autor: Ams Sokołowska
Warszawa, jak każda metropolia, to nośnik ogromnej ilości tekstu. Niemożliwy byłby spacer ulicami stolicy w oderwaniu od słowa: nazw przystanków, ostrzeżeń, alejek… Lecz czymże jest nazwa? Można by przyjąć, że niczym szczególnie ważnym; cienką warstewką nieopatrznie przyklejoną na rzeczywistość, której zmiana to czysta formalność. Każdemu może podwinąć się język – czasem trudno winić za pomylenie entomologii z etymologią, a apoptozy z apoteozą. Ośmielam się jednak przypuścić, że mało kto czułby się zupełnie komfortowo nazwany omyłkowo imieniem siostry czy kolegi z pracy. Przeczuwam również, że Leon XIV mógłby mieć pewne obiekcje, gdyby w sytuacji oficjalnej ktoś zagaił do niego, wołając: Robercie, lub – nie daj Boże – Bobby!
Nazwa zamyka dane zjawisko w ledwo widocznej skorupce. Choć nie poradzimy sobie bez jakiejś ujednoliconej formy nazewnictwa (wyobraź sobie umawiać się z kimś na placu pomiędzy grubym drzewem a lichym strumykiem), akceptując dany system, przyzwalamy na jego ewentualne wady. A zaspokajanie potrzeby nazywania, również struktur miejskich, niesie za sobą szereg konsekwencji.
Szczególny rodzaj owych następstw poddała twórczej analizie Maryna Tomaszewska, autorka wystawy WAW. Miasto i ulice kobiet, czynnej do 22 lutego 2026 w Domu Spotkań z Historią. Artystka interdyscyplinarna, profesora warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych i prowadząca Pracowni Tekstu Eksperymentalnego na Wydziale Sztuki Mediów zdecydowała się przyjrzeć zjawisku nieoczywistemu, choć splecionemu z szarą codziennością. Twórczyni eksploruje problem niewidzialności kobiet w wydaniu urbanistycznym, a punkt wyjścia pracy artystycznej stanowią dane liczbowe – na 5800 warszawskich ulic, z których około jedna piąta została nazwana ku czci osławionych osób, przypada raptem 158, które doczekały się swoich patronek. Równocześnie niemal dwumilionowe miasto zamieszkuje ponad 1 mln kobiet, a mężczyzn – niemal 150 tys. mniej.
Ta ewidentna dysproporcja już skłania do refleksji, a pogłębiona analiza autorki zastanawia jeszcze bardziej. Kobiety nie dość, że rzadko kiedy patronują ulicom w ogóle, to jeszcze rzadziej mogą pomarzyć o centralnych arteriach. Zwykle przypadają im tak zwane martwe adresy, czyli ślepe uliczki czy parkowe alejki; miejsca, których nazw nikt na co dzień nie wymawia. Krajobraz miejski staje się więc kolejnym z niezliczonych przykładów nierównej reprezentacji. Minimalistyczne, czarno-białe prace graficzne unaoczniają przytoczone liczby i rozkład proporcji patronek do patronów ulic w poszczególnych dzielnicach – a zarazem to, że żaden z tych obszarów nie został nazwany na cześć kobiety (w przeciwieństwie do choćby Bemowa). Surowa wrażeniowość grafik, opartych o prostą typografię i formy geometryczne, składa się na przekaz bardzo czytelny – łatwiej pojąć analizowane rozbieżności, widząc ich pozaliczbową reprezentację.
Niektóre z wydruków wymagają głębszego zanurzenia się w genezie projektu, tak jak w przypadku grafiki odnoszącej się do ulicy Trzech Lotniczek Polskich. Enigmatyczne Trzy Lotniczki to w istocie Anna Leska, Stefania Wojtulanis-Karpińska oraz Jadwiga Piłsudska. Najwidoczniej trzy zasłużone lotnictwu kobiety nie były godne oddzielnego, imiennego upamiętnienia, ujęte więc zostały w zgrabny trójpak, patronując krótkiej błotnistej drodze łączącej ulice Marynin i Dywizjonu 303. Męscy piloci doczekali się zaś Alei Lotników, ulicy Brygady Pościgowej czy ulicy Żwirki i Wigury z Pomnikiem Lotnika w komplecie.
Na uwagę zasługuje także graficzne przedstawienie mostów nad Wisłą – notabene rodzajową kobietą właśnie – spośród których dwa opatrzone zostały nazwami patronek, Marii Skłodowskiej-Curie oraz Anny Jagiellonki, lecz określane są zwyczajowo mianem odpowiednio Północnego i Południowego.
Najbardziej monumentalna część wystawy to symboliczna mapa stolicy w postaci instalacji site–specific, złożonej z wielkoformatowej tkaniny oraz kolejnej pracy tekstowej. Współbrzmiące dzieła nieprzypadkowo umieszczono w ciasnym zaułku w rogu przestrzeni DSH, nawiązując do wspomnianego zjawiska nadawania patronek mało znaczącym ulicom. Ściany vis-à-vis konstytuują awers i rewers mapy – spływającą z sufitu tkaninę, pokrytą geometrycznym wzorem przywodzącym na myśl tkankę miejską, która rozplata się w połyskujące wstęgi i splecione warkocze, oraz alfabetyczny spis ponad tysiąca kobiet i osób niebinarnych, które mogłyby matronować warszawskim ulicom w alternatywnej wizji jej topografii. Całość uzupełnia udźwiękowienie listy, czytanej przez Annę Ołdak, lektorkę polskiej wersji Google Maps.
Podczas obcowania z wystawą z niejakim ukłuciem wstydu zauważam, że przez ponad dwie dekady mieszkania w polskich miastach nigdy przez myśl nie przeszła mi podobna refleksja. Niczym ryba, błogo nieświadoma życia pod wodą, ani razu nie zakwestionowałam tego aspektu rzeczywistości – dobrze więc, że są na tym świecie wnikliwe artystki. Wertuję w pamięci nazwy wszystkich istotnych dla mnie ulic, nie tylko stołecznych. Rzeczywiście, żadna koło kobiecej patronki nie stała. Jedyne żeńskie formy, które pamiętam, to byty nieludzkie, bo wodne – Narew, Wisła, Odra…
Gdy słucham opowieści Maryny Tomaszewskiej o jej projekcie, mimowolnie trwam w oczekiwaniu na przejście gdzieś dalej, do kolejnej, większej sali – choć po jej wyjaśnieniu wiem przecież, że na zaułku się skończy. Wyobrażam sobie kontynuację, która dokumentowałaby stołeczne przestrzenie, w których kobiety znaleźć można – na błyszczących billboardach, szyldach, w nazwach reklamujących przybytki luksusowe bądź lubieżne. W końcu, zgodnie z obserwacją jednego z współczesnych warszawskich wieszczy, czasem WWA mi opór przypomina kobietę. Ulice to jej tatuaże, ja ją proszę o rękę. Rozczarowana, gdy okazuje się, że to wszystko, stwierdzam, że muszę przeprowadzić własne badania terenowe.
Ruszam więc w drogę. Ustalenie, że próżno szukać śladów kobiecej egzystencji w nazwach najdostojniejszych pasaży, mam za sobą, trzeba więc sformułować kilka hipotez. Skoro nie ma ich na rondach, wzdłuż wielkomiejskich arterii – gdzie są te kobiety? Niemożliwe, że zniknęły bez śladu. Pokonuję jedną ulicę, drugą, trzecią. Żadna nie kryje w swoich zgłoskach czcigodnej matronki. Idę dalej. Włóczę się w kierunku kwiaciarni; sanktuariów organicznych dekoracji, rytualnie uśmiercanych ku uciesze ludzkiej klasy panującej. Początkowo natrafiam jedynie na poetyckie szyldy w rodzaju Barw Natury czy Z miłości do kwiatów, lecz wreszcie docieram do pojedynczych kwiaciarni takich jak Krokusik u Kasi. Mijam też bary mleczne; instytucje, ze strony których spodziewałam się przesytu reprezentacji kobiet, a jednak wszystkie, które mijam, opatrzono nazewnictwem zgoła bezpłciowym. Idę dalej. Może czas skupić się na sklepach erotycznych, których nęcących witryn nie brak w żadnej z centralnych części miasta? Odwiedzam zagłębie sex shopów na Muranowie, o ironio, przy Alei Jana Pawła II. Tam przeżywam kolejne rozczarowanie; niedwuznaczną cielesność reklamują nadzwyczaj wsobne hasła – Erotic Shop, Erotic Style czy nieco bardziej symboliczna Ekstaza. Gdzie są więc te kobiety?
Dostałam cynk od znajomej z Grochowa, że wysokie stężenie kobiecych imion odnotowane zostało w okolicach Ronda Wiatraczna. Rzeczywiście, tamtejsze rozsypujące się pawilony posługują się kobiecymi imionami nieco częściej – choć wciąż dość okazjonalnie. Lora zaprasza na manicure, Pola oferuje odzież używaną, a Bardotka kusi szerokim wachlarzem artykułów bieliźnianych, co leży w zgodzie z moimi pierwotnymi hipotezami – lecz nadal różni się w założonym pierwotnie natężeniu.
Nie wiem, czego dokładnie oczekiwałam, ale moja ciekawość pozostaje nienasycona. Oczywiście można mi zarzucić, że nazywanie przedsiębiorstw powszechnie używanymi imionami zwyczajnie wyszło z mody i pozostaje domeną zmurszałych, wymierających sklepików. Nie ma zresztą nic nobilitującego w funkcjonowaniu jako hasło reklamowe, w staniu się lakierem powlekającym trybik konsumpcyjnej machiny; lecz skoro męskość zawłaszczyła wszystkie honorowe rubryki, gdzie indziej szukać dowodów istnienia niemęskiego?
Ciut niepocieszona obracam się na pięcie i zmęczona niedostatecznymi rezultatami zachodzę do przedziwnego sklepu z dewocjonaliami. Zdziwiona orientuję się, że wkroczyłam nie tylko do absurdalnego miejsca intersekcji katolicyzmu z kapitalizmem, lecz i do enklawy kobiet. Mogę skorzystać z bogatej oferty Jezusów Miłosiernych, świętych Franciszków i tym podobnych, lecz prym wiodą kobiety właśnie. Ściślej mówiąc, jedna. Matka Boska we wszystkich z możliwych kombinacji – świecąca w ciemności, mosiężna, Matka Boża z Medugorje przeceniona o trzydzieści procent. Najmniejsza ma centymetr, największa – około metra. Najpotężniejsza z Matek urasta ledwie do wielkości dziecka; choćby w formie narzucającej uwielbienie Maryja nie może dorosnąć, zdobyć iluzji podmiotowości cielesnej kobiety. Nigdy nią przecież nie była. Uśmiechnięta w męce ciężarna dziewica, godnie znosząca siedem mieczy w sercu, sprawdza się tylko w roli pustej w środku figury. Choć spodziewałam się innego zakończenia tej wędrówki, nie jestem szczególnie zdziwiona – co najwyżej lekko rozbawiona. Wracam z kompletem figurek, świeczką i nutą zadumy.
Może wszystko przez to, że patronami ulic zostają tylko nieboszczycy? Wyznaczamy ramy naszego materialnego istnienia zasłużonymi zmarłymi, mimowolnie krocząc ich świętej pamięci śladem; pogodzeni z nietykalnym statusem, który zagwarantował im chwalebny koniec żywota. Nigdy im nie dorównamy, zamknięci w żywej ułomności. Zawsze jednak zostają nam wyobraźnia i nadzieja – filary wiary w sprawczość. Myśl jest twórcza, przynajmniej dopóki znajdzie zewnętrzne ujście, zostanie usłyszana.
Szepczę więc pod nosem, nie zważając na nieprzychylne spojrzenia. Mamroczę, że chciałabym ulicę Matki Karmiącej, ulicę Imigrantki, Sprzątaczki, Pielęgniarki. Ulicę Poza Uciskiem. W mieście Syrenki, w mieście Sawy. W Warszawie tak przecież kobiecej.

