Matcha na ławę. Słowo o warszawskich trzecich przestrzeniach

W kontrze do kawiarni, która ma dbać o skórę swoich klientów, szukam lokali w stolicy, które prędzej przyprawią swoich bywalców o zmarszczki mimiczne.

AUTOR: AMS SOKOŁOWSKA

Jakiś czas temu Warszawę obiegła wieść o nowym, modnym miejscu na jej mapie – a konkretniej przy ulicy Moliera 4/6, nieopodal Teatru Wielkiego. To właśnie tam od końcówki lutego można napić się matchy, funkcjonalnego latte czy rosołu kolagenowego, a do tego za jedyne 79 zł skorzystać z dwunastominutowej sesji naświetlania specjalistyczną maską LED. Osobliwy widok bywalców tego miejsca szybko stał się przyczynkiem do dobrze znanych żartów ze stolicy. Sprowadzenie fenomenu Helisa Collagen Cafe do jedynie kolejnego objawu tak zwanego warszawskiego zapalenia opon mózgowych przedwcześnie zamyka potencjalnie fascynującą dyskusję. Jakim cudem dotarliśmy do obecnego poziomu absurdu, próbując przekształcić miejsce spotkań towarzyskich w klinikę piękności – i o czym właściwie to świadczy? Czy jako mieszkańcy stolicy jesteśmy skazani na spędzanie wolnego czasu w coraz to droższy i coraz bardziej izolujący sposób? I wreszcie – gdzie znaleźć miejsca, w których uchowała się iskierka poczucia wspólnoty?  

Czasem mam wrażenie, że nic w tym mieście już mnie nie zaskoczy. Gdy po raz pierwszy przelotnie natknęłam się na informację o rzeczonej kawiarni, przepraszam, koncepcie, przyjęłam te wieści niemal całkowicie niewzruszona. Ot, co – kolejny osobliwy warszawski lokal, który będzie gromadzić instagramową klientelę przez najbliższe miesiące, aż któryś z czujnych obserwatorów internetowych trendów wpadnie na pomysł przewyższający go absurdem. Czyżby taki był obecny cykl życia miejsc, w których – z założenia – oddajemy się relaksowi, odpoczywając od środowiska domu i pracy? Najpierw w cyfrowym świecie pojawia się nowy trend, jak choćby kosmetyczne stosowanie światła o długości fali 630 nm; trend, który przy odrobinie sprytu można spieniężyć. Pionierki i pionierzy intrygującego novum w postaci influencerów nadają mu status zjawiska wizualnego – trend nabiera tempa, a partycypacja w nim zyskuje wymiar tożsamościotwórczy. W punkcie kulminacyjnym, gdy rozpoznawalność trendu jest najwyższa, powstają lokale czerpiące zysk z nowo wytworzonej, ulotnej potrzeby, zaspokajanej przez ich bywalców, ochoczo publikujących rolki i relacje z pobytu. Koniec końców mapę miasta zasiedlają punkty odarte z historii, istotne wyłącznie w niezwykle wąskim, efemerycznym kontekście. Helisa Collagen Cafe czy koncepty talerzykowe oferujące jajecznicę bądź tuńczyka z puszki za równowartość kilku godzin pracy za najniższą krajową stają się lokalami na miarę naszych czasów; przestrzeniami jednorazowego użytku, zaprojektowanymi tak, by Boże broń nie zostawać z nami zbyt długo.

Choć trudno mi powstrzymać się od cienia złośliwości, pisząc o wspomnianych przybytkach, daleka jestem od jednoznacznego piętnowania osób, w których możliwość spędzenia niedzielnego popołudnia z twarzą schowaną w oślepiająco czerwonej lampie budzi dreszcz ekscytacji. Wykazałabym się nieprzeciętną hipokryzją, gdybym uznała za zasadne krytykowanie wszelkich rozrywek późnego kapitalizmu, sama ochoczo partycypując w wielu z nich. W końcu sama zbieram przemyślenia do niniejszego tekstu głównie wtedy, gdy ledwo co widzę przez spływające po mnie fale potu na jednej z warszawskich siłowni. Przez wiele miesięcy, w ciągu których ranki czy popołudnia spędziłam wspinając się w górę maszyny imitującej ruchome schody, nie zamieniłam ani słowa z współtowarzyszami mojego wysiłku fizycznego. Wspólnie gapimy się za okno, każdy wsłuchany w swój podcast czy muzykę, i nikomu – włącznie ze mną – nie wydaje to się przeszkadzać. 

Tym samym, w mojej opinii, mnogość alienujących przybytków w stolicy nie mówi zbyt wiele o samej Warszawie, a stanowi raczej produkt czasów, w których przyszło nam żyć. Nikogo bowiem szczególnie nie zdziwię stwierdzając, iż współczesny świat nie sprzyja wspólnotowości. Jesteśmy bardziej dostępni sobie nawzajem niż kiedykolwiek; nie polegamy na telegrafach i gołębiach pocztowych, a od wymiany informacji z bliskim czy umówienia się na randkę z nieznajomym dzieli nas kilka kliknięć. Stwierdzenie, że taka bliskość jest iluzoryczna, zakrawa już na truizm. Zalewający nas ze wszech stron strumień treści niekiedy daje pozory kontaktu z drugim człowiekiem – łączą nas zaczerpnięte z internetu powiedzonka, kroje ubrań z sieciówek, jaskrawy kolor okładki hitowego albumu. Przeważająca część naszych wysiłków zwrócona jest jednak ku nam samym, indywiduom. Słuszne postulaty o dbałość o swój dobrostan psychiczny i stawianie granic nieraz zostają przeinaczone w jawne przejawy dyskryminacji wybranych grup społecznych z uwagi na prywatny dyskomfort, na przykład w postaci propozycji wykluczania dzieci z przestrzeni publicznych. Już dawno przestał nas zadowalać samorozwój, dziś dążymy wyłącznie do perfekcji. Ten proces swój dobitny wyraz znajduje w rytualnej intensywności, z którą wykonywane są praktyki upiększające, każda z nich opatrzona chwytliwym hasłem – everything shower, morning shed czy eating your skincare. Modna kawiarnia przesiąknięta estetyką wellness nie jest odpowiedzialna za wszystkie zjawiska, które opisuję, lecz jawi się jako wysoce emblematyczna. Absurd przestrzeni, której bywalcy z założenia spotykają się, by słono płacić za nieruchome trwanie w ponoć upiększającej masce z zamkniętymi oczami, ucieleśnia samotność i obojętność, które nie ustępują nam dziś kroku. 

Nie odważyłam się jak dotąd wejść do środka Helisy, lecz skrupulatnie obejrzałam ją z zewnątrz. W miejscu klasycznego szyldu zdobi ją bordowo-biały kod QR prowadzący do profilu na Instagramie, prezentującego menu i objaśniającego korzyści terapii czerwonym światłem. Na drzwiach widnieje równie minimalistyczna informacja o godzinach otwarcia – to jest, tychże pozbawiona, bo zredukowana do krótkiego Monday / Sunday. Przez szyby uderza mnie także wystrój, prosektoryjny wręcz w swojej sterylności, oczywiście dopełniony płaszczyzną luster. Całość tego obrazu wypełnia mnie niejakim smutkiem. Nikomu nie odbieram prawa do umiłowania tej specyficznej odmiany minimalizmu, lecz uderza mnie sama symbolika Helisy. Wizja świata, w którym spotkanie towarzyskie podszyte jest nieustannym dążeniem do nieskazitelnego piękna, mającym rodzić się już w napojach, które pijemy, zdaje mi się na pewnym poziomie odczłowieczająca. Byłoby mi najzwyczajniej w świecie przykro, gdybym wybrała się na miasto z okazji czyichś urodzin, a rzeczony jubilat preferowałby publiczny zabieg upiększający od prowadzenia ze mną czynnej rozmowy. Coraz bardziej brakuje mi chwili wytchnienia od oszałamiającego zmysłu wielkomiejskiego zgiełku, odartej od konieczności trzymania fasonu, nieustannego zerkania w lustro. Tym właśnie, w moim poczuciu, powinny być trzecie przestrzenie – przede wszystkim miejscami inicjującymi i wspierającymi więzi międzyludzkie. Miejscami tworzenia wspomnień właściwych ich niepowtarzalnym atmosferom. 

W tym duchu chciałabym przyjrzeć się trzem miejscom, mniej bądź bardziej rozpoznawalnym, które według mnie z powodzeniem kultywują zatracającą się sztukę pielęgnowania tego, co w ludzkości mi najbliższe – rozmów przy kawie czy winie niezakłóconych pogonią za idealnym kadrem.

Cafe Drink Bar Paragraf

Trudno chyba o lokal odbiegający dalej od założeń proklamowanych przez Helisa Collagen Cafe, jako że Paragraf jest jednym z nielicznych miejsc na mapie Warszawy, w których tak znaczną powierzchnię zajmuje palarnia – i to zadymiona tak gęsto, że nawet dawniej, jako palaczka, siedząc w niej dostawałam bólu głowy. Z pewnością spędzone właśnie tam wieczory zdążyły postarzyć mój organizm o co najmniej kilka miesięcy, lecz niczego nie żałuję. Jak sugeruje jego pełna nazwa, Paragraf to miejsce wszechstronne – facebookowy opis zachwala je jako „dobre miejsce na poranną kawę i wieczorną biesiadę przy piwie lub mocniejszych trunkach”, czemu trudno się sprzeciwić. Od pierwszej wizyty, gdy rozpoczynałam studia artystyczne, przyciągnął mnie niepowtarzalny nastrój lokalu, pobrzmiewającego echem czasów, których nigdy nie przeżyłam. 

Nie zaznałam też historii Paragrafu w jej całej sześćdziesięcioletniej rozciągłości; o przeszłości przybytku naprzeciwko warszawskiego Sądu Okręgowego przy Alei Solidarności (skąd pozostały człon nazwy) dowiedziałam się długo po mojej pierwszej wizycie. Nam, młodym, nie dane już zjeść fasolki po bretońsku czy deseru corso, ale wyrwany z ubiegłej epoki wystrój sprzyja pogawędkom z paragrafowymi wyjadaczami, z którymi i mnie zdarzało się wymieniać historiami swego życia nad szklanką słonych paluszków. A w świadomości, że pomimo fundamentalnych różnic pomiędzy tymi, którzy pamiętają czasy gorących dań w Paragrafie, a świeżo upieczonymi studentami istnieje przestrzeń na pełną szczerego zainteresowania rozmowę, jest coś głęboko kojącego.

Niestety, stali bywalcy i ci jak dotąd niezaznajomieni na ponowne odwiedziny kultowego Cafe Drink Baru będą musieli nieco poczekać – ze względu na remont instalacji ciepłowniczej i wodociągowej na kawę, paluszki i totolotka naprzeciwko sądu będzie można udać się dopiero w grudniu.

Klubojadalnia Młodsza Siostra

Drugą godziwą kandydatkę na stołeczną przestrzeń wspólnototwórczą mało komu trzeba przedstawiać. Czasem zdarza mi się, że otrzymawszy kolejne zaproszenie na wyjście do Młodszej, przewracam oczami – bo ile jeszcze można? Jest to jednak znużenie przypominające zmęczenie dobrą przyjaciółką – bliską, lecz niemalże zbyt bliską. Odwiedzam ją nadal, choć nie ukrywam, że czasem musimy od siebie odpocząć. Młodsza Siostra to rezerwuar wspomnień; nie tylko moich, to raptem kropla w ich morzu. Są bowiem miejsca, w które powrót zdaje się nieunikniony. Przypuszczam, że wysławiam teraz doświadczenia ostatnich ośmiu lat mnóstwa ludzi mi podobnych – studentów UW czy warszawskiej ASP, którym zwyczajnie po drodze na ten ustęp Powiśla, a reszta ich wieczoru pisze się już sama. 

Myślę o wszystkich życiowych inicjacjach, które przeżyłam wspólnie z Młodszą Siostrą. To właśnie w tej klubojadalni pierwszy raz odważyłam się podzielić tekstem z szerszą publicznością, najpierw podczas wydarzenia typu open mic, później już w ramach jednego z cyklicznych slamów poetyckich. To tam pierwszy raz zorganizowałam spotkanie urodzinowe w trakcie studiów; pierwszy raz zjadłam tak pyszny kawałek miodownika. Czasem wraz z przyjaciółmi czujemy się w Młodszej aż za bardzo jak u siebie, czego ewidentne objawy można rozpoznać po niekontrolowanych wybuchach śmiechu towarzyszących nam podczas późnych wyjść na papierosa między karafką wina a kolejnym kawałkiem ciasta – słusznie ganione przez zabieganą obsługę, której trudno nam już nie kojarzyć. Cóż poradzić, że tak swobodnie czujemy się, siedząc przy stolikach z printem kiczowatych kotków w świetle lampionów. Otwarty i przyjazny charakter lokalu potwierdza choćby zakres obszarowy niezliczonych oddolnych wydarzeń, które zdążył już gościć, a więc między innymi koncerty, benefity czy warsztaty z litografii. Co tu dużo mówić – nie trzeba mieć rodzeństwa w Warszawie, by ciągle wracać pod strzechę Młodszej Siostry.

Kawiarnia Ustawka

Ostatnia z moich stołecznych rekomendacji to miejsce zgoła odmienne od pozostałych – zdecydowanie najmłodsza, bo otwarta dopiero w marcu tego roku kawiarnia po drugiej stronie Wisły. Praska Ustawka pomimo niedługiego stażu pośród warszawskich lokali już zdążyła wnieść ze sobą powiew świeżego powietrza; choć istnieje zbyt krótko, by zapisać się w zbiorowej podświadomości jako kultowe miejsce spotkań towarzyskich, nic nie zdaje się stać temu na przeszkodzie w nadchodzących latach. Przyjazna atmosfera kawiarni prowadzonej przez przesympatyczne młode małżeństwo, Hanię i Aleksa, z powodzeniem łączy to, co dawne, z tym, co aktualne. Nie mam przez to na myśli wyłącznie menu, oprócz autorskich wariacji na temat kawy i matchy oferującego espresso w niespotykanej już w stolicy cenie sześciu złotych, lecz także samo twórcze przekształcenie lokalu przez właścicieli. Kawiarnia znajduje się bowiem w odnowionym przez nich pawilonie po sklepie spożywczo-alkoholowym na Bliskiej 12, niegdyś klaustrofobicznie wypchanym pudłami – dziś pełnym mebli z drugiej ręki oraz obrazów, gotowych do zakupienia przez gości. 

Ustawka, na przekór zaczepnej nazwie, aktywnie inicjuje zacieśnianie lokalnych więzi, co podkreślają Aleks i Hania, a ich słowa idą w parze z działaniem, jako że kawiarnia daje przestrzeń inicjatywom takim jak KNIT N SIP, czyli otwartym, bezpłatnym spotkaniom dziewiarskim przy kawie, umożliwiającym nawiązanie nici porozumienia wszystkim amatorom dziergania i szydełkowania. Nić, z której skorzystalibyśmy dziś wszyscy.