Autor: Ams Sokołowska
Lubię kasy samoobsługowe. Lubię ich dyskretny komfort, który pozwala na zgrabne prześlizgnięcie się pomiędzy barkami i spojrzeniami współkupujących. Słowem – lubię możliwość uniknięcia nadprogramowych interakcji międzyludzkich, zwłaszcza jesienią i zwłaszcza wieczorem. Gdy dobywam skanera, oddaję władzę umysłową rękom i na kilka minut mogę zniknąć, całkiem skutecznie usunąć swoją świadomość otumanioną zimnym światłem i perspektywą nadciągających ciężarów toreb. Oczywiście, swobodne i beztroskie oddanie następuje pod warunkiem, że nie nabiłam akurat produktu MANGO SZTUKA zamiast MANGO DUŻY KALIBER lub, o zgrozo, MANGO BIO, co skutkuje zabarwieniem ekranu na odcień krwistoczerwony i natychmiastowym wezwaniem pracownika przy wtórze elektronicznego larum. A przecież właśnie przed tym pragnęłam się uchronić.
Zdaje się, że ciągle staram się przed czymś obronić, nawet na własnym osiedlu, co skłania mnie do podejmowania dość kuriozalnych decyzji. Podczas pokonywania mojej codziennej, najkrótszej trasy spod bloku na przystanek nie sposób ominąć bazarku owocowo-warzywnego. Długo nie zajęło, by jeden z codziennie obsługujących go panów zaczął mnie rozpoznawać i mówić „dzień dobry”, które równie uprzejmie odwzajemniałam. Któregoś z cieplejszych poranków w pakiecie z powitaniem otrzymałam truskawkę. Niespodziewany akt życzliwości skwitowałam uśmiechem i podziękowaniem, a owoc chyłkiem schowałam do torebki, głowiąc się, kiedy niby i jak umyję go przed zjedzeniem. Koniec końców zakradłam się w jakiś zaułek i spłukałam solidnie zmaltretowaną truskawkę wodą z butelki.
Mniej więcej od tamtej pory specjalnie chodzę na przystanek trasą naokoło, czego nie umiem racjonalnie wyjaśnić. Przecież bezsprzecznie było mi miło, kiedy odnalazłam w szarej codzienności poranka ten przebłysk choćby najdalszej sąsiedzkiej zażyłości. Najwidoczniej zwyciężyło niezmienne poranne zmęczenie, za sprawą którego wysiłek podniesienia kącików ust wraz z jednoczesnym wydukaniem trzech sylab uznałam za niewarty zachodu. Wysiłek skutkujący, no właśnie – moim umiłowaniem do stacjonarnych cyberkasjerów pozbawionych funkcji mowy, za wyjątkiem łagodnych poleceń i gromkich oskarżeń o zabranie produktu ze strefy pakowania.
To moje umiłowanie zawiera w sobie coś jeszcze szerzej zakrojonego – pragnienie przewidywalności. Nie zliczę, ile razy powracałam skądś zmęczona, poturbowana dniem, szukając zielonego światła, jednego z tak wielu, pod którym wiem dokładnie, czego się spodziewać. Tych samych trójkątnych kanapek, hot dogów o smaku bekonu i sera z sosem tysiąca wysp, idealnie przeciętnej kawy z ekspresu z cynamonowym cukrem. Nawet tych samych formułek wypowiadanych przez pracowników za kasą. Uprzedzam je, wyuczonym, płynnym gestem pokazując ten sam kod z tej samej aplikacji. Dobrze jest bowiem wiedzieć, że istnieją miejsca zawsze gotowe nas ciepło przyjąć, a jeśli nie zawsze, to przynajmniej codziennie przez siedemnaście godzin. Ba, co jakiś czas śnią mi się Żabki. Zazwyczaj przydarza mi się w nich coś niezwykłego, lecz sam asortyment sklepu i jego układ przestrzenny pozostają zadziwiająco prawdopodobne.
Dlaczego więc, w świetle tych wszystkich upodobań, znów wracam właśnie tutaj?
Tu zawsze jest kolejka. W stanie wyższej konieczności otwierają drugą kasę, ale nie czarujmy się, dzisiejszej nocy nie ma co na to liczyć. Staję potulnie na końcu, zupełnie w głębi sklepu, niezręcznie trzymając w jednej ręce dziwny słodki napój, a w drugiej pół kilo makaronu do wczorajszego sosu. Trochę mi tu jeszcze zleci, zatem ukradkiem zatrzymuję muzykę na słuchawkach i oddaję się jednemu z moich ulubionych złych nawyków – podsłuchiwaniu rozmów nieznajomych. Nawyk to na dłuższą metę raczej mało szkodliwy, ale wymagający nieco gracji. Nie można zdradzić się z nazbyt rozbawioną miną; należy powstrzymać usilną chęć dodania własnego komentarza.
Wnikliwie obserwuję więc i nasłuchuję całej plejady bielańskich osobistości, różniących się od siebie wiekiem, miną, odzieniem – lecz zjednoczonych w celu, którym jest zdobycie któregoś z niezbędnych do życia o – dajmy na to – jedenastej wieczorem w czwartek produktów z oferty Delikatesów SER-POL 24H. Możliwość całkiem prędkiego dotarcia pod skrzydła tego przybytku ewidentnie wydobywa ze mnie to, co najgorsze – oprócz wspomnianego już nawyku także kompletną frywolność w folgowaniu swoim najmniej priorytetowym potrzebom. Na ogół trochę schodzi mi na wirowaniu pomiędzy alejkami opatrzonymi wypłowiałymi, śmiesznymi graficznie szyldami i zagłębianiu się w każdy zakamarek. Jakimś sposobem jest tutaj naprawdę wszystko. Któregoś razu nie mogłam nigdzie w Warszawie znaleźć dżemu z żurawiny – tu widać aż cztery różne. W innej alejce trafiam na kwas chlebowy, wspomnienie z mojego podlaskiego dzieciństwa. Jednak przecież to nie zakres sprzedawanych dóbr stanowi clou mojego oczarowania; wśród restauracji koncepcyjnych oraz sklepów z żywnością azjatycką i organiczną niełatwo wymyślić produkt, którego rzeczywiście nie dałoby się dostać w żadnej innej lokalizacji. Nie, chodzi mi o coś innego. Coś, co z biegiem mojego życia zdaje się usuwać w cień tak bardzo, że początkowo mam kłopot z nadaniem temu sensownej nazwy.
Wielobranżowy sklep całodobowy o onirycznej atmosferze woła mnie, gdy szukam doświadczenia pewnej osiedlowej wspólnotowości, nasiąkniętej codziennością istnień tak odmiennych, a tak podobnych. Pożeram braci i siostry w konsumpcji wzrokiem, chciałabym wiedzieć, czym się zajmują, jak żyją. Próbuję wyłuskać znaczenia z urywków ich opowieści, dociec, co robią potem.
Czasem chciałabym umieć się do nich odezwać, zagaić. Chyba nie potrafię.
Bez wątpienia rozsmakowuję się także w pewnej specyficznej estetyce tego miejsca, które sprawia wrażenie, jak gdyby zastygło w czasie dobre dwadzieścia parę lat temu, a jednocześnie oferuje mi znakomite współczesne delicje w rodzaju, no proszę spojrzeć, pomarańczowych bezglutenowych muffinek w proszku. Wszystko jest jak przepuszczone przez żółty, nieco zamglony filtr – instrukcja ważenia warzyw i owoców, lepkie wafelki zapakowane w reklamówki, matowe twarze. Gdzieś nieopodal przechadza się dumnie Ryszard, sława SER-POLu – sędziwy już przypuszczalnie kocur o umaszczeniu przywodzącym na myśl smoking, pozbawiony znacznej części ogona. Zwykle pozwala się głaskać.
Raz po raz z misternej analizy alejek, produktów i półek wyrywają mnie co ciekawsze rozmowy.
— …jasne, że nie starczy, trzeba będzie przyjść jeszcze potem…
— … no nie mam, a co jak powie, że legitymacji to nie można?
Trudno powstrzymać mi się od dopowiadania sobie historii, wysuwania zapewne pochopnych wniosków. Nie umyka mojej uwadze fakt, że niekwestionowana większość udała się tutaj po alkohol. Panowie o czerwonych twarzach, młode nastolatki, nerwowo miętolące pasma włosów. Wdycham ich oddechy przy mojej twarzy i wracam do czasów własnych libacji. Nie ukrywam, że nie czuję się tutaj najbezpieczniej; wiem, że gdy już będę wychodzić, przyspieszę kroku. Nikt nie chce być zbyt blisko pijanych mężczyzn po zmroku, chyba tylko inni pijani mężczyźni. A jednak widzę w każdym z nich ułamek dawnej siebie – wszystkie monopolowe, które odwiedzałam o tej samej porze, co teraz, każdą rozbitą butelkę. Wystarczy, że mrugnę kilka razy, a znajduję się w zupełnie innym świecie.
Nadchodzi moja kolej.
Ona ma krótkie, szczecinowate włosy, fartuch i bardzo szybkie dłonie. Nosi okulary w grubych, wiśniowych oprawkach i zawsze ten sam niezadowolony grymas, wobec którego ja zawsze staram się być najmilsza, jak tylko potrafię. Podaję jej wszystko, co mam, z „przepraszam, że żyję” wymalowanym na twarzy i usiłuję pobić przynajmniej powiatowy rekord w zbieraniu zakupów z lady. Chciałabym być na powrót niewidzialna, bezcielesna, samoobsługowa.
Za późno – każdy mój ruch podgląda wąsaty pan tuż za mną.
– Kofola? Jezu, to jakaś niemiecka cola?
– Czeska. Ziołowa taka.
– A to przepraszam.
Uśmiecham się pod nosem i wymykam się przez drzwi wyjściowe. Przypomina mi się nagle, jak raz wychodziłam stąd z piwem mirabelkowym sztuk jeden i zostałam zatrzymana przez dwóch bojowo nastawionych chłopców, którzy zażądali potwierdzenia mojej pełnoletniości, bo oburzył ich fakt, że ekspedientka nie poprosiła mnie o dowód. Nie mając nic szczególnie ciekawszego do roboty sprostałam ich prośbie. Kto wie, może przeze mnie nabędą ambicji zaciągnięcia się do straży miejskiej. No cóż.
Idę dalej, zraszana przez mżawkę o godnej podziwu determinacji. Wspominam rozmowę z jedną z moich znajomych, która usłyszała, że właśnie na Perzyńskiego będzie się budował jakiś deweloper. Nie muszę dopytywać, by wiedzieć, że to prawda. Jeśli nie wkrótce, to kiedy indziej mury Delikatesów zostaną zrównane z ziemią, przedpotopowe szyldy trafią do niebieskich kontenerów z gruzem, słoiki przetworów potoczą się chodnikiem wzdłuż komisariatu. Być może zbiegnie się grupa gapiów, by wspomnieć dawne czasy, zastanowić się, gdzie mógł się podziać Ryszard. Potem wybudują nowe bloki, nowe osiedla zamknięte na pięć spustów, nowe sklepy pod zielonym światłem. Takie jest życie tkanki miejskiej, która musi co pewien czas się wykrwawić i zabliźnić, by zrobić miejsce na nowe kończyny; szkoda, że ostatnio coraz upiorniejsze, powielone w nieskończoność murowaną mitozą. I wiem już, że będę tęsknić, jak tęskniłam za zburzonymi pawilonami sklepowymi w moim rodzinnym mieście. Jak tęskni się za nieznajomym, do którego nie odważyło się zagadać.

