AUtorzy: katarzyna kowalewska, mateusz skóra, tomasz dwojak
Troje dinozaurów wspomina maglowe legendy: od tego, jak Krystyna Prońko przekonała się do komputerów, przez opis scenografii, który doprowadził do rozwiązania działu, po aferę o rzekome cenzurowanie już wydrukowanego tekstu. A także o tym, co nam zostaje z „Magla” po studiach.
Kasia Kowalewska: Zacznijmy do tego, jak trafiliśmy do „Magla” i kim teraz jesteśmy; co nam z „Magla” zostało.
Mateusz Skóra: Sięgając do początków współpracy, na studiach licencjackich w SGH szukałem środowiska i miejsca do pisania o polityce, ekonomii i stosunkach międzynarodowych; trafiłem do „Magla”. Z czasem okazało się, że dobrze odnajduję się też w redagowaniu tekstów po autorach i łamaniu materiałów do druku, więc zostałem na dłużej. Dołączyłem jesienią 2016 roku jako autor tekstów, a już wiosną następnego roku zacząłem współpracę z autorami jako szef działu PiG, ówczesnej Polityki i Gospodarki. W styczniu 2018 roku zostałem zastępcą redaktor naczelnej (wicenaczelnym) na roczną kadencję. Szefem działu PIG byłem przez prawie trzy lata. Obecnie zawodowo zajmuję się prawem konkurencji. Duża część mojej pracy wymaga myślenia ekonomicznego i rynkowego – kompetencje z „Magla” bardzo mi się przydają w ustalaniu faktów i researchu.
Tomek Dwojak: Pracuję w Biurze Skarbu w spółce Skarbu Państwa. Uchodzę w zespole za „tego od tekstów” – jeśli coś trzeba napisać, często trafia to do mnie. Trafiłem do „Magla”, studiując na SGH. Szukałem ujścia dla zainteresowań humanistycznych, trochę w kontrze do studiów. To chyba dość typowe dla ludzi z SGH w „Maglu”.
Też byłem wicenaczelnym, a od 2018 roku szefem działu film. Oddałem dział w trakcie COVID-u, w maju 2020 roku, ale z Maglem byłem związany jeszcze później. Napisałem kilka artykułów okładkowych, pięć albo sześć, już nie pamiętam dokładnie. Moje pierwsze dwa okładkowe dotyczyły wizerunku Warszawy popkulturze i autostereotypów Polaków.
KK: Jestem z Pomorza Zachodniego i kiedy przyjechałam do Warszawy na studia, szukałam środowiska, w którym mogłabym się jakoś osadzić, poznać ludzi. Najpierw próbowałam z organizacjami studenckimi na UW, potem odkryłam „Magla”. Szefową działu Warszawa zostałam właściwie przez przypadek, akurat oddawała go koleżanka, a było to takie kukułcze jajo, którego nikt za bardzo nie chciał. Ambicja zadziałała i przyjęłam to zadanie. Z perspektywy czasu wiem, że nie prowadziłam go wybitnie: pilnowałam standardów, ale nie umiałam inspirować ostrzejszych, bardziej reporterskich czy krytycznych tekstów. Na szczęście stale współpracowałam z autorem mocno zainteresowanym tematami społecznymi i warszawskimi kryzysami, więc dział miał społeczne zacięcie – i z tego jestem dumna, choć to nie była moja zasługa. Rok po kadencji Tomka zaproponowano mi zostanie wicenaczelną. Byłam z tego powodu bardzo szczęśliwa, jeszcze wtedy nie wiedziałam, jak bardzo pandemia zakłóci nam pracę. Obecnie pracuję w Wydawnictwie Krytyki Politycznej. „Magiel” nauczył mnie pracy zespołowej, z którą – jako skrajna indywidualistka – od zawsze miałam sporo problemów. Ta kompetencja bardzo mi się przydaje.
MS: Z „Maglem” najintensywniej współpracowałem mniej więcej do wybuchu pandemii COVID-19. Długo oddawałem dział – PIG był jedną z największych rubryk „Magla”, a jeszcze łączyłem to ze studiami dziennymi na dwóch uczelniach i pracą. Z perspektywy czasu nie wiem. jak wtedy funkcjonowałem, ale widzę, że „Magiel” dał mi bardzo solidny warsztat: fact-checking, pracę na źródłach i redagowanie cudzych tekstów. Po latach widać, że Magiel zostaje z człowiekiem – na festiwalach, koncertach – wszędzie spotykam znajomych z redakcji, lub poznanych w trakcie współpracy z czasopismem.
TD: Właściwie nigdy definitywnie nie rozstałem się z „Maglem”. Jeszcze długo pisałem, bywałem na integracjach, do dziś mam kontakt z ludźmi z redakcji. „Magiel” jest specyficzny – można nie pisać, a nadal być częścią tej społeczności.
KK: Z kolei u mnie to było bardzo widoczne zerwanie. W połowie kadencji wyjechałam na Erasmusa do Niemiec, trwała pandemia, ten Erasmus w ogóle się nie udał, bo nie miałam stacjonarnych zajęć. Właściwie równo z końcem kadencji wzięłam urlop dziekański i zaczęłam pracę przy blogu Empiku – pisałam recenzje i redagowałam teksty. Doświadczenie z „Magla” bardzo w tym pomogło. Potem wróciłam na studia, ale nie do pisania. Czułam ogromne rozczarowanie, kiedy nie mogłam znaleźć pracy w mediach. Miałam wrażenie, że „Magiel” „nic mi nie dał”. Oczywiście teraz widzę to zupełnie inaczej.
MS: Przejdźmy do anegdot i ciekawych historii. Jakie są wasze top of the top?
TD: Legendarny wywiad z Krystyną Prońko. Nasz redakcyjny kolega umówił się na rozmowę z artystką, ale spotkanie zamieniło się w spór o rolę komputerów w muzyce. I tak wyglądał ten tekst: jak kłótnia redaktora z diwą polskiej sceny. W dodatku czarno-białe zdjęcie Prońko na pierwszej stronie wyglądało jak nekrolog. Próbowaliśmy potem rozjaśniać skład, żeby nie wyglądało to tak, jakbyśmy żegnali rozmówczynię.
MS: Z tego co słyszałem były też napięcia przy autoryzacji.
TD: Wywiad ostatecznie się ukazał i bardzo szybko stał się legendą. Do tego stopnia, że powstał mem: zdjęcie Krystyny Prońko z przerobioną, bardzo smutną twarzą i podpisem: Krystyna Prońko widzi, jak używasz komputera do robienia muzyki. Wydrukowaliśmy to i obrazek przez kilka lat wisiał w kanciapie.
Zabawne jest to, że kilka lat później Prońko wydała płytę z komputerowymi remiksami swoich utworów. Czyli po latach przekonała się do komputerów w muzyce i wyszło na to, że „Magiel” miał rację.
MS: Wywiad jest trudną formą, ale ciekawą. Nie można przyjść na spotkanie z nastawieniem „po prostu pogadajmy”, tylko trzeba mieć na nią jakiś pomysł. W dziale Człowiek z Pasją można to było poćwiczyć. Część była świetna, część wyglądała, jakby odpowiedzi generował ChatGPT, mimo że było to w 2019 roku…
KK: Redagowanie wywiadów było strasznie trudne. Pamiętam taki wywiad w dziale Muzyka, o który pokłóciłam się z autorem, bo był już po redakcji, a ja chciałam go wygładzić stylistycznie, rzekomo niszcząc w ten sposób charakterystyczność wypowiedzi rapera. Wzór hiperpoprawnej polszczyzny, który wpajano mi na studiach, odbijał się od tego, jak mówili rozmówcy.
MS: Po autoryzacji bardzo trudno ingerować w wywiad. Teoretycznie tekst po autoryzacji powinien już być w formie gotowej do publikacji. Jednocześnie pamiętam historię o tym, jak po wysłaniu tekstu do autoryzacji pewien rozmówca kompletnie go przeredagował, nie chciał publikować własnych słów. To była ogromna ingerencja i długo krążyło jako maglowa legenda. Dla mnie to była inspiracja do zorganizowania szkolenia o prawie cytatu.
TD: „Magiel” uczył redagowania, ale też pisania: krótszych zdań, stawiania kropek, struktury.
MS: Bardzo intensywnie broniłem długich konstrukcji, ale redakcja mnie z tego wyleczyła. Musiałem się nauczyć pisać zdania, które można przeczytać na głos „na jednym wdechu”.
TD: Ja z kolei przeszedłem z opowiadań do tekstów użytkowych. To bolało, ale było konieczne.
KK: Dla mnie „Magiel” to ważny etap na drodze przełamywania swojej nieśmiałości w pisaniu, związanej z tym, że każdy napisany przez siebie tekst wydawał mi się nie dość dobry. Tu też napisałam swoje dwa pierwsze – i jedyne jak na razie – reportaże. Nauczyłam sie wtedy przeprowadzać wywiady z ludźmi, a przynajmniej zadebiutowałam w tej roli i potem było już mi trochę łatwiej. Z drugiej strony byłam bardzo surowa i osądzająca wobec innych, przekonana, że „wiem najlepiej” jak powinno być. Dopiero później zrozumiałam, że sposób przekazywania krytyki jest równie ważny jak sama krytyka.
MS: Ja też na początku redagowałem zbyt mocno, później bardziej systemowo – wskazywałem autorowi, co poprawić, zamiast robić to za niego. Chodziło o jedno: żeby czytelnik nie musiał się cofać, zastanawiając się, „co autor miał na myśli”.
KK: W redagowaniu tekstów nie pomagał mi perfekcjonizm zahaczający o czepialstwo – w pewnym momencie pół żartem, pół serio postulowałam wprowadzenie limitu czasownika być na stronę, tak mnie denerwowały notoryczne powtórzenia. Pamiętam też, jak strasznie się wkurzyłam o prowokacyjną belkę nad moim tekstem; to było za twojej kadencji, Tomku. Żądałam nawet sprostowania i chyba ono się ostatecznie ukazało.
TD: Belki to była linia na pierwszej stronie działu – redaktor mógł tam napisać, co chciał. Trzeba było naprawdę przesadzić, żeby to zatrzymać.
MS: Tam panowała licentia poetica – sam wrzucałem dziwne cytaty.
KK: W związku z redagowaniem wybuchł konflikt w dziale Teatr. Ówczesna szefowa działu Ania pokłóciła się z działem korekty, bo zmieniono opis scenografii w mojej recenzji. Po korekcie obraz scenografii był zupełnie zafałszowany i nie miał nic wspólnego ze spektaklem. Po tym nieporozumieniu, kolejnym w serii, Ania rzuciła dział. Kusiło mnie, żeby go przejąć, ale z drugiej strony czułam solidarność z odchodzącą. W dodatku nie wiedziałam, czy podołam.
MS: Ja z kolei sporo przygód miałem z działem Uczelnia – mieliśmy wtedy pulę krytycznych tekstów, w części z nich autorzy pozostają anonimowi do dzisiaj. Byłem twarzą tych materiałów. Gdy trzeba było przyjąć gromy, trafiały na mnie. Miałem z tego powodu szereg niestandardowych sytuacji na uczelni, ale budowało mnie to, bo widziałem, że to, co robimy, nie trafia w próżnię.
TD: W dziale Uczelnia nasz głos naprawdę wiele znaczył. W porównaniu z nim inne działy wypadały hobbystycznie. W Uczelni mieliśmy też bitwę o parking. Opisaliśmy, jak parkingowy bezprawnie zawłaszczył parking pod budynkiem SGH-u.
MS: Parkingowy chciał nas pozwać i odgrażał się, że będziemy go przepraszać w lepszych czasopismach niż „Magiel”. Ten cytat potem trafił na belkę.
KK: Pamiętam także aferę z wyrywaniem artykułu z numeru z dragiem na okładce.
TD: To wyszło przez przypadek. Musieliśmy wyrwać reklamę, w której był błąd. Znajdowała się na jednej stronie, jak ją się wyrwało, to wypadała ta na drugim końcu czasopisma. Bo czasopisma drukuje się czwórkami i jak wyrywasz jedną kartkę, to jej druga część może odpaść.
MS: I akurat na tej odpadającej części był wydrukowany artykuł okładkowy, na grupach studenckich oskarżany o to, że w Maglu promuje się homoseksualność. Pamiętam te komentarze, że zamiast pisać o poważnych tematach gospodarczych, piszemy o jakichś gejach. Kiedy zobaczono, że wyrywamy z Magla strony, to poszła plotka, że wstydzimy się artykułu i wycofujemy go z druku. A to w ogóle nie było tak.
TD: Dziś to jest dla mnie niewyobrażalne – poświęcić kilka weekendów w roku, po kilkanaście godzin dziennie.
MS: A to nie było „siedzenie przy pizzy”. Teksty spływały przez weekendy, my jako naczelni czytaliśmy wszystko po kilka razy, a skład często kończył się w nocy – musieliśmy z wyprzedzeniem rezerwować w systemie SGH, że będziemy zostawać do późna. W dodatku to była duża operacja logistyczna. Kolportaż, rozwożenie numerów po wydziałach, kontakt z drukarnią. To były całe weekendy pracy.
KK: A później przyszła praca zdalna – ten sam nakład czasu, tylko bez bycia razem w jednym miejscu. U mnie zdarzało się, że skład zaczynał się w sobotę, a kończył we wtorek.
MS: Z perspektywy lat to była ogromna inwestycja czasu – kilka weekendów w roku akademickim. Mało kto lubi pracować w weekendy, a wtedy dobrowolnie czytaliśmy po trzy razy jedno zdanie i zastanawialiśmy się, czy ma sens. Ale gdybym miał wrócić do tamtych lat, zrobiłbym to jeszcze raz.
TD: To też bardzo ludzi spajało.
MS: Tak, to były osoby z bardzo różnych światów, które połączyła wspólna robota.
TD: I przepiękne historie. Znacie Aleksandra Jurę? To fotograf, który zaczynał w „Maglu”. Na jego urodziny – jakieś sześć lat temu – przerobiliśmy jego zdjęcie na okładkę „National Geographic”. Taki maglowy inside joke. Tymczasem kilka lat później okazało się, że Olek naprawdę wygrał konkurs „National Geographic” i jego zdjęcie trafiło do magazynu. Do dziś mi mówi, że to było dla niego bardzo wspierające – że ktoś wtedy w niego uwierzył.
Takich historii w „Maglu” było więcej. Człowiek przychodził nie do końca wiedząc, co może robić, a „Magiel” pokazywał możliwości. Sam fakt, że pisałeś tekst, który drukowano w kilku tysiącach egzemplarzy i mogłeś go pokazać rodzinie – to było coś niesamowitego.
KK: Wspaniale jest spotykać po latach osoby z „Magla” i widzieć, jak świetne rzeczy robią. Pamiętam, jak bardzo się cieszyłam, gdy na szkoleniu dziennikarskim wpadłam na Olę Łukaszewicz, wicenaczelną z zespołu Tomka. Pisała wtedy dla „Pulsu Biznesu”.
TD: Ola Sojka, wybrana za kadencji Kasi jako trzecia wicenaczelna, żeby koordynować powstawanie nowej strony internetowej, też robi teraz świetne rzeczy. Pracuje w Polskim Instytucie Ekonomicznym, think tanku przy Ministerstwie Finansów. Robi doktorat, pisze analizy i występuje w podcastach tego Instytutu. Lubię wierzyć, że dla wielu ludzi „Magiel” okazał się natchnieniem do tego, co robią w przyszłości.
KK: Na koniec mam pytanie, które można bardzo kreatywnie interpretować, a które brzmi: wracam do „Magla” na jeden dzień i…
TD: Wracam do „Magla” 2026 na tydzień i piszę nowy artykuł okładkowy, żeby jeszcze bardziej wśrubować rekord.
KK: O czym?
TD: O Polsce. Większość moich artykułów próbowała odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Polska wygląda jak wygląda. Tak napisałem teksty o wizerunku Warszawy w popkulturze czy autostereotypach Polaków.
KK: Ja jak zwykle chciałabym wiele naraz, więc opowiem dwa scenariusze. Pierwszy: wracam do „Magla” i wskrzeszam dział Teatr. Drugi, także moja niezrealizowana ambicja, wracam do „Magla” i piszę swój pierwszy tekst okładkowy. Pewnie byłoby to rozliczenie ze studiami, o wielkim pięknie i wielkim zawodzie. MS: To ja potraktuję pytanie dosłownie – wracam do „Magla” za swoich czasów, wchodzę do kanciapy po lektoracie i do kawusi sprawdzam teksty do PiG-u, masakruję je zupełnie. Potem idę z kimś z redakcji do Niespodzianki na schabowego z frytkami. Później idę na zajęcia, w trakcie zajeć tłumaczę się, dlaczego jeszcze nie przekazałem naczelnym tekstów i piszę nieśmieszne żarty na maglowych grupach, które były wtedy bardzo aktywne. Wieczorami często mieliśmy kolegia lub integracje, więc dzień siłą rzeczy też kończę w pokoju redakcji.

