Autor: Kacper Karwacki, Zdjęcia: Ams Sokołowska
Ciężko wyobrazić sobie codzienność bez pewnych dobrze znanych miejsc, które strukturyzują nasz dzień – jak choćby miejsce, gdzie człowiek się budzi, miejsce jego pracy lub edukacji, miejsca wypoczynku. Z racji na ich silną obecność w doświadczeniu codzienności, człowiek przywyka do swoich miejsc, co umożliwia zamieszkanie w nich. Zjawisko to omawiane było w przeszłości już wielokrotnie, między innymi przez Yi-Fu Tuana, autora Topophilii z 1974 roku. W tytule książki zawarta jest naczelna myśl pisarza, który postuluje powiązanie podmiotu i przestrzeni, którą zamieszkuje. Podmiot jest wyrzeźbiony przez najlepiej znane mu miejsca, które tworzą jego tożsamość. Zdaniem Tuana, kategorie takie jak naród, klasa czy wspólnota, powstają właśnie dzięki obecności jednostki w konkretnych miejscach o specyficznym charakterze. Codzienne miejsca wydają się niezmienne, lecz magiczne wydarzenia, które odbyły się na Nowym Świecie między 9 a 22 października, podają tę kwestię w wątpliwość.
Zaczęło się dosyć niepozornie. Dobrze znany mieszkańcom Warszawy odcinek od skrzyżowania Nowego Świata z Świętokrzyską do bram kampusu głównego Uniwersytetu Warszawskiego wyglądał zupełnie zwyczajnie, jednak pod koniec września przy pomniku Kopernika pojawiła się konstrukcja przypominająca makietę dwupiętrowego budynku, której fasada skierowana była w stronę ulicy. Po obejściu udawanego budynku ujrzeć można było pojawiające się kontenery oraz namioty. Całość obiektu odgrodzona była metalowymi barierkami, które zwiastowały powstanie scenografii do filmu „Lalka”. „Budynek” wzbudził pewne zainteresowanie, niektórzy zatrzymywali się, aby obejrzeć go bądź sfotografować. Codzienne odwiedzane miejsce nie zmieniło się w sposób znaczny, zostało jedynie okraszone niecodziennym rekwizytem. Życie trwało w rytmie przemykających autobusów. Porządek ten został jednakże wyraźnie zaburzony.

W nocy z dziewiątego na dziesiątego października doszło do wytężonego ataku na codzienność. Na ulicy zaczęły pojawiać się rosyjskojęzyczne szyldy, ogłaszające, że dobrze znane banki, wydziały uniwersytetu i kawiarnie XXI-wiecznej Warszawy, stały się nagle aptekami, hotelami, oraz zakładami krawieckimi wyrwanymi z XIX wieku. Zwykle czysty bruk ulicy pokryty został warstwą piachu oraz żwiru. Między budynkami na ulicy pojawiły się stragany z mięsem, fontanny oraz drewniane budki sprzedające ulotki i gazety. Odcinek został przykryty blokadami drogowymi, które odgradzały wyłaniającą się z gmachów Carską Warszawę od tej zwyczajnej, codziennej stolicy III Rzeczypospolitej.
Codzienna znajomość Nowego Świata zniknęła w przeciągu jednej nocy. Niektórzy rozglądali się dookoła z mieszaniną zdziwienia, konsternacji i rozbawienia na twarzy. Kolejni zmienili się w turystów we własnym mieście, próbując uchwycić niesamowitość dziejącą się na ich oczach. Masy studentów oraz pracowników akademickich przeklinały odbywającą się transformację, poniewaz doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że profesorowie bądź szefostwo nie będą zadowoleni z wymówek dotyczących ich spóźnienia. Najciekawsi dla mnie byli jednak ci, którzy po prostu patrzyli, jak pracownicy planu oraz stażyści zasiedlili dobrze znaną im codzienność. W geście skonsternowanego spojrzenia tych obserwatorów przejawiał się jakiś rodzaj samoświadomości, jakby odtwarzali w swoich głowach przebieg Truman Show. Epicentrum przemiany była ta sama makieta, którą odczytywać można była jako omen zaniku Nowego Świata, teraz dumnie ukazując swoją prawdziwą naturę – „Sklep Wokulskiego”. Jedynym nietkniętym punktem całego tego rozgardiaszu pozostał kościół Św. Krzyża. Nawet czas nie imał się domniemanej świętości budynku.
Punktem kulminacyjnym zaniku dobrzej znanej Warszawy były same zdjęcia do filmu. Ulice wypełnili panowie we frakach oraz żebraczki. Tętent kopyt niósł się po płytach, a zapach koni unosił się na ulicy – ten pozostał na długo po ich odejściu. Przez jeden dzień padał nawet sztuczny śnieg, którego nieodczuwalne zimno zatrzymało całą ulicę w przedziwnej stopklatce. Mieszkańcy miasta zmuszeni byli do wycofania się przed „mieszkańcami miasta”. Obywatele przemykali tylnymi alejkami bądź przepychali się przez wąskie korytarze odgradzające XIX wiek od wieku XXI. Wszyscy współcześnie żyjący wstrzymali oddech, by pozwolić na to, aby dramat miłosny Wokulskiego mógł odbyć się z należytym decorum. Codzienność zmieniła się w wyjątkowość, a dobrze znana ulica stała się spektaklem, który obserwować można było jedynie z określonego miejsca.

Uderzyło mnie w tym dziwnym czasie, jak bardzo nieprzejęci byli rezydenci Nowego Światu. Robiono zdjęcia, żarty i komentarze, ale wszyscy bardzo szybko pogodzili się z sytuacją, jakby nie była ona w żaden sposób nietypowa. Raptowne równoległe zaistnienie XIX wieku traktowano jako nietypową atrakcję, a nie całkowite załamanie codzienności. Normalny sposób bycia zmienił się w sztuczny karnawał, lecz większość wydawała się z nim całkowicie pogodzona. Skąd ta obojętność? Czy wynikła ona ze zdziwienia całą sytuacją? A może mieszkańcy jako społeczność, zatracili więź z miejscami, które zamieszkują? W obu przypadkach sytuacja, która według logicznego porządku powinna wiązać się z protestem, została skwitowana przymrużeniem oka, niczym niezgrabna gafa na scenie.
Sen o Warszawie zniknął tak szybko, jak się pojawił. W przeciągu nocy szyldy rozpłynęły się i umożliwiły powrót bankom i wydziałom. Ulica, jak i budynki, ponownie stały się czyste. Można by pomyśleć, że to wszystko było jedynie grupową halucynacją, gdyby nie wciąż niewzruszona makieta sklepu Wokulskiego, która ma stać się częścią ozdób świątecznych. Element sztucznego świata, który zamieszkał codzienność ulicy, ma stać się teraz elementem kolejnego magicznego czasu, tym razem jednak o innej tematyce. Mam nadzieję, że nie rozbiorą go nigdy. Niech pozostanie na ulicy, jako świadectwo delikatności codzienności.
Stałość miejsc jest myślą bezpieczną, która pozwala odnajdywać się w chaosie umykających dni. Nasza topofilia stanowi fundament porządkowania tego, gdzie jesteśmy codziennie. Owa niezmienność jest jednak o wiele delikatniejsza, niż nam się wydaje. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, kiedy dobrze znany gmach zmieni swoją nazwę, a przestrzeń dookoła nas okryje się puchem nieistniejącego śniegu. Codzienność to jedynie makieta, którą zbudowaliśmy z dobrze znanych sklepów.

