Autor: Artur Dziubiński
Trudno traktować poważnie człowieka, który przypina ludziom łatkę za pochodzenie. Mamy na to rozbudowaną terminologię, a samo zjawisko – niezależnie czy dotyczy regionu czy klasy społecznej jest powszechnie potępiane i piętnowane przez cywilizującą się ludność Najjaśniejszej Rzeczpospolitej.
No, chyba, że mówimy o tej, tfu, warszafce. Bo jaki jest rdzenny warszawiak? No! Przecież wiesz! To nowobogacki cham z pogranicza obwarzanka, który kręci karierę w korpo na Mokotowie. Oderwana od rzeczywistości influencerka z miasteczka Wilanów. Praski tubylec, który umie podzielić prawobrzeżną stolicę na tyle zwaśnionych plemion, że Brytyjczykom stępiłyby się ołówki od kreślenia prostokątnych granic. To wdowa po robotniku z huty, której przeszkadza młodzież i to, że na Żoliborzu nie ma już krów i prosiaków. To Seba z blokowiska, który kierunki rozróżnia po tym, że przecież nie wytatuowałby sobie Polski Walczącej na LEWEJ nodze. To w końcu (bardzo) Stara Mokotowska Inteligencja™, podejrzanie majętna i podejrzanie zakwaterowana w dawnych osiedlach Ustroju Słusznie Minionego.
Jedyni normalni w tym mieście to zagonieni studenci, którzy Warszawy nienawidzą, bo ich miejsce pochodzenia jest zwyczajnie lepsze. A w ogóle to brzydko, drogo i śmierdzi. Broni się też pierwsze pokolenie przyjezdnych, które wprawdzie Warszawy też nie znosi, ale z radością pojechało za pracą kupić w niej mieszkanie za 20 tys. z metra. Normalni są aktywiści miejscy, którzy tak kochają miasto stołeczne, że z radością zbudowaliby je od nowa, ponieważ ma same wady.
Tak, jestem śmiertelnie obrażonym tzw. rdzennym warszawiakiem, którego boli jedyny przejaw lekkiej dyskryminacji z jakim się osobiście styka. Skąd wiedzieliście?
A teraz trochę poważniej i mniej agresywnie. W starym kabarecie Ani Mru Mru padł kiedyś żart, który parafrazując można ująć tak: Toruń nie lubi Bydgoszczy, Bydgoszcz nie lubi Sosnowca, a cała Polska nie lubi Warszawy. Kiedyś bolało, dzisiaj już tylko irytuje.
O przyczynach tej niechęci można teoretyzować; że to te mityczne gruzy z rozbieranych ziem odzyskanych, że Warszawa zabiera reszcie Polski biznes i inwestycje, że w końcu to miasto słoików, którzy udają lepszych niż są. Ale bardziej od przyczyn, wolę poruszyć skutki tej niechęci. Osobiście odczuwalne skutki, z których część jest dla odbiorcy raczej śmieszna, a część zwyczajnie żenująca.
Kogo piecze co
Przyznacie, że jest coś rozkosznego w słuchaniu jak rozemocjonowany Poznaniak pragnie wyburzyć PKiN, bo szpeci miasto i wychwala drugiego najpopularniejszego Józefa z wąsem. Może i szpeci. Wielu warszawiaków podziela ten niefortunny pogląd. Ale z taką opinią jest trochę jak z obrażaniem młodszego rodzeństwa. Jeśli jest twoje – droga wolna. Jeśli jest cudze – przygotujcie się na chrząknięcia i uniesione brwi. Podobnie jest z Powstaniem Warszawskim, tunelem Wisłostrady, drogami dla rowerów w centrum i dzikami z Białołęki. Nasza patola, nie rusz. Estetyka, władze, czy nawet historia miasta mogą być dyskutowane, naginane do granic absurdu i wyśmiewane wśród przyjaciół. No i w porządku, bo to jest poziom przepychanek na korytarzu w podstawówce – wam nie pasuje, że wszystkie media głównego ścieku robią za de facto warszawską telewizję regionalną, a mnie, że zamiast o Default City muszę słuchać o konkubinie mordującej świekrę brata w Grzałdowie Lubopolskim. Rozkoszne.
Znacznie mniej rozkoszne jest udawanie na wakacjach, że jest się z innego miasta. Posługując się moją ulubioną metodą naukową, tj. dowodem anegdotycznym, stwierdzam, że trzeba to robić dość naturalnie, pod rygorem poważnych nieprzyjemności. Weźmy na przykład jedną z takich sytuacji: jakąś dekadę temu w Węsiorach motocyklista wykorzystał swoją Hondę w roli wyrzutni parkingowego błocka – za cel obierając bagażnik Forda mojego taty. Właściciel, podając szmatkę, usprawiedliwił miłośnika jednośladów mówiąc z rozbrajającym uśmiechem: „To przez te blachy”. Od tego czasu uważam żeby moje miejsce zamieszkania (i parkingowe) pozostawało niedoprecyzowane.
A jeśli zastanawiacie się jaką kosę mają Węsiory z Warszawą, to odpowiedź jest prosta. Zazdrość. Otóż wycieczki nie odwiedzają stolicy w celu zobaczenia sterty kamieni już od połowy lat pięćdziesiątych, a Węsiorom cały czas nie chcą odpuścić.
Wracając
Uchylanie się od pytań o pochodzenie po przygrillowym rancie „na czym Pałac stoi” jest upierdliwe. W formule pytań „a ty skąd jesteś?” odpowiedź „stąd/nazwa dzielnicy” powoduje prawie zawsze przewrócenie oczami i doprecyzowanie „no, ale wcześniej”. Potem robi się niezręcznie. Podobnie na wypadach zamiejscowych, gdzie prawie zawsze znajdzie się jakiś Dumny Mieszkaniec Miasta Rozebranego Na Odbudowę Warszawy. Pół biedy, jeśli to sąsiad na kempingu. Gorzej, jeśli to przewodnik wycieczki po starówce. Tzn. niezręcznie robi się dopiero, kiedy miasto nie ma starówki i leży na ziemiach odzyskanych, ale to zręcznie przemilczę. Warsiawiak nie ma lekko – medialnie, towarzysko, historycznie, ani nawet religijnie. Na przykład: podczas ostatnich ferii usłyszałem od właściciela wypożyczalni sprzętu narciarskiego, że pogoda teraz jest kiepska, ale jakoś zawsze ta warszawka ma najlepszą. Bo pewnie sobie lepiej wymodliła. Idzie się przyzwyczaić. Tak jak do komplementów w stylu „jesteś normalny jak na warszawiaka”, wyrażonych z pewnym zaskoczeniem i rozczarowaniem.
Czym to pieczenie smarować
Oj, niemiło się zrobiło. Tyle obraźliwych stereotypów i wyciągniętych znikąd problemów, z którymi autor bohatersko stara się walczyć. Postaram się wylać odrobinę miodu na tę szuflę dziegciu. Proponuję uczciwy układ – dopóki Stolyca nie przestanie was drażnić, ograniczcie tubylcom nieprzyjemne komentarze o ich mieście. Docencie od czasu do czasu transport publiczny, zachwyćcie się dostojeństwem jelenia, który próbował siebie i was zabić skacząc pod koła roweru na Wawrze. Pójdźcie na spacer lub do knajpy gdzieś indziej niż w centrum. Zwiedźcie po raz setny najnowsze stare miasto w Europie. Przejedźcie się rowerem wzdłuż ul. Powstańców ŚLĄSKICH. Opowiedzcie przyjaciołom o Starej Sadybie i zachodach słońca na Bielanach. Skupcie się na pozytywach. A jeśli w mojej logice dostrzegacie błąd, bo Warszawa przecież nigdy nie przestanie was drażnić, to uwierzcie lokalsowi. Przestanie. Mnie to zajęło tylko 15 lat.
A kiedy już przestanie, to prosta droga do tego, by powoli zapomnieć skąd się przyjechało i wyhodować w sobie patriotyzm lokalny – stać się naturalizowanym tubylcem. No chyba, że nie chcecie tu zostać. Ale w takim przypadku nie widzę sensu męczyć się w mieście, którego się nie lubi. Warszawa to nie USA – nie trzeba rozliczać się z każdego procentu krwi zamorskiej, by poczuć przynależność do grupy. Tu wystarczy powiedzieć „dzień dobry” pani na bazarku albo pomóc kurierowi zaparkować Ducato na chodniku przed paczkomatem. Próg wejścia nie jest wysoki, bo zwyczajnie większość z „nas” nie jest „stąd”. W przeważającej części przypadków „warszawiak z dziada pradziada” oznacza, że czyjś pradziadek przejeżdżał koło Warszawy, a dziadek sprowadził się do niej w latach siedemdziesiątych. I to też jest normalne.
Hasło „Cały naród buduje swoją stolicę” nie straciło na aktualności od odbudowy ani trochę, zmieniło tylko delikatnie znaczenie. Teraz cały naród buduje również rosnącą, zróżnicowaną tkankę społeczną. Więc jeśli mieszkacie w tym ogólnopolsko znienawidzonym grajdole, zastanówcie się jaką cegiełkę sami do tej budowy dokładacie.
Szanowni czytelnicy, za tym potokiem frustracji kryje się również mniej pompatyczny, jaśniejszy przekaz. Warszawiak też człowiek. Dajcie mu cieszyć się tym, co ma. Bo ma niewiele.

