„Wymyślcie coś absurdalnego, ludzie to lubią”. Rozmowa z Jackiem Polkowskim

Spotkało się trzech redaktorów: obecny, przyszły i ten najważniejszy, od którego wszystko się zaczęło. Z Jackiem Polkowskim, założycielem „Magla” porozmawialiśmy o początkach czasopisma.

AUTorzy: JulIa Świerczyńska, Tytus Dunin

Spotkało się trzech redaktorów: obecny, przyszły i ten najważniejszy, od którego wszystko się zaczęło. Z Jackiem Polkowskim, założycielem „Magla” porozmawialiśmy o początkach czasopisma.

Tytus Dunin: Zacznijmy od fundamentalnego pytania: dlaczego? Dlaczego „Magiel”?

Julka Świerczyńska: Tak, skąd potrzeba założenia czasopisma studenckiego?

Jacek Polkowski: Już w liceum wraz z grupką znajomych założyliśmy czasopismo „Żabba”. To była taka kserówka, która nie służyła niczemu innemu, tylko robieniu sobie jaj. Gdy przyszedłem na studia, zabrakło mi tego, a ówczesna „Gazeta SGH” była cholernie nudna. Nikt ze studentów nie chciał tam pisać. Coraz bardziej dojrzewała we mnie myśl o założeniu gazety studenckiej, ale długo nie miałem takiej możliwości. Wreszcie na trzecim roku studiów poproszono mnie i grupkę studentów o wystartowanie w wyborach samorządowych. Rządziła tam wtedy taka ekipa, którą uważano za bardzo skorumpowaną, niedbającą o interesy studentów. Na etapie kampanii wyborczej obudziła się we mnie znowu ta żyłka kreatywności, bo całe dnie spędzaliśmy na wymyślaniu haseł, przygotowywaniu ulotek czy banerów. Wygraliśmy wybory, a ja – jako że zajmowałem się całą tą kampanią – zostałem przewodniczącym nowo powołanej Komisji Informacyjnej. To był pierwszy krok. Przyszło mi do głowy, że teraz mam narzędzia do stworzenia gazety studenckiej, fundusze też się znajdą, jako samorząd bez problemu dostaliśmy zielone światło. Kolejnym sprzyjającym aspektem było to, że szybko dostaliśmy komputer i internet. W związku z moją funkcją w samorządzie dostałem zadanie stworzenia strony internetowej, musiałem się nauczyć obsługi tego magicznego urządzenia. To wszystko pomogło potem wystartować z „Maglem”. W końcu pewnego dnia usiedliśmy, otworzyliśmy Worda i zaczęliśmy pisać. Składaliśmy pierwszy numer do białego rana, a potem zanieśliśmy go do druku jak święty Graal. Odbiór był niesamowity, studenci rozchwytywali tę gazetę. Już pierwszego dnia zaczęły się do nas odzywać różne działające na SGH organizacje studenckie, chcieli dostać u nas jak najwięcej miejsca. To nas utwierdziło w przekonaniu, że trzeba działać dalej. Choć ani razu nie pomyśleliśmy, że ta gazeta przetrwa więcej niż kilka miesięcy… Piąty numer to było wielkie święto, potem przyszedł dziesiąty, a teraz mamy trzydzieści lat. To zasługa całego sztabu ludzi, o istnieniu których w większości nic nie wiem, ale jestem im dozgonnie wdzięczny, że wychowali to moje dziecko.

TD: Wszystkie magazyny studenckie, które zaczynały w podobnym czasie, nie przetrwały. Jesteśmy najstarszym takim czasopismem w kraju. 

JP: Idąc na studia w 1992 roku nie myślałem, że stworzę coś, co stanie się nieodzowną częścią historii SGH. Uczelnia obchodzi w tym roku 120-lecie, „Magiel” to ćwierć jej historii. Niesamowite, że ta gazeta z czegoś, co było robione w Wordzie i Paincie, w żartach, przeszła w coś całkiem poważnego. Sądzę, że SGH powinno stawać na głowie, żeby zapewnić „Maglowi” przetrwanie – to chluba uczelni. Chociaż za moich czasów w pewnym momencie, czasopismo utrzymywało się praktycznie wyłącznie ze sponsorów…

JŚ: Ale za to jakich sponsorów!

TD: Colgate-Palmolive…

JP: To magia SGH. Kiedy szliśmy jako gazeta Szkoły Głównej Handlowej do różnych korporacji czy agencji, traktowali nas na poważnie. Zdarzało się, że od firm, o których mówicie, dostawaliśmy kartony z pastą do zębów.

TD: W poprzednich numerach najbardziej zaskoczyło mnie właśnie to, jak dużo reklam było kierowanych typowo do studentów; jak wiele firm chciało „wbić się” do kultury studenckiej. No właśnie, jak wyglądała kultura studencka w latach 90.? Jak łączyła się z władzami uczelni?

JP: Kultura studencka tamtego okresu jest nie do powtórzenia, jak zresztą całe lata 90. Były takie osoby, na przykład Michał Wigurski, od którego dostaliśmy pierwszą redakcję „Magla”, które były motorem napędowym studenckiego życia. To im chciało się chodzić po sponsorach, kontaktować z agentami gwiazd, ściągać je na koncerty, organizować ogromne wydarzenia. Takie imprezy odbywały się co kilka miesięcy, na Polu Mokotowskim, w klubie Park… Pamiętam, że jako członek samorządu, a potem naczelny „Magla” czasem nie wyrabiałem, co chwilę coś się działo, a czasem trzeba było jeszcze poudawać studenta i pójść na wykład albo zdać egzamin. Skład  gazety często robiliśmy w nocy, bywały okresy, że czułem się wykończony. Na ówczesną kulturę studencką wpłynęła też atmosfera lat 90., życie po okresie PRL-u jakoś wybuchło, były większe możliwości, łatwiej było pozyskać pieniądze, wszystkie organizacje studenckie cały czas coś robiły. „Magiel” też miał swoją własną imprezę, na której przyznawaliśmy nagrodę dla najlepszego, według studentów SGH, polityka…

TD: Leszek Balcerowicz.

JŚ: Znak czasów.

JP: Wtedy chyba nie było dla studentów SGH innego wyboru. To nie było w żaden sposób sterowane. Następnego roku zrobiliśmy wybory najlepszego biznesmena i wygrała Irena Eris. Dzięki życiu studenckiemu można było poznać bardzo ciekawych ludzi. Pamiętam VIP room podczas juwenaliów i co chwila zmieniające się zespoły, wśród których znalazło się między innymi O.N.A. z Chylińską. Wspominam to jako wspaniały okres, wypełniony nie tylko nauką i pracą, ale też imprezowaniem i poznawaniem fascynujących ludzi. SGH tętniło życiem na potęgę, nie było miesiąca, żeby coś się nie działo.

TD: Czy to wynikało także z kadry na SGH? Czy „Magiel” mógłby się udać na UW?

JP: Myślę, że nigdzie indziej poza SGH „Magiel” by się nie utrzymał ani tak nie rozrósł. UW ma rozrzucony po całym mieście kampus, dystrybucja byłaby trudna. Specyfika SGH sprawiła, że to wszystko się udało. Do dzisiaj mówimy ze znajomymi z rocznika, że ekonomia tak naprawdę – przepraszam wszystkich obecnych studentów – do niczego się nam nie przydała, ale bez tej uczelni nie bylibyśmy dzisiaj tym, kim jesteśmy. Nauczyliśmy się tu wszystkiego, cała ta atmosfera wsparcia, nauka zaradności, przedsiębiorczości, były dużo ważniejsze niż wykłady. SGH dało nam możliwość rozwinięcia skrzydeł, odkrycia talentów. 

JŚ: Jak wyglądała twoja relacja z profesorem Rockim i jak duży wpływ miała na powstanie i późniejszy kształt „Magla”? Podczas przeglądania dokumentów bardzo często trafialiśmy na twoje listy do niego; wydaje się, że to ważna osoba w naszej historii. 

JP: Jeśli chodzi o samo powstanie czasopisma, nie widzę wpływu osób trzecich, to naprawdę była wewnętrzna potrzeba. Moja relacja z Rockim miała ciekawe korzenie. Profesor miał bardzo serdeczną postawę wobec studentów, był życzliwy i pomocny. Można było do niego przyjść z każdym problemem, a on, znający uczelnię od podszewki, zawsze umiał coś doradzić. Czasem z zaskoczeniem odbierałem od niego telefon i słyszałem, że udało się coś załatwić, że mam przyjść, to on mi wszystko opowie. Widząc moje relacje z profesorem Rockim, które były po prostu serdeczne, jeden z kandydatów w wyborach rektorskich wmanewrował mnie w aferę, bo myślał, że zaangażuję „Magla” w wybory, czego wówczas nie zamierzałem robić. Zostałem oskarżony o sfałszowanie czyjegoś egzaminu wstępnego, bo byłem wtedy przedstawicielem samorządu w komisji rekrutacyjnej. Miałem napisać egzamin z matematyki za jakiegoś chłopaka, nawet podali mi jego imię i nazwisko. Szczęka mi opadła, myślałem, że to kiepski żart, ale potem okazało się, że oni tak na serio. Wezwano mnie do gabinetu, był prawnik, postawiono mi zarzuty, podobno mieli dowody. Po tym spotkaniu cały się trząsłem, pierwszym co przyszło mi do głowy było: „Zadzwonię do Rockiego”, to był odruch. Doskonale wiedziałem, że chodzi o te zbliżające się wybory. Profesor był bardzo zaskoczony, nie pytał nawet, czy jestem winny, czy nie, rozumiał, że to jakiś absurd. Od razu powiedział do mnie, żebym nic nie robił, że on skontaktuje się z kim trzeba. Druga strona szybko się wycofała, usłyszałem, że „po prostu mnie badali”. Na kolejne spotkanie szedłem z podniesioną głową, byłem zuchwały, nawet agresywny. Po tej sytuacji pomyślałem sobie: „O nie, kochani. »Magiel« pozostanie niezależny, ale ja, jako osoba prywatna, stanę na głowie, żeby Rocki wygrał wybory”. Wcześniej po prostu go lubiłem, ale w bliską relację wepchnął nas jego kontrkandydat. A w tle był „Magiel”, choć ani przez chwilę nie chciałem go angażować w wybory. Gazeta do końca publikowała materiały wszystkich kandydatów i nie wyrażała żadnych opinii. Tak zaczęła się moja przyjaźń z profesorem Rockim, którego potem wspierałem także przy wyborach do senatu, nawet prowadziłem jego senatorską stronę internetową. Ale to nie on zatrudnił mnie na stanowisko rzecznika prasowego SGH, to zaproponowała mi profesor Jóźwiak.

TD: Czyli „Magiel” od zawsze był aferogenny…

JŚ: Powiedziałbyś, że to była właśnie taka najgorsza „drama” związana z czasopismem?

JP: Tak, bo to de facto zahaczało o kwestie kryminalne. Myśleli, że dam się przestraszyć, ale uczelnia nie chce przecież kształcić idiotów, a ja idiotą nie byłem. Machano mi przed oczami jakimiś teczkami, do których nie mogłem mieć wglądu, bo to były informacje tajne przez poufne, a ja już obmyślałem strategię.

TD: Reliktem starego „Magla” jest u nas do dzisiaj dział „Do góry nogami”, który wychodzi tylko w druku, na ostatnich stronach.

JŚ: Tak, gdy wczoraj przeglądaliśmy stare numery, powiedziałam nawet Tytusowi, że wyglądają tak, jakby całe składały się z „Do góry nogami”…

JP: Najlepiej wspominam serię artykułów wzorowaną na „Archiwum X”. Pomysł narodził się, gdy siedziałem na posiedzeniach senatu akademickiego, bo gadali tam już momentami takie głupoty… Dla mnie jako studenta to było przezabawne, jakie bzdury potrafili wygadywać profesorowie. Oni sami się z tego śmiali, na posiedzeniach wybuchały czasem salwy śmiechu. Uznałem, że to wszystko się marnuje i zacząłem spisywać te dyskusje nie ujawniając, skąd pochodzą. Ja bardzo dobrze żyłem ze wszystkimi na uczelni, od pani sprzątającej, przez dziekana, skończywszy na rektorze. Słyszałem więc różne rzeczy, spisywałem je, a później wplatałem je w historie, które publikowałem pod pseudonimami. Ta seria cieszyła się popularnością, zwłaszcza wśród pracowników uczelni. Zaczepiali mnie potem na korytarzu i pytali, co będzie w następnym odcinku. Bardzo często czerpałem pomysły z życia wzięte. Duża część śmiesznych tekstów powstawała też po prostu podczas grupowych posiedzeń w akademiku. W pewnym momencie przyszedł chłopak, który chciał rysować i pojawiły się humorystyczne ilustracje. Wspaniałe było to, że nie musieliśmy rekrutować, po prostu drzwi się otwierały, ludzie się garnęli. Pewnego dnia znalazł się fotograf, pierwszy raz mieliśmy porządne zdjęcia, profesjonalizowaliśmy się. Później, już jako rzecznik prasowy SGH, spotykałem rzeczników z innych uczelni, a oni wypytywali mnie o „Magla”, jak to się udało, bo sami chcieli mieć coś takiego u siebie. Pamiętam, że to mnie bardzo zaskoczyło, że ta fama rozeszła się już po całej Polsce.

TD: Jak długo po skończeniu studiów śledziłeś poczynania „Magla”?

JP: Wiesz, ja de facto zostałem na uczelni niedługo po tym, jak przestałem być naczelnym, zaproponowano mi bycie rzecznikiem. Zacząłem właściwie od razu, więc miałem stały kontakt z gazetą i na bieżąco śledziłem jej rozwój. Duma mnie rozpierała i rozpiera nadal.

JŚ: A pamiętasz, jaki był twój pierwszy tekst do „Magla”?

JP: Nie pamiętam, pewnie jakiś wstępniak, tak?

JŚ: Nie! Pierwszy numer nawet nie miał wstępniaka. To był wywiad z panią z dziekanatu. Bardzo nas rozbawiło, że akurat to była pierwsza napisana przez Ciebie rzecz.

JP: Super! Mnie całe życie uczono szacunku do wszystkich, niezależnie od szczebla. Nie mam i nie miałem czegoś takiego, że skoro poznałem rektorów, to zapominam o pani z dziekanatu. Zawsze wychodziłem z założenia, że każdy ma coś ciekawego do powiedzenia. To podejście mi pomogło, bardzo łatwo było mi załatwić wszystko ze wszystkimi, czy chodziło o wywieszenie czegoś na tablicy, czy o dodatkowe pieniądze. Wszystkim się kłaniałem. Gdy po latach wróciłem, żeby odwiedzić biuro rzecznika prasowego, rozpoznał mnie nawet pan w ochronie. Obściskaliśmy się, pogadaliśmy, sytuacja powtórzyła się jeszcze w dziekanacie, panie pozamykały okienka, żeby ze mną porozmawiać. To niesamowite, że tak mnie ktoś zapamiętał. Rozmawialiśmy w „Maglu” z ludźmi na wszystkich szczeblach, tu akurat była pani z dziekanatu, ale robiliśmy też wjazd na chatę profesorom. Robiliśmy zdjęcia ich domów i pokazywaliśmy, jak to się żyje. 

TD: Mówiłeś wcześniej o pełnieniu roli rzecznika prasowego. Jak jeszcze „Magiel” wpłynął na twoją drogę zawodową i życie w ogóle?

JP: „Magiel” był emanacją czegoś, co miałem w sobie zawsze, ale dopiero czasopismo to we mnie obudziło i rozwinęło. Dzięki temu jestem dzisiaj tym, kim jestem. Rozwinąłem skrzydła, jeśli chodzi o kreatywność, twórczość, ale także zdolności organizacyjne. Był zespół ludzi, którymi trzeba było zarządzać, pieniądze, które trzeba było pozyskać, a potem odpowiednio nimi gospodarować, żeby było za co wydrukować numer. Ta masa rzeczy, które trzeba było skoordynować, pozwoliła mi na udoskonalenie wielu tych cech, które już w sobie miałem. Okazało się, że dobrze radzę sobie z komunikacją, marketingiem, public relations, copywritingiem. To wszystko robię do dzisiaj. Nigdy w życiu nie byłem na żadnej rozmowie kwalifikacyjnej, zawsze czeka na mnie jakaś kolejna propozycja od kogoś, kto już mnie zna. Obecnie jestem menadżerem marketingu w niemieckiej firmie informatycznej. Tak sobie myślę, że idąc na SGH, miałem na siebie inne plany. Każdy student tej uczelni widział się – zwłaszcza w tamtym czasie – jako menadżera, najlepiej w międzynarodowej korporacji, co najmniej wiceprezesa lub na innym stanowisku zaczynającym się od „Chief”. U mnie się tak nie stało z mojego własnego wyboru. Kiedy odkryłem w sobie twórczy talent, zrozumiałem, że nie nadaję się do pracy w korporacjach – do tego stresu i ogromnej odpowiedzialności. Poszedłem inną ścieżką, jestem tu, gdzie jestem i nic więcej nie jest mi do szczęścia potrzebne. Mam czas na zwiedzanie świata, stać mnie na to, czego potrzebuję. Nie pragnę bogactw i chyba zawdzięczam to podejście do życia „Maglowi”. Może gdybym skończył studia w terminie, a nie brał urlop dziekański po to, by poświęcić się czasopismu, to moje życie potoczyłoby się inaczej. Choć „Magiel” przyczynił się też do tego, że w ogóle mogłem ten urlop wziąć. W pokoju, w którym robiliśmy skład, było nieszczelne okno. Którejś nocy mnie przewiało i dostałem zapalenia ucha środkowego. Do dzisiaj mam uszkodzony słuch. Gdyby nie to, może moje życie potoczyłoby się inaczej, ale nie chciałbym tego. Widzę znajomych w moim wieku, ludzi z którymi studiowałem na roku, są wykończeni przez stres i przepracowanie, wyglądają staro, nie wydają się szczęśliwi. Jestem dowodem na to, że ścieżki po SGH mogą być różne, a to dzięki „Maglowi”, w którym odkryłem moje powołanie. Odmówiłem przyjęcia pracy w banku, w którym robiłem staż, żeby móc się poświęcić czasopismu. Kim bym był, gdybym tam wtedy został? Nie interesuje mnie to. Gdybym wtedy odszedł, dzisiaj byśmy tutaj nie rozmawiali, bo „Magiel” nie był wtedy gotowy, by ktoś inny go przejął.

TD: Teraz rozumiem, dlaczego „Magiel” przetrwał te 30 lat. Energia założycielska była tak ogromna, że do dzisiaj nas napędza.

JP: Tak, i to nie była tylko moja energia, lecz wszystkich osób tworzących „Magla”. Na każdej przerwie ludzie schodzili się do naszej kanciapy, spędzaliśmy razem czas. To była niesamowita atmosfera. W pewnym momencie już wiedziałem, że teraz gazeta da sobie radę. Poszedłem własną drogą, ale brałem do ręki każdy nowy numer. Trochę szkoda mi było, że „Magiel” idzie w bardziej poważną stronę, ale stwierdziłem: „To już nie jest moja gazeta, nie moja wizja”. Nigdy nie zwróciłem uwagi żadnemu z późniejszych naczelnych, że idą w złym kierunku, że inaczej to sobie wyobrażałem. Ja tylko zacząłem proces i mogę się jedynie cieszyć, że gazeta wciąż istnieje i są ludzie, którzy chcą ją tworzyć.

TD: Przeczytaliśmy też dokument założycielski „Magla”. Jest tam ciekawy fragment o tym, że dopuszczalna jest możliwość późniejszej sprzedaży czasopisma. Jak widzisz teraz rynek prasowy i jak na jego tle wypada ewolucja „Magla”?

JP: Powiem szczerze, że nie czytam już gazet papierowych, jestem zupełnie zdigitalizowany. Czasem zaglądam nawet na stronę internetową „Magla”. Jeśli chodzi o rynek prasy, to nie widzę możliwości przetrwania płatnej prasy drukowanej. Przyjdzie taki moment, że przestanie się to opłacać komukolwiek i szkoda będzie lasów oraz energii na druk. To, o czym mówicie, pokazuje, że od początku myśleliśmy wizjonersko, że chcieliśmy aby kiedyś „Magiel” był drukowany ładnie i kolorowo i wiedzieliśmy, że potrzeba będzie na to pieniędzy. Obserwowanie innych organizacji studenckich nauczyło nas, że sprzedaż na uniwersytecie raczej nie wychodzi. Źródłem finansowania stali się więc sponsorzy i sama uczelnia. 

TD: Pozostając przy tym wizjonerstwie – w pierwszych numerach „Magla” bardzo dużo uwagi poświęcano internetowi, jego rozwojowi i wpływom na społeczeństwo, gospodarkę. Czy już na początku była myśl, że „Magiel” mógłby być całkowicie internetowy?

JP: Nie, wtedy chyba żadne medium w Polsce nawet tego nie rozważało. Mieliśmy stronę internetową, ale traktowaliśmy ją jako dodatek, nie jak coś, co zastąpi papier. To były też czasy komputerów stacjonarnych, laptopy, jeśli już były, to wielkości encyklopedii, większość studentów nie miała dostępu do internetu. Kiedy rozkładaliśmy papierową gazetę, to studenci się na nią rzucali, czasem zanim doszliśmy na aulę spadochronową, to już nie było ani jednego egzemplarza, bo wszyscy zgarniali po drodze. Papier wtedy coś znaczył. 

JŚ: A może ty masz do nas jakieś pytania? W końcu dużo się zmieniło od początków „Magla”. Czasopismo się rozrosło, działa nie tylko na SGH, lecz także na innych warszawskich uniwersytetach. Tytus i ja jesteśmy z UW, z filologii polskiej. 

TD: Właściwie chyba większość osób jest z Uniwersytetu… To trochę problem, bo jednak działamy nadal pod SGH, więc musimy mieć reprezentantów, a coraz trudniej znaleźć osoby z SGH, które chciałyby do nas pisać. 

JP: Szok. Wiedziałem, że „Magiel” objął inne uczelnie, ale nie, że aż tak. Apel do studentów SGH – piszcie do „Magla”! To zaskakujące. Kiedy „Magiel” powstał, to już miałem w pewnym momencie takie poczucie, że nie możemy przyjąć więcej osób, bo nie damy rady uszczęśliwić wszystkich. Fajnie, że współpracujecie z osobami z ASP, my też to robiliśmy, kiedy potrzebowaliśmy statuetki do konkursu na najlepszego polityka. Koniec końców Balcerowicz dostał od nas naprawdę piękną statuetkę, nowoczesną. Byłem pod wrażeniem poziomu umiejętności. Są też studenci jeszcze jakichś uczelni?

JŚ: Tak, jeśli ktoś jest studentem, to nieważne, czy z Koźmina, czy z UKSW, jest u nas mile widziany. 

TD: Przez pewien czas powstawały nawet dwie wersje „Magla” – osobna dla SGH i dla UW. W końcu rok temu podjęliśmy decyzję, żeby scalić dział „Uczelnia” w jedno. Teraz, jeśli na którejś uczelni jest jakaś afera, to i tak szybko obiega całą Warszawę.

JŚ: Tak jak w naszym ostatnim tekście o Drugim Promotorze.

JP: No właśnie, to a propos tego artykułu, mam do was pytanie. Czy i jak wykorzystujecie AI w pracy redakcji?

TD: Praktycznie wcale. Mamy bardzo silne zdanie w tym temacie, nawet korektę robią u nas ludzie i nie pozwalamy posługiwać się narzędziami sztucznej inteligencji do pisania. Od jednego z kolegów redakcyjnych, który pisze dla dużego portalu, dowiedzieliśmy się, że u nas ma najlepszą korektę . Odziedziczyliśmy po poprzednikach dobre praktyki. Mamy nawet ujednolicone zasady pisowni.

JŚ: Proces redakcji jest wieloetapowy, zanim tekst zostanie opublikowany, to sprawdzą go i zredagują przynajmniej trzy osoby. Uważam, że możemy się tym szczycić. 

JP: No to tylko pozazdrościć. Za moich czasów, musiałem robić wszystko – byłem i od grafiki, i od składu, od redakcji, korekty… Po skończonym procesie byłem tak zmęczony, że dosłownie czołgałem się do akademika. Ale nigdy nie byłem sam, zawsze ktoś mi towarzyszył, nawet jeśli niespecjalnie mógł mi pomóc. Ludzie czuli, że muszą mnie wspierać. W końcu zacząłem ich uczyć. Najpierw korzystaliśmy z Worda, potem z QuarkXpressa, którego kopię kupiła nam Szkoła, a potem dość szybko do InDesigna. QuarkXpressem byłem przerażony, bo przecież wtedy składały w tym wszystkie redakcje na świecie, to kolejna odpowiedzialność. Okazało się, że program jest dość intuicyjny, więc zacząłem uczyć go innych. W końcu zrozumiałem, że nie mogę wszystkiego robić sam.

JŚ: Dzisiaj, jeśli „Magiel” idzie do druku, szefowie działu sami robią skład swoich stron w InDesignie, a naczelni składają resztę do kupy.

TD: To ma swoje minusy, bo czasem wkrada się chaos, ale dzięki temu wszyscy umieją zrobić skład. Wykorzystujemy jako okazję do nauki.

JŚ: Tak, ja nauczyłam się InDesigna właśnie ze względu na „Magla”

JP: Do wszystkich osób czytających: Jeśli macie jakieś umiejętności związane z kreatywnością, to  jest najlepsze miejsce, aby je rozwinąć.

JŚ i TD: To prawda, potwierdzamy!

JP: Potem idzie się do pracy lub na staż, dostajesz dużo pytań i nagle zdajesz sobie sprawę, że wiesz już bardzo dużo rzeczy, znasz różne programy i tak dalej… Ludzie nie rozumieją, że takie doświadczenie później się przydaje, bo masz masę zdolności, których innym brakuje. Pamiętam, że gdy byłem w „Maglu”, odezwała się kiedyś do nas jedna z firm, z którą współpracowaliśmy i poprosiła, żebyśmy pomogli ogarnąć coś związanego z grafiką, bo osoba odpowiedzialna za to jest na zwolnieniu. W ten sposób zdobywa się kwalifikacje, ale nie można tego traktować tylko jako wpisu do CV, a jako swoistą wartość. Nawet znajomi przedstawiali mnie jako „człowieka orkiestrę”. 

TD: Jak widzisz „Magla” za 30 lat?

JP: Myślę, że będzie całkowicie cyfrowy, jak cała prasa. W końcu będziecie też musieli zacząć korzystać z AI, jeśli nas ono do tego czasu nie przerobi na baterie. Ja sam nie wyobrażam już sobie pracy kreatywnej bez AI, zwłaszcza, kiedy muszę pisać w językach obcych. Niektórzy piszą prompta i nie weryfikują wyniku. Ja artykuł na firmowego bloga piszę tydzień, razem z AI zbieramy informacje, weryfikujemy fakty, omawiamy aspekty, przechodzimy rozdział po rozdziale. Ostatecznie otrzymuję tekst na wysokim poziomie, zarówno pod względem merytorycznym, jak i językowym. Myślę, że taka będzie też wasza przyszłość, ale pamiętajcie, że sztuczna inteligencja kłamie i wymyśla, więc trzeba z nim pracować bardzo uważnie. To jest naprawdę męczące. Mimo to, nigdy w życiu nie powiedziałbym, że nie można go wykorzystywać do procesu redakcyjnego. Ja komunikuję się z AI jak z żywą osobą, jakby był moim współpracownikiem, zdarzyło mi się napisać „Daj spokój, mam już dość bzdur, które wygadujesz”. Wtedy się poprawia, choć niestety praca zaczyna się na nowo…

TD: „Magiel” jest bastionem starych rozwiązań, bo nie podlega wymaganiom rynku. Zmieniliśmy się, ale nadal jesteśmy grupką studentów, którzy robią coś, co ich pasjonuje. To przysparza problemów, mamy mniej reklamodawców, a ceny druku rosną.

JP: Jak słuchacie reklamodawców? Musicie być proaktywni, znaleźć kogoś, kto chciałby w ramach zdobywania doświadczenia, chodzić po agencjach reklamowych. My uderzaliśmy do agencji, firm, korporacji, które mogłyby zainteresować się studentami. W tym pismo drukowane ma przewagę, bo jest gdzie publikować reklamy. Błędne koło się zamyka.

JŚ: Jakie masz rady dla współczesnych twórców „Magla”?

JP: Szczerze mówiąc, nie czuję, że powinienem wam coś doradzać. Czuję się po prostu dumny, że po 30 latach nadal to ciągniecie. Jestem już teraz daleko od rynku prasowego, skupiłem się na marketingu, nie czuję, że mam wystarczająco dużą wiedzę, żeby coś doradzać. I tak robicie to zajebiście. To jest niesamowite, że jesteście z różnych uczelni, że tylu ludzi zaangażowało się w ten proces… Jedyna rzecz, do jakiej bym was zachęcał, to robienie sobie jaj. Jeśli czujecie, że „Magiel” jest zbyt poważny, to wymyślcie coś absurdalnego, ludzie to lubią. Taki klimat „teatru absurdu” towarzyszył czasopismu na początku.