugiej niepozbawionego eksperymentów – choć oferuje przyjemne, groove’owe brzmienie, to zarazem nie ułatwia zadania odbiorcy połamaną linią melodyczną. Zabierzcie się w tę trochę chaotyczną i zwariowaną podróż – na pewno wyjdziecie z niej w lepszych humorach.

Tekst: Kacper Rzeńca

Burning Desire

MIKE (10k)

Romantyczny horror z komediowym twistem. Tak kwituje swój album MIKE – zasłużona postać eksperymentalnego hip-hopu. Czy to adekwatny opis? Jak najbardziej. W październiku 2023 r. ukazał się jego ósmy studyjny album. Po owocnej współpracy z The Alchemist i Earl Sweatshirt przyszła w końcu pora na solowy, jeszcze ambitniejszy w swoich założeniach krążek – Burning Desire. Na płycie roi się od jazzowych aranżacji oraz obfitych metafor, a także melancholijnych sampli, bezbłędnie komplementujących głos amerykańskiego rapera. Artysta nie szczędzi nam cierpkiej, ale i urzekającej autorefleksji. Pochyla się mocno nad tematem dręczących go aspiracji i samotności. Postanawia wziąć również pod lupę swojego wewnętrznego krytyka, który zabija jego entuzjazm. Czy to wszystko, co Michael Bonema ma nam do zaoferowania? Skądże! Artysta snuje tu równolegle historię afrykańskiego rzeźbiarza masek, który po doświadczeniu upokorzenia dąży do zemsty. Zmyślona legenda o mrocznym rzemieślniku fenomenalnie buduje poczucie grozy i dopełnia refleksje rapera. Wspomniane poczucie niepokoju zostało tutaj skrzętnie wyważone przez ciepłe, kojące brzmienie oraz błyskotliwe żarty, których nie powstydziłby się sam Mac Miller. Pozycja obowiązkowa dla osób gustujących w alternatywnym hip-hopie.

Tekst: Patrycja Goska


Did You know that there’s a tunnel under Ocean Blvd

Lana Del Rey (4AD)

Najnowszemu albumowi Lany Del Rey nie da się zarzucić komercyjności. Nie ma tutaj lekkich, letnich gwiazd rozgłośni, a album oferuje nieporównywalnie więcej jako całość niż jego pięć czy nawet dziesięć najlepszych utworów z osobna. Jest nie tylko różnorodny, ale i niesamowicie spójny, czego przykładem są chociażby utwory A&W, Paris, Texas i Peppers. Ostatnie dwa wymienione utwory, obok rozczulającego do łez Margaret, kolącego tęsknotą The Grants i bezbłędnej piosenki tytułowej dowodzą również wrażliwości artystki oraz stanowią najlepsze, co oferuje album. Na honorowe wspomnienie zasługuje też Taco Truck x VB. Dzięki palącemu (i w żadnym wypadku nie jest to hiperbola) Peppers i wprawiającemu w trans kazaniu z Judah Smith Interlude album angażuje odbiorcę całą pełnią, całą sensorycznością, całym ciałem i umysłem. Gdy przychodzi więc czas na utwór (o być może zbyt długim tytule) Grandfather please stand on the shoulders of my father while he’s deep-sea fishing, który rozprawia się z krytykami nonszalancko niczym Tuwim, ujawniając jednocześnie zupełną samoakceptację artystki, nietrudno dać wiarę wszystkim wyznaniom Lany. Mam wrażenie, że ten album sprawił, że doceniam piosenkarkę kilkakroć razy bardziej niż dawniej, kiedy regularnie słuchałem kilku lub kilkunastu jej utworów. Tamte hity widzę teraz nie tylko jako coś, co się dobrze sprzedaje, ale jako coś, za czym stoją prawdziwe przeżycia. Zwięźlej – jest to apologia jej autentyczności.

Tekst: Adrian Wawer-Okleciński

El diablo en el cuerpo

Álex Anwandter (5 AM)

Tak, tak, już po raz kolejny bezwstydnie będę polecał na łamach Magla ponadgodzinną płytę z Ameryki Łacińskiej. Ale zanim przewiniecie do następnej pozycji, poświęćcie mi jeszcze proszę odrobinę uwagi. Obiecuję, że nie będzie żadnego reggaetonu, nawet żadnego trapu. Lepiej? A co jak powiem, że dostaniemy coś w stylu zachwalanego That! Feels Good! Jessie Ware, tylko lepsze? Wiem, że to hot take, więc w ramach – nomen omen – rozgrzewki posłuchajcie Mi vida en llamas z udziałem duetu Buscabulla, kapitalnego organicznego disco przywodzącego na myśl utwór What’s Your Pleasure? wspomnianej Brytyjki. Jeśli zaczniecie podzielać mój optymizm, sprawdźcie w następnej kolejności Unx de nosotrxs z Javierą Meną (house’owy motyw basu w drugiej części numeru!), a gdy będziecie już całkiem przekonani, włączcie utwór tytułowy – to, jak suspens zwrotki rozładowuje jego szarpany, sophisti-popowy refren, to czysta magia. El Diablo en el cuerpo jest też płytą ze świetnymi tekstami. Poruszająca historia o odkrywaniu homoseksualnej tożsamości i wsparciu odnalezionym w relacji uwzniośla electropopowy hymn Ahora somos dos. Bez zażenowania można też posłuchać politycznie zaangażowanego Balada de la impunidad, a motyw diabła w ciele w utworze tytułowym dowodzi dużej sprawności Chilijczyka w zakresie doboru słów do tła muzycznego. Warstwa autorska stanowi jednocześnie jedną z nielicznych wad krążka – energiczne pierwsze trzy kwadranse zostają bowiem spuentowane zestawem bardzo osobistych, ale dosyć nużących ballad. Zachęcam jednak do przesłuchania płyty od deski do deski. Różnorodność muzycznych inspiracji jest bardzo duża – wszyscy znajdą coś dla siebie. Zaś ja biorąc was, drodzy czytelnicy, jako zakładników, znowu będę mógł się rozpisywać o tym, jak latynoska muzyka przekracza granice i podbija kontynenty. Zanim zdążę więc na was napaść kolejną hiszpańskojęzyczną polecajką, sprawdźcie, czy przypadkiem waszego serca nie skradnie w tym czasie Álex Anwandter.

Tekst: Piotr Szumski


Everything Harmony

The Lemon Twigs (Captured Tracks)

Nic dziwnego, że bracia D’Addario pomagali Weyes Blood przy ikonicznym Titanic Rising. Wszystkich troje łączy zamiłowanie do harmonii i rozwiązań brzmieniowych rodem z przełomu lat 60. i 70. W przypadku The Lemon Twigs dochodzi do tego biegłość w żonglowaniu cytatami, wpływami i rockowymi podgatunkami: Bee Gees idą pod rękę z The Beach Boys, Simonem & Garfunkelem i XTC, a muzyczny krajobraz wypełniają symfoniczne aranżacje i wzbogacające wrażenia instrumenty (m.in. mandolina, wibrafon, róg). Nie jest to retromania w czystej postaci. In My Head brzmi jak beatlesowe Alvvays, a teksty, mimo uniwersalnego przekazu i przemyśleń, wydają się idealnie pasować akurat do współczesnych czasów. Co jednak najważniejsze, płyta ma jeszcze jedną wspólną cechę z klasykami sprzed pół wieku: chce się ją śpiewać. Tak jak ABBA zmusza do teatralnego wykrzykiwania kolejnych wersów The Winner Takes It All w pustym mieszkaniu ku niezadowoleniu sąsiadów, również The Lemon Twigs w taki sposób akcentują słowa i sylaby, że nie sposób nie śpiewać wraz nimi. I to śpiewać, nawet jeśli pokracznie, najgłośniej jak się da.

Tekst: Jacek Wnorowski

Freak Scene

Pacifica (Pacifica)

Debiutancki krążek argentyńskiego żeńskiego duetu to kwintesencja stylu Gen Z w rockowym wydaniu. Teksty o relacjach, krótszych lub dłuższych perypetiach miłosnych w większości bronią się prostym słownictwem i zwięzłą metaforą. Warstwa muzyczna jest ciekawsza. Porządne gitarowe pochody, które choć pasują do nocnych audycji dla ludzi szos, nie są tylko „muzyką do auta”. Przeplatają się z inspiracjami The Strokes, U2, R.E.M, Talking Heads, Betty Davies. Fragmentami słychać też lekkość i otwartość dzisiejszego indie. Szkoda, że bardzo przemyślaną mieszankę stylistyczną czasem przykrywają zbyt popowe refreny, co w efekcie przypomina hity Disney Channel z filmów pokroju Camp Rock. Wątpliwa zdaje się też wszechobecność autotune’a. Rzeczywiście, nieokrzesany wokal Inés Adam momentami wymaga wygładzenia, zwłaszcza w wyższych rejestrach, natomiast efekt jest używany zbyt intensywnie, w konsekwencji za bardzo pudruje naturalne dla rocka niedoskonałości. W masteringu nieco zanikł bas, co wydawać się może dziwne, bo współtworząca duet Martu Nintzel gra na tym instrumencie. Po Argentynkach widać, że doskonale czują się w stylistyce naszego pokolenia. Z jednej strony powrót do lat 80. jest w modzie, a Adam i Nintzel czerpią garściami z twórczości uznanych zespołów sprzed lat. Z drugiej pokazują młodzieńczą siłę i potrzebę głębokiego kontaktu z kimś bliskim, w czym nie są wcale banalne. Być może przebijający się tu i ówdzie ckliwy styl à la Jonas Brothers jest wypadkiem przy pracy, nieświadomym powrotem do dziecięcej wrażliwości pokolenia lat dwutysięcznych. Z kolei samo sformułowanie freak scene zdaje się obrazować poczucie odrębności i niezrozumienia przez innych – w końcu to dzisiaj dziwne, że chce się grać coś w stylu Strokesów, nieprawdaż? Całość brzmi dobrze, słucha się szybko, krążek trwa pół godziny. Na uwagę zasługują bliskie Talking Heads Misled i Premature Rejection, najmocniejsze gitarowe uderzenie. O komercyjnym sukcesie świadczy singiel With or Without You, który w niecały miesiąc po premierze uzyskał wynik 759 tys. odsłuchań w serwisie Spotify. Po całość sięgnęło już ponad 74 tys. słuchaczy, a femme-rockowy duet zza Atlantyku dopiero się rozkręca.

Tekst: Franciszek Pokora

I Inside the Old Year Dying

PJ Harvey (Partisan Records)

Ucieleśnione w rozdzierającym, gardłowym wokalu i kuszących szeptach teksty opowiadające o kobiecości łaknącej, cierpiącej i zaklętej w archetypach, o obsesji, ekstazie, pięknie i pragnieniu – to tylko nieliczne z motywów twórczości PJ Harvey. Jej nowy album I Inside The Old Year Dying zachwyca lirycznym brzmieniem. W swojej muzyce stara się nie powtórzyć własnego materiału w żadnym kształcie i żadnej formie. Słynąca z chrapliwych krzyków, w nowych utworach robi pożytek z wyższego rejestru wokalnego, śpiewając głosem zbliżonym do tego, który parę lat wcześniej określił album White Chalk i który sama nazwała „kościelnym”. Jej głos brzmi czysto, magicznie. Płyta stanowi adaptację poematu lirycznego Orlam, napisanego przez artystkę w ginącym, rodzimym dialekcie Dorset. PJ kolejny raz sięga do swoich brytyjskich korzeni, jednak – w przeciwieństwie do antywojennego Let England Shake – nowy album nie ma politycznego wydźwięku; jest osobistym przebudzeniem serca, krwawym owocem tęsknoty za mrocznymi, wilgotnymi wzgórzami rodzinnego hrabstwa. Warstwa instrumentalna jest jakby pulsem lasu – rytmiczną gęstwiną dźwięków o różnym natężeniu, intymnych i tętniących. Według samej PJ, artystka w każdym ze swoich utworów śpiewa o miłości, która stanowi trzon życia. I Inside The Old Year Dying to misterium przeistoczenia dziecka w kobietę, modlitwa do uosobionego w mrocznej przyrodzie absolutu o doświadczanie świata w miłości czułej, ufnej i bezwarunkowej. Muzyka PJ Harvey jest jak rodzinne Dorset oczyma piosenkarki – pełna światła i mroku, ekstazy i melancholii.

Tekst: Oliwia Witkowska

Love in Exile

Arooj Aftab, Vijay Iyer, Shahzad Ismaily (Verve Records)

Głos Arooj Aftab po raz pierwszy usłyszałam, odkrywając jej poprzednią płytę Vulture Prince. Od pierwszego przesłuchania spodobało mi się brzmienie tego świetnie kontrolowanego, melodyjnego wokalu. Od tamtej pory, kiedy potrzebuję się wyciszyć, często wracam właśnie do niego. Równie dobrze brzmi on w najnowszej aranżacji, choć nie jest w niej przeważającym elementem. Arooj, wraz z dwoma innymi równie utalentowanymi muzykami – Vijayem Iyerem na instrumentach klawiszowych i Shahzadem Ismailym na basie i syntezatorze – stworzyła pakistańsko-hinduskie trio. Album Love in Exile jest efektem ich spontanicznej współpracy podczas improwizowanych koncertów. Sam jest, do pewnego stopnia, improwizacją. Ambient jazzowe utwory rozwijają się powoli, a wokal jest w nie umiejętnie wpleciony, tworząc nieco mroczną, podniosłą atmosferę. Rytm utrzymywany jest przez miękką linię basu, a melodię dopełnia wykorzystywane w niebanalny sposób pianino, momentami zastępowane przez elektronikę. Arooj śpiewa w języku urdu, co z perspektywy osoby słuchającej przeważnie europejskiej i amerykańskiej muzyki czyni ten album jeszcze bardziej intrygującym. Artystka wychowana w Pakistanie (a obecnie mieszkająca w Stanach Zjednoczonych) bynajmniej nie odcina się od swoich korzeni. Warto zatem znaleźć czas na zanurzenie się w tym melancholijnym połączeniu różnych kultur.

Tekst: Aleksandra Kamińska


My Bloody America

City Morgue (Hikari-ULTRA)

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na niechybne zawieszenie działalności City Morgue, którego krótka, lecz intensywna kariera odcisnęła permanentne piętno na trap metalu – stosunkowo niszowym gatunku. Wokalna synergia, którą odznaczają się ZillaKami i SosMula, ciężkie gitarowe beaty oraz agresywny flow złożyły się na unikalny styl, który zaskarbił sobie szacunek entuzjastów szerokiego spektrum muzyki. W ramach prezentu pożegnalnego fani amerykańskiego duetu otrzymali album, który wieńczy ich wybuchową dyskografię – czy jednak czyni to w godny sposób? Dokonania City Morgue zwykłem oceniać do pewnego stopnia pod względem zdolności podniesienia tętna i poziomu adrenaliny słuchaczy, co do tej pory wychodziło im prawie idealnie. Tym samym, w energetycznej skali od 1 do 10, najnowszy album wypada gdzieś w okolicy uczucia towarzyszącego wypiciu poczwórnego espresso, gdy próbujesz usiedzieć na krześle, ale z głośników leci twój ulubiony metalowy zespół. Czyli naprawdę nieźle. Dynamiczne wersy ze strony obu wokalistów z niemal komiksowo brutalnymi tekstami są dosłownym uosobieniem mema kiedy jedziesz do swojej nudnej pracy słuchając muzyki o używkach i zabijaniu ludzi. Możemy zatem poznać mocno przerysowane sposoby, w jakich zginą przeciwnicy nowojorskich raperów, stan ich konta po kolokwialnym zrobieniu ruchów, czy przepis na narkotykowy koktajl dnia. Łatwo zauważyć, że mamy tu do czynienia z tym samym lirycznym pakietem startowym, co w przypadku starszych albumów City Morgue – i nie ma w tym nic złego, skoro zabawa z odsłuchu jest przednia. Rozczarowujący jest fakt, że nie wykorzystano w pełni potencjału instrumentalnych przerywników, tak, by swoim rozbudowaniem dorównały reszcie albumu. Lepszą alternatywą – w ramach odpoczynku od strzałów broni – byłby powolny, nastrojowy utwór, który do tej pory pojawiał się przynajmniej raz na każdym z poprzednich wydawnictw. Przyjemne dla ucha okazało się powierzenie produkcji warstwy dźwiękowej aż kilkunastu osobom, dzięki czemu usłyszeć można nie tylko klasyczne gitarowo-hiphopowe beaty, ale również elementy horrorcore’u, grunge’u, a nawet elektroniczne wstawki. Trudno obecnie znaleźć bardziej dynamiczny zespół, który tak swobodnie miksuje gatunki, a jednocześnie mający korzenie ugruntowane w trapie. My Bloody America nie stara się zredefiniować gatunku, ani nawet dyskografii City Morgue – stanowi jednak solidne domknięcie niezwykle udanej historii zespołu.

Tekst: Jakub Kołodziej

nowe życie

asthma (Def Jam Recordings)

Alfabetu agent. Ambasador abecadła – ta linijka wyjęta wprost z kultowego Alphabet Challenge autorstwa DGE idealnie odnosi się do sylwetki artysty, którego album rekomenduję poniżej. Mowa oczywiście o… nie no, musi być jeszcze chwilka suspensu. Oddajmy hołd Guralowi i, pozostając w podobnej konwencji, przyjrzyjmy się raperom, których ksywy zaczynają się od pierwszej litery alfabetu. Avi wciąż trzyma formę, a jego Mały Książe to jeden z najgłośniejszych albumów tego roku. Liczb za sprawą club2020 doczekał się wreszcie Astek. Z kolei Asster i Aleshen z hukiem wdarli się do mainstreamu. Moim zdaniem na największe docenienie zasługuje jednak… (fanfary) asthma wraz z nowym życiem. Cały rok tworzenia płyty był usłany trudnymi wydarzeniami. Niejednokrotnie chciałem skończyć swoje życie, niejednokrotnie miałem dość i nie widziałem światła – wspomina raper pochodzący z Bielska-Białej. Brzmi mrocznie, depresyjnie? Owszem, nowe życie jest albumem, z którego bije swego rodzaju chandra. Niemniej w swojej szarej, mizantropijnej konwencji lirycznej, jest to również krążek niezwykle wciągający. Zróżnicowany dobór producentów, wśród których znajdziemy m.in.: 1988, Moo Latte czy  SHDØW, sprawia, że wśród piętnastu utworów trafimy na przeróżne klimaty. Płynące serce i gizmo, agresywna żyleta, boombapowe beastie boys czy limpbizkitowskie starowiślna 33 i pornography and ecstasy. Serio, prawdziwa muzyczna paleta barw. Kwintesencja różnorodności alt rapu.

Tekst: Jakub Kosiniak-Imiołek


Omen

Kasia Lins (Universal Music Polska)

Kasia Lins już na Mojej winie korzystała obficie z religijnych rekwizytów, które stanowiły zresztą motyw przewodni albumu. W zasnutym kadzidłem kościele spowiadała się o zmroku ze swoich najcięższych przewinień, bluźniła przeciw Bogu i na przekór zabobonom przepędzała demony, sypiąc cukrem, a nie solą. Echo tych „dewocji” słychać również na jej najnowszej płycie, zatytułowanej Omen, czego dowodem są już same tytuły utworów: Nieba nie ma, Anioł czy Ani Amen. Pomimo tego, że w tekstach snują się duchy i przewijają się bóstwa ciemności, lirycznie Kasia Lins nie zjada swojego własnego ogona. Do uduchowionej namiętności dorzuciła garstkę wątków kryminalnych, czego owocem są utwory Po trupach do ciebie czy nagrany w duecie ze świetnym WalusiemKraksąKryzysem Do śmierci mamy czas. Brzmieniowo, w uniwersum Kasi, także zaszły korzystne zmiany. Kompozycje są o wiele bardziej różnorodne, mają ostrzejszą krawędź i nie brzmią już tak „kaplicznie”, dzięki czemu tym razem przechodzi się przez album jak przez ścieżkę dźwiękową z dobrego filmu sensacyjnego, a nie jak przez transmisję z sadomasochistycznego nabożeństwa. Omen jest zatem świetnym kontrastem anielskiego, egzaltowanego wokalu ze świadomie mroczną warstwą tekstową, co tylko dopełnia zróżnicowane, raz drapieżne, raz ponure instrumentarium. Pozostaje tylko czekać, czym arcyciekawa postać, którą jest Kasia – konsekwentna w swoich artystycznych środkach, a przy tym otwarta na romanse z nowym –  zaskoczy nas następnym razem.

Tekst: Jakub Świdziniewski

Panny Młode

Lor (Agora)

W maju zespół Lor zaprosił słuchaczy w podróż w świat melancholii i romantyzmu, jednocześnie łamiąc dotychczasowe przekonania i stereotypy – najnowszy album opowiada niecodzienne historie w zupełnie nowy sposób. Słuchając Panien Młodych ma się poczucie tańca przy kropiącym deszczu. Poetyckość tekstów i wysoka wrażliwość charakteryzują płytę, nadając jej niesamowity klimat, który wciąga już od pierwszych nut. Lor pokazuje świat często niekolorowy, gdzie szczęście zależy od naszego spojrzenia na niego – taką wizję znajdziemy w utworach Nikt czy Romantyczność. Natomiast Mło(dość) to hymn wołający o dojrzałość i ludzką empatię. Kontrastem dla tych ballad są utwory Trafalgar Square oraz Pam Pam Pam, podkreślające wagę miłości czy spontaniczności. Album domyka wyciskacz łez – Helcia, która złamie nawet najtwardsze serca. Na płycie każdy znajdzie coś w swoim klimacie. Panny Młode to pełna pasji oraz emocji płyta, co słychać w każdej nucie i słowie. Słuchacz przeżywa wszystkie myśli, które zespół muzycznie opowiada na przestrzeni albumu. Wpada on w wir pięknej liryki i przemyślanych dźwięków, tworzących idealną kompozycję dla wymagającego audiofila. Album odznacza się ambicją oraz przemyślanym podejściem w każdym utworze. Lor w tym albumie wykazuje osobliwość i kreatywne brzmienie. Jest to perełka wśród polskiej muzyki alternatywnej. Gorąco zachęcam do odsłuchania oraz wspierania zespołu, gdyż zasługuje na zdecydowanie większy rozgłos.

Tekst: Michał Gil

SCARING THE HOES

JPEGMAFIA, Danny Brown (AWAL, Peggy)

SCARING THE HOES to 36 minut rapowego maksymalizmu, które w połączeniu z ekscentrycznością twórców pozostawiają poczucie absolutnego nasycenia muzyką. Nie negując wcale osi symetrii – hip hopu – album nie stroni od gitarowych brzmień, elektroniki w najczystszej formie, a nawet disco. JPEGMAFIA i Danny Brown zdają się czerpać znakomite korzyści ze swojego towarzystwa. JPEGMAFIA odpowiedzialny jest za obszerną część tekstów na płycie – charakteryzuje je pełna złości i poczucia niesprawiedliwości liryczna moderna, uzupełniona aluzjami popkulturowymi, ale z gustem (czasem nawet polotem). Z kolei Danny Brown ze swoim zapleczem muzyki elektronicznej opanowuje samplowanie do perfekcji. W kawałku Fentanyl Tester pojawia się Milkshake Kelis, który Brown uplastycznia i przekształca w smukłą „przełączkę” – jego autorski zabieg muzyczny, pozwalający na lawirowanie między pomysłami i napełnienie jednej piosenki wieloma – często spolaryzowanymi – brzmieniami. Milkshake nabiera trapowej, wręcz dramatycznej tonacji i przechodzi w basowe, uptempowe dźwięki. Z kolei w kawałku Garbage Pale Kids przełączką obdarzona zostaje przesterowana gitara, co stanowi dowód wszechstronności muzyków. Uwypuklone zostają wówczas ich sylwetki – dbający o formę w każdym gatunku instrumentaliści (przy założeniu, że konsoleta to też instrument) i tekściarze. Moje wymysły odnośnie tej płyty można podsumować mówiąc, że jest to awangardowe dzieło, stworzone przez samozwańczych męczenników chaosu, którzy go oswoili. Dbałość o szczegóły graniczy u nich z fetyszem. Złość i podniecenie królują na krążku. Polecam wszystkim – szczególnie tym nowoczesnym – buntownikom

Tekst: Zuzanna Zalejasz

Powders

Eartheater (Chemical X, Mad Decent)

Eartheater po raz kolejny zabiera słuchaczy w odmęty sensualnego szaleństwa. Na albumie Powders stłumiona warstwa instrumentalna miesza się z syntezatorami, tworząc charakterystyczną dla jej twórczości, pozornie chaotyczną fuzję, stanowiącą jednak spójną całość. Art popowy projekt Alexandry Drewchin czaruje swoim dualizmem, idealnie podsumowanym przez artystkę w utworze Face in the Moon słowami: Two different/Natures are pulling at me. W istocie, Powders rozpieszcza utworami skupionymi wokół tematu seksualności, by chwilę później zaskoczyć subtelnym coverem Chop Suey, pochodzącej z repertuaru System Of A Down kompozycji eksplorującej problematykę depresji i samobójstwa. Album jest swoistym katalogiem technik wykorzystywanych przez artystkę w jej poprzednich projektach. Nakładające się na siebie warstwy wokalne, duża ilość delayu i elektroniczne efekty to tylko część niekończących się eksperymentów prowadzonych przez Eartheater. Przywrócenie warstwy akustycznej, zatraconej w jej zeszłorocznym albumie Trinity, nadaje kompozycjom kameralny charakter, pozwalający zupełnie zanurzyć się w ich poszczególnych częściach. Efekt potęguje eteryczny wokal artystki, oscylujący między trzema oktawami z niesamowitą lekkością, co konfunduje, ale i wzbudza ciekawość swoją nieprzewidywalnością. Kalejdoskopowe melodie symultanicznie wywołują całą gamę uczuć, od ekstatycznego uniesienia, przez zobojętnienie, do melancholii i cierpienia. Powders tworzy swój własny mikrokosmos, przenoszący słuchaczy do alternatywnej rzeczywistości, której z pewnością warto doświadczyć.

Tekst: Emilia Kowalewska


Praise a Lord Who Chews but Which Does Not Consume

Yves Tumor (Warp)

Niektórzy żartobliwie twierdzą, że w każdym szanującym się muzycznym zestawieniu powinna znaleźć się przynajmniej jedna trudna do wymówienia nazwa, świadcząca o wysublimowanym guście autora. Zatem proszę bardzo – przedstawiam wam krążek zwany najnowszym Tumorem, który skradł moje serce już po pierwszym przesłuchaniu i wciąż nie pozwala o sobie zapomnieć. Jestem przekonany, że 12 głęboko zmysłowych kompozycji, utrzymanych w art rockowej postaci, nieskrępowanych jednak przez zdefiniowane, sztywne ramy, jest w stanie wprowadzić w euforyczny nastrój nawet najbardziej niewrażliwą osobę. Niczym malarz bawiący się kolorami na swojej palecie, Yves Tumor dowolnie łączy elementy najróżniejszych gatunków, za każdym razem zmieniając ich formę i dodając interesujące elementy, takie jak post-punkowe sample twórczości The Cure czy psychodelicznie zapętlone gitarowe riffy. Mimo to nie sposób w żadnym momencie nazwać jego sonicznych eksperymentów chaotycznymi ani tym bardziej wymuszonymi. Amerykański wykonawca pokazuje, że nie musi nikomu niczego udowadniać, a swoje utwory komponuje z gracją weterana alternatywnej sceny, na którego tytuł coraz bardziej zasługuje. Moc płynącą z tego albumu pogłębia warstwa liryczna, urozmaicona wielokrotnie przez głosy zaproszonych na płytę gości. Teksty skupiają się w dużej mierze na intymnych relacjach autora, jak również jego postrzeganiu świata i samego siebie.

Tekst: Jakub Kołodziej

PROXL3M

PRO8L3M (2020)

Wyczekiwany nie zawiódł – obchodzący w tym roku dziesięciolecie PRO8L3M uczcił je serią wybuchów, którą zwieńczył trwający prawie godzinę album. Nie zawiodło również budowanie napięcia przed jego publikacją – ogłoszenie promującej krążek trasy koncertowej spowodowało pustki w kasach biletowych, a organizowany w Melt Museum PRO8L3M EXPERIENCE tylko podgrzał atmosferę wokół jubileuszowego powrotu. Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy są krótkie skity – symbolizując siedem grzechów głównych nawiązują do obecnych w twórczości duetu realiów życia ulicy, które nie mają wiele wspólnego z obowiązującymi przepisami prawa. Są one przerywnikiem dla charakterystycznie dynamicznych utworów. Sam album to idealne połączenie klasycznego PR08L3MU z nowym brzmieniem – zarówno od strony wokalnej (nowością są niektóre prawdziwie melodyczne refreny), jak i storytellingowej. Tej drugiej na pewno nie brakuje. Wbrew śladowemu niezadowoleniu fanów, tłumaczonemu odmiennością od wcześniejszych płyt, większość numerów nawiązuje tekstowo do ich dawnej twórczości, jak również wykorzystuje będące już swego rodzaju znakiem firmowym sample utworów nieco starszych wykonawców. PRO8L3M na przestrzeni ostatnich lat zbudował wyjątkowo silną pozycję, która dzięki hucznemu świętowaniu dziesiątej rocznicy stała się jeszcze bardziej stabilna. Zainteresowanie zespołem wręcz wzrasta, choć mogło wydawać się to niemożliwe.

Tekst: Olga Polus

STARFUCKER

Slayyyter (Fader)

STARFUCKER, trzecie wydawnictwo w karierze Slayyyter, to wyraźny krok naprzód w jej twórczości. W porównaniu z poprzednimi dokonaniami artystki można dostrzec rozwój zarówno na poziomie technicznym wokalu i produkcji, jak i muzycznej wszechstronności. O ile już wcześniej potrafiła ona udowodnić swój talent i satyryczny pazur, to trudno było się oprzeć wrażeniu, że raczej bezpiecznie drepcze ścieżką wydeptaną przez Charli XCX, nie wychodząc zbytnio poza wciąż świeżą, ale już sprawdzoną hyperpopową konwencję. I chociaż gatunek ten wciąż wyraźnie zaznacza swoją obecność na płycie, a kilka utworów produkcyjnie brzmi, jakby wyszły spod ręki SOPHIE (szczególnie Purrr i Plastic), artystka na nowym albumie otworzyła się na szersze spektrum electropopu. Możemy na nim odnaleźć jawne inspiracje takimi krążkami jak Blackout Britney Spears, The Fame Monster Lady Gagi czy Electra Heart MARINY. Do tego można wysnuć paralelę do dokonań innej „protegowanej” Charli, czyli Kim Petras – pomieszanie przyjaznej, pogodnej produkcji na jednych utworach z mroczniejszymi, industrialnymi beatami na innych oraz otwarcie erotyczna, pozbawiona zbytniej subtelności narracja, serwowana jednak z satyrycznej, ujętej w „bimbo-personę” perspektywy. To właśnie najbardziej wpisujące się w ten obraz utwory najmocniej zwracają uwagę przy pierwszym przesłuchaniu STARFUCKER. Otwierające krążek I Love Hollywood! oraz składające się na stanowiący najlepszy moment płyty tryptyk Erotic Electronic, Purrr i Plastic pozostawiają słuchacza w poczuciu przyjemnego szoku po obcowaniu z czymś grzesznym, kiczowatym i wulgarnym, pozostającego jednak w granicach dobrego smaku dzięki ironicznemu dystansowi. Brutalna, niemal pornograficzna siła wymienionych utworów powoduje, że reszta albumu na początku przy nich blednie, tworząc wręcz poczucie pewnego dysonansu poznawczego. Zyskuje ona jednak z kolejnymi przesłuchaniami, zawierając w sobie szereg świetnie wyprodukowanych, wpadających w ucho piosenek, żeby wymienić zawdzięczające dużo MARINIE Miss Belladonna i Rhinestone Heart czy retrowave’ove Dramatic i Out of Time. Płyta zachowuje równy poziom na całej długości, a dzięki tej rozmaitości nie nudzi się nawet po wielokrotnym odtworzeniu. I o ile dosadność materiału raczej uniemożliwi Slayyyter przebicie się w tej chwili do mainstreamu, jego jakość i różnorodność pozwalają wierzyć, że moment przełamania jest całkiem niedaleko, a wokalistka powinna poradzić sobie po nim lepiej niż Kim Petras, wyraźnie niepotrafiąca się odnaleźć po sukcesie Unholy.

Tekst: Kacper Rzeńca


TAXI

Łona, Konieczny, Krupa (Def Jam Poland)

Po odsłuchaniu całości każdy zobaczy coś innego: czy będzie to postój taxi pod stacją PKP w waszej lokalnej miejscowości, czy przejazd Passatem B5 lub poczciwą skodziną przez Marszałkowską późną nocą. Przy pierwszych nutach da się poczuć pod palcami znajomą fakturę weluru, a przede wszystkim doświadczyć poetycko uchwyconego tętna ulic, uliczek i dróg nieco szybszego ruchu. Co jednak najbardziej magiczne w tym wszystkim – poszczególne kawałki zawierają w sobie opowieści z morałem. Czasami podniosłe i bardzo osobiste, jak na przykład KOLĘDA, a następnym razem bardziej przyziemne, jak KOCYK i PAN DAREK. Wszystko to zwieńczone krótkimi wypowiedziami taksówkarzy, na fundamencie których stworzono fabułę poszczególnych utworów. Nie ukrywam – to mnie w tym wszystkim urzeka najbardziej, to mnie zaskakuje i tym właśnie żyje ten album, tym manifestują się jego niezwykły duch i charakter. Klimat wypływa z kawałków ludzkich historii zebranych pod sztandarem rytmicznych bitów, pozostających hip-hopowymi, ale z wyraźnymi zaczerpnięciami z muzyki elektronicznej czy jazzu. Jeżeli będziecie mieli chwilę, przesłuchajcie całości. Jeżeli trochę mniej niż chwilę, to chociaż KOCYK. To taka wielka prośba ode mnie. Poświęćcie te cztery minuty, nawet jeśli miałoby się wam nie spodobać. Warto eksperymentować i ten album jest tego świetnym przykładem. A następnym razem, kiedy będziecie jechać taksówką, nie bójcie się zagadnąć kierowcy, tak po prostu: co u niego słychać.

Tekst: Dawid Szczęsny

That! Feels Good!

Jessie Ware (EMI Records)

Drogi czytelniku, jeśli zastanawiasz się, z jakimi recenzjami spotkała się poprzednia płyta Jessie Ware, wystarczy, że posłuchasz intro do jej ostatniego albumu. Orgiastyczny chór, prosząc artystkę o powtórkę, wprost ci podpowie, że album naprawdę sprawił im dużo przyjemności. I cóż, Jessie tego chóru posłuchała – zrobiła to ponownie, ale w innym stylu. Przy akompaniamencie mocniejszych tanecznych rytmów, zrzuciła z siebie perły elegancji, przybrała postać wolności i powiodła swoich słuchaczy na paradę. Słowem kluczem That! Feels Good! jest wspólnota. Utwory mają w sobie pewien rodzaj hymnowości, osiągany dzięki rytmicznym wykrzykiwaniom – między innymi tych do uwolnienia siebie (Free Yourself) czy powstania (Beautiful People). Uczestnikom rewolucji przyjemności towarzyszą na przemian pompatyczne (Begin Again, szczególnie od 4:25), zadziorne (końcówka utworu tytułowego) i romantyczne (These Lips) instrumenty dęte. Proszę, posłuchajcie Jessie i take a bow w stronę KOKOROKO, którzy są za nie odpowiedzialni. Pochód ku przyjemności ma również swoje momenty na odpoczynek, w których już sama Jessie wykonuje ukłon w kierunku swoich starszych fanów, dotykając sentymentalności z Glasshouse w Hello Love czy sensualnego R&B z Tough Love w Lightning. Na That! Feels Good! Jessie Ware nie tylko zachęca odbiorców do tańca, lecz także do walki o swoje prawo do rozkoszy. Ku niej prowadzi swój pochód – już nie spocona od pożądania, lecz po prostu wolna w jedności.

Tekst: Jakub Białas

The World EP.2 : OUTLAW

ATEEZ (Genie Music)

Gdyby albumy muzyczne kategoryzowano podobnie jak filmy, The World Ep.2: Outlaw zdecydowanie należałby do gatunków kina akcji i sci-fi. Pierwszy utwór – This World – łącząc ze sobą futurystyczne brzmienia, silne wokale i energiczny rap, stanowi wprowadzenie do kolejnej części albumowej trylogii The World – opowieści, w której zespół wciela się w zbuntowanych protagonistów dystopijnego świata. Czerpie z dźwiękowego chaosu garściami, bawiąc się nim i tworząc własny styl, dzięki czemu otrzymujemy niemalże filmową przygodę, podczas której ATEEZ zabiera nas na eksplorację swojego fascynującego uniwersum. Każdy z utworów, przesiąknięty energiczną elektroniką, brzmi jak ścieżka dźwiękowa kulminacyjnej sceny walki czy pościgu, przyspieszających bicie serca i pompujących adrenalinę do umysłu – jest głośno, ekscytująco i z rozmachem. Intensywny Wake Up już przy pierwszych wersach budzi z symulacji rzeczywistości, Dune z kolei podąża bardziej osobistą drogą bohaterów od agonii i bezsilności, aż do odkrycia, że są panami własnego losu w nonszalanckich Bouncy, Django i Outlaw. Wszystko to tworzy spójny muzycznie i tekstowo album koncepcyjny w klimacie fantastyki, z wieloma nawiązaniami do klasyków takich jak Matrix czy Diuna. Dopracowana promocja albumu i singla Bouncy oraz przyciągające uwagę występy okazały się przepisem na globalny sukces. ATEEZ udowodnił, że na scenie nikt nie zadziera z Django. Dynamiczna mieszanka wybuchowa, jaką jest The World Ep.2: Outlaw przekonuje, że warto sięgnąć po tę czerwoną pigułkę.

Tekst: Anna Chojka


Volcano

Jungle (Caiola Records, AWAL)

Volcano to prawdziwa eksplozja ciepła i pewności siebie. Najnowszy album londyńskiego duo muzyki elektronicznej proponuje świeże i lekkie spojrzenie na dopracowaną i znaną już fanom Jungle formę – gdy poprzednie wydania starały się przemycać w swoich energicznych i synthowych brzmieniach proste historie, często z morałem, Volcano pragnie za pomocą zwiewnego połączenia disco oraz funku przekazać nam jedną, prostą wiadomość: Kochaj siebie!. Teksty zostały uproszczone, a utwory swoimi dźwiękami podnoszą na duchu oraz zachęcają do rytmicznego falowania, gdziekolwiek się jest. Od pobudzających Us Against the World i Holding on, przez krzepiące Dominoes i viralowe Back on 74, aż po relaksujące Pretty Little Things – nowa odsłona Jungle to ścieżka dźwiękowa dla życia, która nada mu lekkości. Serdecznie polecam zapoznanie się także z teledyskami wyprodukowanymi na potrzeby albumu. Są to nagrane do poszczególnych utworów choreografie w formie jednego, ciągłego ujęcia, których realizacja stoi na najwyższym poziomie.

Tekst: Stanisław Król

Wykopki EP

Franek Warzywa, Młody Budda (jedzenie warzyw)

W czerwcu 2023 r. polski niezal wszedł do świadomości całego świata. Ta rzecz to obłęd, zwięźle podsumował sam Anthony Fantano w jednym z filmików Wykopki EP Franka Warzywa i Młodego Buddy. Nie sposób mi się nie zgodzić z diagnozą najbardziej zajętego muzycznego nerda internetu i, jak on, odesłać czytelników do odsłuchania płyty. Trzeba jej doświadczyć samemu. Choć to tylko pięć krótkich piosenek (najdłuższa, Wykopki, ledwo przekracza trzy minuty), ta EPka jest jak ogr – ma warstwy. Absurdalne teksty Franciszka Drażby (Franka) – naznaczone podobną infantylnością co YouTube’owa twórczość Klocucha – są przez niego śpiewane, krzyczane i recytowane do kompozycji Adama Kiepuszewskiego (Młodego B), który całość również wyprodukował. Duet czerpie z szerokiego spektrum stylistycznego, od mathrockowych pasaży gitarowych, przez hyperpopowe glitche i pitchowanie wokali, aż po neofolkowe smaczki. Obaj panowie mają papiery na tworzenie sztuki: Drażba jest absolwentem warszawskiego ASP, a Kiepuszewski Konserwatorium w Amsterdamie. I to widać oraz słychać. Nie umniejszając wizualnemu i tekstowemu wkładowi Franka – polecam wsłuchać się i zwrócić szczególną uwagę na to, jak wprawnym gitarzystą i producentem jest Młody B! Pół roku po premierze EPka doczekała się reworku. Wykopki EP – rozszerzone o nieco starszy Napad na bazar – otrzymały kolejną warstwę dzięki przemodelowaniu przez prawdziwe crème de la crème polskiej sceny niezależnej, m.in. zachwyt czy bogdana sėkalskiego. Polecam, choć na koniec stwierdzę, że nic nie pobije pojechania na wykopki w maju.

Tekst: Michał Wrzosek

1-800 Oświecenie

Taco Hemingway (2020)

To był ciężki rok jak parę ton – ten wers z utworu Solara nigdy więcej 2022 idealnie opisuje również, niestety, ostatnie 12 miesięcy w polskim rapie. Nuda i powtarzalność, a co najważniejsze, kiepska muzyka. Na palcach jednej ręki mogę policzyć płyty, które są ponadprzeciętne. Jedną z nich jest krążek 1-800 Oświecenie od Taco Hemingwaya. Pan Szcześniak przyzwyczaił już słuchaczy do albumów koncepcyjnych. Tym razem opiera się to na stworzeniu klimatu audycji radiowej. W efekcie słuchając płyty w aucie można odnieść wrażenie, że z naszych głośników nie wydobywa się muzyka ze Spotify, tylko z samochodowego Pioneera. Odsłuch całości, nie pomijając skitów, to czysta przyjemność. Warto pochylić się nad tematem featuringów, które u Filipa nie zawsze były na najwyższym poziomie. Przy tym projekcie trudno jest mi się jednak do kogokolwiek przyczepić. Warto wyróżnić Darię Zawiałow, której zwrotka z Mixu Sałat najmocniej wbija się w pamięć. Jeśli chodzi o warstwę liryczną, to naczelny polski wąsacz od zawsze był uważany za pierwszoligowego tekściarza. Dobre rymy, zabawa słowem, puenty i punche – to wszystko znajdziemy na najnowszym albumie Taco. W warstwie muzycznej słychać różnorodność. Na wyróżnienie zasługuje numer Cichosza, który jest szaloną reinterpretacją piosenki Grzegorza Turnaua. Filip Szcześniak kupił mnie, przede wszystkim, radiowym klimatem. Krążek nie jest w niczym przełomowy, jednak jest wart odsłuchu. Każdy może znaleźć coś do zapętlenia, a w moim przypadku są to utwory takie jak: Nametag, Cichosza czy Mix Sałat.

Tekst: Patryk Kwieciński


93696

Liturgy (Thrill Jockey)

Transcendentalny black metal. Brzmi dziwacznie? I tak jest. Ambitny projekt samo-przekroczenia black metalu rozpoczęty lata temu przez Hunt-Hendrix – wokalistkę i główną kreatywną siłę napędzającą Liturgy – wciąż trwa i nie zamierza się zatrzymywać. Najnowsza jego inkarnacja przynosi chyba najambitniejszy rezultat jak do tej pory. Epicki 93696 to muzyczny i filozoficzny eksperyment, poszukiwanie nowych granic, które można ponownie łamać. Paradoksalna próba stworzenia nieba, która od początku nie ma szans się ziścić. Intensywność i ciężar dźwięków są wręcz przytłaczające. Pojawiające się co pewien czas instrumentalne utwory zapewniają chwilę oddechu przed ponownym zanurzeniem się w metalowy cyklon. Niezwykłe połączenie tej ciężkości z fragmentami muzyki klasycznej i elektronicznej jest już czymś znanym dla Liturgy, ale tutaj zyskuje zupełnie niespodziewaną jakość. Nastrój, jaki kreują wszechobecne przepiękne melodie, tak nietypowe dla klasycznego black metalu, jest czymś unikalnym na współczesnej scenie. Lecz nie tylko w tych nieoczywistych połączeniach kryje się wielkość 93696. Już szalejące gitarowe riffy, doskonale chaotyczna perkusja i chowająca się za tą ścianą dźwięku głębia basu wystarczyłyby, żeby wynieść ten album do rangi arcydzieła. Liturgy zdaje się być muzyczną anomalią, za każdym razem wykraczającą poza kategorie, którymi można by ją opisać. Wywołuje zachwyt, wprawia w osłupienie, zawsze pozostawiając po sobie niepokój i poruszenie wyrywające z mechanicznej codzienności.

Tekst: Jakub Stachera