Rozmawiała: Zofia Oleksiak
Zastanawia mnie, jak zrodził Ci się pomysł założenia Kapeli Sztajer. Pewnego dnia usiadłeś i stwierdziłeś „tak, chcę grać stare piosenki na ulicach Warszawy”?
Tak dokładnie było. Na szczęście okazało się, że nie jestem jedynym wariatem w tym naszym pięknym syrenim grodzie. Za mojego młodego dzieciństwa, świat folkloru dogorywał, co nie dawało mi spokoju.
Dlaczego akurat Warszawa?
To miasto było, jest i będzie miastem przyjezdnych. Świadczy o tym jej kultura, folklor i tradycje. Mój dziadek jest ze Stoczka Łukowskiego, wschodniego Mazowsza. Dialekt mazowiecki, takie „mazurzenie” w mowie, miałem w domu od małego. Jestem wielce wdzięczny mojemu dziadkowi Czesławowi, bo to on zaszczepił we mnie miłość do Warszawy. Jako czterolatka zabierał mnie na wycieczki po mieście tramwajami, autobusami. Pokazywał mi takie zakątki, jak Bazar na Kole, Bazar Różyckiego. Odkąd pamiętam, ten świat mnie fascynował. Winyle polskiej muzyki były obecne, różne nagrania kapel podwórkowych. Potem zaczęła się literatura: książki Stanisława Grzesiuka, cała jego trylogia, począwszy od Boso, ale w ostrogach. Mnie to bardzo fascynowało. Poszedłem za ciosem. Trafiłem do dziennej szkoły muzycznej na Tyszkiewicza. Co prawda, nie z mojego wyboru, a moich rodziców, jednak jestem im za to bardzo wdzięczny. Byłem w klasie gitary. Na przełomie podstawówki i gimnazjum stwierdziłem, że gitara klasyczna nie jest tym, w czym chciałbym się dalej realizować jako „artysta”.
Więc swoją Kapelę założyłeś razem ze swoimi znajomymi ze szkoły muzycznej?
Początkowo tak. Pierwszy był skrzypek Wojciech Sitek. Powiedziałem: Panowie, były kapele podwórkowe, to ma niesamowity charakter. Jest okazja zarobić grosz. Weźmy instrumenty i chodźmy na ulicę. Siedzieliśmy u mnie na chawirze, przy pianinie, studiowaliśmy melodie. Słuchaliśmy oryginalnych nagrań. I tak się w 2013 roku zaczęło. Wyszliśmy na ulicę Świętojańską. Razem z Wojtkiem poznaliśmy wtedy Julka Skirło, pierwszego akordeonistę w naszym zespole. Jest to historia dosyć romantyczna. Zaczęło lać, myśmy się skryli pod schody ruchome przy placu zamkowym. Pojawił się mały, łysy chłopak z Galicji spod Krakowa. W Warszawie spędzał lato. Ludzie mówili Panowie, zagrajcie coś, skoro tu wszyscy stoimy i chowamy się przed deszczem. Wyciągnęliśmy instrumenty, a ten mały, łysy, zaczął się do nas dogrywać. Umówiliśmy się na następny dzień w to samo miejsce, żeby razem pograć. I tak się zrodziła jedna z najpiękniejszych przyjaźni w moim całym życiu. Julek ze swoją charakternością ludową dał Kapeli bardzo dużo. Poza tym, pojawił się akordeon. Zaczęliśmy chodzić po tramwajach.
Gra w komunikacji miejskiej obecnie jest kojarzona ze społecznością romską. Jak wtedy ludzie Was odbierali?
Początkowo ludzie nie kojarzyli tego za dobrze. Ale zaczęliśmy wchodzić do tramwajów z muzyką, która tego miasta dotyczy. Nagle Felek Zdankiewicz leci, jakieś dzieciaki w przydużych płaszczach grają, to odbierali nas naprawdę bardzo pozytywnie. Do tego stopnia, że zaczęli nas kojarzyć tramwajarze warszawscy – pokłosiem tego jest jedna z pierwszych piosenek naszego autorstwa, W tramwaju 26. Ludzie się uśmiechali. Wtedy jeszcze można było dobrego grosza zarobić, bo każdy miał przy sobie gotówkę. Właśnie tak dołączył kolejny z naszych przyjaciół – bandżysta, Karol Lewandowski. Znaliśmy się od małego. Przypomniał sobie, że u niego na ścianie wisi mandolina stuletnia, która się tylko kurzyła. Wymienił struny i zaczął z nami grać. A prywatnie jest wspaniałym pianistą, dziś dyrygentem orkiestr symfonicznych. Wskoczył na instrument strunowy. W 2015 roku dołączył Szymon Orliński, który po dziś dzień jest z nami w Kapeli, jako akordeonista. Pianista, a przyszedł kiedyś na zastępstwo za Julka na akordeon. Nigdy wcześniej na nim nie grał, ale jego sąsiad harmonię miał. Starą Victorię, rozklekotaną. Szymek wpadł na dwa grania, a został na 10 lat.
Skąd w ogóle wzięły się kapele podwórkowe?
Jeszcze 60 lat temu, we wczesnym PRLu, spora część ludności nie mogła sobie pozwolić na radio czy gramofon. To były towary luksusowe. Odpowiedzią na to były zespoły podwórkowe. Chrzciny, imieniny, jakakolwiek zabawa, uroczystość, stypa. Zawsze był ktoś obecny, kto posiadał różne instrumenta. Niektóre z tych grup wybiły się na szerszą sławę, chociażby Kapela Czerniakowska Staśka Wielanka, ale też Sylwestra Kozery. Natomiast gdzie zaczynali? Na Powiślu, na weselach, na ulicach. Te piosenki traktują o życiu prostych ludzi, o proletariacie. Skoro muzyka wywodziła się z podwórek, to genezy trzeba szukać jeszcze w Warszawie carskiej, czy też przedwojennej. Najczęściej były o ludziach z gminu, którzy wybili się na jakiś „wyższy poziom”. A że ta dziedziczna bieda była wpisana w strukturę społeczeństwa polskiego, to jeżeli ktoś był tylko urką, bandytą, przestępcą pospolitym, ale coś osiągnął, to już był uznawany za bohatera ze swojej dzielnicy. Jeżeli ktoś występował przeciwko władzy w trakcie zaborów, to nieważne, czy występował w szlachetnej sprawie, czy też czysto z prywatnych pobudek. Ważne, że był z władzą na bakier. Można było o nim ballady pisać.
Myślisz, że rezonuje to ze współczesnym społeczeństwem?
Zdecydowanie. Historia lubi się toczyć kołem. Warszawa znów jest metropolią przyjezdnych. Na przestrzeni ostatnich pięciu lat, przez wydarzenia tak tragiczne, jak wojna za naszą wschodnią granicą, mnóstwo mamy napływu imigrantów ze wschodu. Znowu tworzy się mozaika, jak w tych opowiadaniach muzycznych – bo tak naprawdę tym są. Często są to melodie ludowe, jak na przykład „Dwunasta wybiła na miejskim zegarze”, które idą za tekstem. Ale często tak nie jest – piosenka „Chodź na Pragę”, której melodia jest znana, wzięła się z salonów. Stanisław Grzesiuk sam z Warszawy nie był, ale jest świetnym przykładem, że nie trzeba być stąd, żeby dla tego miasta zrobić bardzo wiele.
Jaki był wpływ kultury żydowskiej na rozwój naszej kultury?
Jako Kapela, oprócz podtrzymywania ducha cwaniackiego – bo razem z charakternością są cechami, które nie muszą mieć swojego pejoratywnego wydźwięku – staramy się dbać o pamięć. Od 10 lat gramy pierwszego sierpnia koncerty z okazji rocznicy wybuchu powstania warszawskiego. Zawsze staramy się zaznaczyć, że Warszawa jest miastem dwóch powstań. Żydowska Warszawa była i zostawiła swój wspaniały ślad w naszej kulturze. Nie tylko literackiej, ale tej muzycznej. Staramy się podtrzymać to, jaką mozaiką etnograficzną była Warszawa przełomu XIX i XX wieku.
Wszyscy z Kapeli jesteście muzykami?
Poza mną. Wojciech Sajka, znakomity skrzypek. Karol Lewandowski, niesamowity pianista. Szymon Orliński, nasz akordeonista i kompozytor. Jan Zygmunt, który wszedł do nas na kontrabas, z wykształcenia wiolonczelista, a zajmował się miksem. Ja z kolei jestem z wykształcenia i wolnego zawodu aktorem po Akademii Teatralnej w Warszawie. Teraz nagraliśmy drugą płytę, wychodzi 15 czerwca. Nazwaliśmy ją „Reszta innym razem”. Mamy nadzieję, że da nową młodość nie tylko piosenkom z folkloru warszawskiego, ale też przedwojennego Lwowa. Nie dla rewizjonistycznych celów staramy się przypomnieć o polskim Lwowie, po prostu warto to podtrzymywać. Muzyka jest najlepszym sposobem na podróże w czasie. Najstraszniejszą bronią, z którą okupant nie mógł sobie poradzić w żaden sposób, był humor. W tak okrutnej rzeczywistości, ludzie po prostu robili sobie z tego przysłowiowe „jaja”. To, co cechowało mocno tamtą charakterność, to był gigantyczny dystans. Mnie to niesamowicie fascynuje i właśnie to wszystko staramy się przełożyć na naszą działalność artystyczną.
Dbanie o tradycje i niezapominanie przeszłości jest rzeczywiście ważne. Życzę Wam, żeby muzyka Kapeli Sztajer dotarła do jak największej grupy osób!

