Autorzy: Julka Świerczyńska, Tytus Dunin
W latach 60 XVIII w., wynalazca Jacques de Vaucanson skonstruował zadziwiającą ówczesną publiczność maszynę zwaną Trawiącą Kaczką. Był to mechanizm, który imitował kaczkę w najdrobniejszym detalu – był rozmiarów prawdziwej kaczki, kwakał i człapał jak zwyczajna, żywa kaczka. Francuską publikę szokowała zaś jedna jej umiejętność – potrafiła ona przyjmować jedzenie z ręki, trawić je i wydalać.
Vaucanson zarzekał się, że jego mechaniczna kaczka faktycznie trawi przyjmowany pokarm; że w środku znajduje się prawdziwa chemiczna replika układu trawiennego. Jednak po jego śmierci znany iluzjonista Jean-Eugène Robert-Houdin dokładnie zbadał działanie kaczki i doszedł do wniosku, że Vaucanson oszukał wszystkich – jego kaczka posiadała tajny schowek na „odchody”, które tak naprawdę były barwionymi grudkami z bułki tartej.
Dziesięć lat później Wolfgang von Kempelen zadziwił dwór cesarzowej Marii Teresy innym wynalazkiem, który – jak się później okazało – miał całkiem wiele wspólnego z opisaną powyżej kaczką. Skonstruował on bowiem Mechanicznego Turka – maszynę, która składała się z szafki i doczepionej kukły Turka, która zdawała się sama grać w szachy na najwyższym poziomie. Oczywiście – była to misternie skonstruowana mistyfikacja. Po tym, jak Mechaniczny Turek objechał Europę i wygrał z Napoleonem i Benjaminem Franklinem, odkryto, że wewnątrz szafy – za skomplikowanie wyglądającym gąszczem kół zębatych – przesiadywał mistrz szachowy, który przesuwał figury na szachownicy za pomocą dźwigni i magnesów.
Trudno się dziwić XVIII-wiecznym tłumom zafascynowanym mechaniczną kaczką czy równie „mechanicznym” Turkiem. Myślenie, świadomość i kreatywność jako cechy maszyn to przecież jedna z najbardziej fundamentalnych koncepcji w literaturze science fiction, a także prawdopodobnie pierwsze, co przychodzi na myśl, kiedy słyszymy dziś słowo „przyszłość”. Od kiedy komputery zaczęły dominować nad człowiekiem w szybkich obliczeniach – oraz gdy zdolność ta została szybko przekuta w inne, mniej oczywiste zastosowania – wyścig o uwolnienie ludzi spod jarzma pracy za pomocą komputerów wystartował w najlepsze.
Za pierwszy faktyczny ruch w tym kierunku możemy uznać fenomen tzw. „systemów eksperckich” – specjalistycznych maszyn wykorzystujących m. in. języki Lisp i Prolog do emulowania procesu decyzyjnego ekspertów w danej dziedzinie za pomocą poleceń if-then (ang. jeśli tak, wówczas to) i algorytmów wykrywających wzorce. Systemy te znalazły pewne zastosowania, szybko jednak stało się jasne, że ponieważ nie są w stanie się uczyć, ich utrzymywanie jest drogie, a sztywna logika będąca podstawą ich działania prowadzi do niskiej efektywności proponowanych rozwiązań – systemy eksperckie ewidentnie nie są przyszłością. Sztuczna inteligencja ponownie zeszła z nagłówków do kuluarów ośrodków naukowych.
AI ponownie stało się sensacją wraz z głośnym udostępnieniem ChatuGPT dla mas – ale tę historię znamy już wszyscy. Niemal wszystko już o tym napisano, a nawet i wygenerowano. Niemniej jednak warto przyjrzeć się wpływowi sztucznej inteligencji na szkolnictwo – w tym przypadku wyższe.
Dane na temat wykorzystania dużych modeli językowych wykazują wyraźną korelację między spadkami wykorzystania a przerwami w roku szkolnym. Technologia, która miała doprowadzić ludzkość do superinteligencji i lawinowego postępu technologicznego zdaje się obecnie doprowadzać do łatwiejszych zaliczeń i lawinowego przyrostu czasu wolnego w systemie oświaty. Sami przodownicy rozwoju AI zdają się chwytać coraz bardziej desperackich prób rozpalania zainteresowania ich produktami – przepowiednie o ogólnej sztucznej inteligencji (AGI) zastąpiły… ogłoszenia o zliberalizowaniu postawy wobec generowania treści erotycznych. No, można i tak.
Cóż, udoskonalenie dużych modeli językowych mimo wszystko zamiast wyeliminowania powtarzalnych zadań i zwiększenia czasu wolnego pracownikom wiedzy spowodowało tąpnięcie na rynku pracy i rosnącą liczbę cwaniaczków, którzy za pomocą masowo generowanej sieczki próbują konkurować z organiczną twórczością w sektorze kreatywnym.
AI jako czynnik umożliwiający wycwanienie się od wielu obowiązków całkiem zgrabnie zaczyna wpasowywać się w różne już istniejące patologie wielu sektorów. Czasopisma naukowe od lat borykają się z problemem tzw. „papierni” czy niekoniecznie szczelnego systemu peer review. Z pewnością możliwość generowania naukowo brzmiącej sieczki (dodatkowo wspomaganej przez metody typu RAG) nie pomoże w zaradzeniu tym problemom.
Ciekawie natomiast rozwija się sytuacja wokół kwestii tzw. ghostwritingu prac dyplomowych – sfery poniekąd szeptanej, która w ostatnich latach stała się przedmiotem stron głównych w mediach społecznościowych. Oferty wygenerowania „konspektu” pracy magisterskiej (całkowicie przypadkiem o objętości standardowej pracy) od czasu do czasu pojawiają się wśród postów serwowanych nam przez algorytmy w mediach społecznościowych. Niektórzy nadal starają się zachować ostrożność i oferują jedynie „pomoc” lub „asystowanie” w napisaniu pracy, inni zaś bez ogródek proponują wyplucie gotowej pracy w cztery godziny za pomocą najlepszych algorytmów.
To jednak nie jedyne rodzaje budzących wątpliwość działań wokół prac dyplomowych. Bowiem na początku tego roku akademickiego studenci kilku kierunków na Uniwersytecie Warszawskim odkryli, że konspekty prac z tytułami łudząco podobnymi do tytułów ich własnych prac pojawiły się na dotychczas nieznanej im stronie o nazwie Drugi Promotor.
Reportaż – niestety – zaangażowany
Julka Świerczyńska
JŚ: Zaczęło się od Krzyśka. Chciał zobaczyć, czy znajdzie w internecie coś na tematy zbliżone do tego, o czym pisał licencjat. „Wpisałem w wyszukiwarkę jedynie kluczowe frazy, nawet nie pełny tytuł.”
Natknął się na Drugiego Promotora. Z początku nie do końca rozumiał, jaki charakter ma ta strona. Znalazł na niej nie tylko tytuł swojego licencjatu, ale także dołączony do niego proponowany plan, uderzająco podobny do faktycznego spisu treści zawartego w pracy. Napisał do koleżanki ze studiów: „Powiedziałem Zosi, żeby też sprawdziła, trochę jako absurdalną, może nawet zabawną ciekawostkę”.
Zosi do śmiechu nie było. „Krzysiek napisał do mnie, czy pamiętam mój temat licencjatu. Odpowiedziałam mu, w pewnym uproszczeniu, a on od razu odesłał mi link do strony Drugi Promotor z moją pracą. Kiedy to zobaczyłam, poczułam, jakby ktoś napluł mi w twarz”. Zosia tłumaczy, że włożyła w swój licencjat bardzo dużo pracy i pasji, a jego temat towarzyszył jej już w poprzednich latach studiów, dlatego odebrała to tak osobiście. Szybko zrozumiała, że materiały dostępne na stronie, to wytwór sztucznej inteligencji. „Korzystam z narzędzi AI w pracy, od razu było widać, że ktoś przemielił coś przez maszynę i nawet tego nie przeredagował. Najbardziej zabolała mnie sekcja pod tytułem >>Fragmenty pracy<<, która wyglądała autentycznie, a była pełna błędów, uproszczeń i kompletnych bzdur. Nie chciałam, żeby moja praca była kojarzona z czymś takim”.
Jak do psa
Krzysiek dał znać reszcie znajomych poprzez grupowy chat dla całego II roku studiów magisterskich z filologii polskiej. „Coraz więcej osób zaczęło pisać, że ich temat pracy też jest na stronie. Sporo studentów twierdziło, że zamysł jest podobny do oryginalnego, ale wnioski zupełnie się różnią.” Na tej podstawie poloniści wydedukowali, że przez AI „przemielono” abstrakty dostępne w otwartej części Archiwum Prac Dyplomowych.
Studenci od razu wzięli się do (przeciw)działania – niektórzy zawiadamiali o sytuacji swoich promotorów, inni postanowili sami skontaktować się z administracją strony. Jedną z takich osób była właśnie Zosia. „Postanowiłam napisać maila, gdy tylko się o tym dowiedziałam. Wiadomość miała dość stanowczy ton, ale mimo wszystko nadal była prośbą. Poprosiłam o usunięcie z Drugiego Promotora materiałów powstałych na bazie mojej pracy, napisałam, że źle się czuję z tym, że została ona wykorzystana bez mojej zgody. Wyraziłam też swoją opinię na temat używania AI w celu tworzenia tekstów naukowych, że to niezgodne z moimi przekonaniami.” Odpowiedź nadeszła szybko. Zosia mogła w niej przeczytać, że choć Drugi Promotor nie łamie żadnego przepisu prawa, to zwykle przychyla się pozytywnie do takich próśb. Do prośby Zosi się jednak nie przychyli. Dlaczego? Bo brzmiała jak żądanie. „Napisali, że na czas naszej wymiany mailowej ukryją materiały, ale trwale usuną je dopiero wtedy, gdy podam odpowiednią podstawę prawną. To jak mówienie do psa – poprosisz ładniej, to może dostaniesz”. Następnego dnia Drugi Promotor usunął wszystkie tematy prac. Szybko poszło.
Na tyle sprytny
Poszkodowany jest właściwie cały rocznik, może z paroma wyjątkami. Marta myślała, że będzie jednym z nich, w końcu jej licencjat został opublikowany w formie artykułu w czasopiśmie naukowym. „To byłoby faktyczne złamanie praw autorskich” – twierdzi. – „Wierzyłam, że autor jest na tyle sprytny, aby uniknąć takiej sytuacji”. Jakie więc było zdziwienie Marty, gdy znalazła swój temat w zbiorze Drugiego Promotora. „Najpierw mnie to rozśmieszyło, autorzy strony uważają, że ich materiały są oryginalne, a wykorzystali w nich dokładnie te same przykłady, co ja. Chciałam sobie nawet wykupić ten ich pakiet, zobaczyć, czy cytują mój artykuł. Stwierdziłam jednak, że nie będę pompować kieszeni komuś, kto dopuszcza się takich praktyk”. Marta skonsultowała sprawę ze znajomym prawnikiem, jego zdaniem mogłaby podjąć jakieś kroki prawne. „Powiem szczerze, że nie mam na to wystarczająco siły. Zdenerwowało mnie to, co zobaczyłam. Poświęciłam na tę publikację cały drugi rok studiów licencjackich, to był ciężki czas, byłam przeszczęśliwa, kiedy się udało”.
Praca licencjacka Dagmary też zaowocowała publikacją naukową, która ukazała się na początku tego roku akademickiego. Wybrany przez studentkę temat był specyficzny. „Wymagał mnóstwo zaangażowania, siedzenia w muzeum, przeglądania starych katalogów bibliotecznych. To był czasochłonny proces, kosztował mnie dużo energii i w ogóle wszystkiego”. Dagmara, jak mówi, identyfikuje się z tematem swojej pracy, wiąże z nią akademicką przyszłość. „To mnie ubodło, ja szukałam tej pasji całe życie, to część mojej tożsamości”.
A ja tam byłam…
Miodu i mleka nie piłam. Za to nie tylko na bieżąco czytałam wiadomości znajomych na konwersacji roku, ale też zainterweniowałam we własnej sprawie. Bo mój temat licencjatu również znalazł się w bazie Drugiego Promotora. Oto on: „Próba definicji lekykograficznej słowa neuroróżnorodność”. Specyficzny? One wszystkie takie są, mają takie być. AI by na to nie wpadło, nie bez odpowiedniej „pomocy”.
Słownictwem związanym ze zdrowiem psychicznym zajęłam się po raz pierwszy już na drugim roku studiów. Od tego czasu napisałam o tym kilka prac, a nawet wystąpiłam z referatem na konferencji naukowej. Moja magisterka też będzie dotyczyła tego zagadnienia. Mogę mówić o nim do znudzenia zarówno słuchaczy, jak i mojego własnego, naprawdę. Dlatego do bólu zażenował mnie widok wygenerowanego przez AI planu pracy, w którym znalazły się między innymi: podrozdział o tym, co to właściwie jest słownik, fragmenty pracy cytujące nieistniejące źródła i fałszywe pochodzenie badanego słowa. To wszystko tylko za 777 złotych, poziom trudności: średni, ocena: ponad cztery gwiazdki. Dobrze wiedzieć, że tyle warte były moje migreny i bezsenne noce. Co więcej, materiały figurowały na stronie jako przykład pracy magisterskiej. Pisząc oryginał ledwie wycisnęłam z siebie obowiązkowe trzydzieści stron. Życzę powodzenia każdemu, kto chce zdobyć tytuł magistra, opisując tak wąskie zagadnienie. Krótko mówiąc, jeśli ktoś z Was, drodzy czytelnicy, po lekturze tego artykułu stwierdzi, że zwróci się do strony Drugi Promotor w celu złagodzenia swoich akademickich cierpień – nie warto. Nie wyobrażam sobie, żeby praca napisana na podstawie tych materiałów przeszła bez uwag promotora, tego pierwszego.
Od razu zawiadomiłam jedną z moich prowadzących, wzięłam się też za pisanie maila do administracji strony. Mój, w odróżnieniu od wiadomości Zosi, został uznany za wystarczająco uprzejmy i materiały zostały właściwie natychmiast zdjęte, następnego ranka zniknęła też cała reszta. Czy wspominałam, że wszystkie wydarzenia, począwszy od odkrycia Krzyśka, na moim mailu skończywszy, rozegrały się właściwie w ciągu jednego wieczoru? Właściciel Drugiego Promotora musiał mieć tego dnia dużo pracy. Ciekawe, czy w pisaniu licznych odpowiedzi również wspomógł się AI.
Litera prawa
Moi rozmówcy, ja, pozostali studenci – wszyscy czujemy się poszkodowani, bez względu na to, jakie mamy opinie na temat korzystania ze sztucznej inteligencji w ogóle. Ale czy według prawa faktycznie jesteśmy ofiarami, czy popełniono wobec nas wykroczenie albo nawet przestępstwo? Nie mnie to oceniać, jestem w końcu polonistką, a nie prawniczką. Wiem jednak, że obecnie funkcjonujące w Polsce przepisy o prawie autorskim pochodzą z 1994 roku, czyli zamierzchłego czasu, gdy większość Polaków nie miała w domu dostępu do internetu, a sztuczna inteligencja była elementem nie codzienności, ale filmów science fiction. Jeszcze nie do końca uporaliśmy z zagadnieniami związanymi z prawem wokół mediów społecznościowych, a tu na głowy spada rządzącym AI, które rozwija się w zabójczym (dla naszych neuronów i środowiska) tempie. Nie nadążamy nie tylko nad Wisłą, ten problem dotyczy właściwie wszystkich państw. Co prawda, Unia Europejska przyjęła w marcu 2024 roku tzw. „AI Act”, który będzie egzekwowany od 2026 roku. Z pewnością nie wyczerpuje on tematu, ale, miejmy nadzieję, może stanowić przyczynek do dalszych prac i regulacji. To będzie truizm, ale widocznie należy go powtarzać: nie wszystko, co legalne, jest moralne.
Co dalej?
Na moment powstawania tego artykułu, strona drugipromotor.pl wciąż działa, jednak większość materiałów dostępna jest dopiero po zalogowaniu, wpisaniu hasła lub po bezpośrednim kontakcie z osobami odpowiedzialnymi za stronę. W opisie produktu „Wzorzec pracy dyplomowej” (bez sprecyzowanego tematu) czytam, że „szukając informacji do pracy samodzielnie, tracisz 200-700 godzin pracy nad strukturą, treścią, bibliografią i badaniami 200-600 zł za dostęp do baz naukowych, zakup specjalistycznych monografii i wydruk. Miesiące niepewności i stresu = bezcenne. Ryzyko poprawek i obniżonej oceny = utracone szanse.” Nie skomentuję językowych walorów tego akapitu, ale i tak pewnie wyjdę w oczach niektórych na snobkę, bo napiszę, że jeśli ktoś uważa badania naukowe za stratę czasu, to powinien się poważnie zastanowić nad tym, czy dobrze zrobił, idąc na studia.
Ofiarą Drugiego Promotora padły nie tylko tematy z filologii polskiej, ale także z prawa oraz wielu wielu innych kierunków. Studenci czują, że owoce ich pracy zostały wykorzystane bez ich zgody, że ktoś zakpił z nich oraz z dziedziny, do której nierzadko są bardzo przywiązani. Nie sądzę, żeby twórcy strony Drugi Promotor byli w stanie zrozumieć, że niektórzy ludzie naprawdę lubią swoje studia i są dumni ze swoich naukowych osiągnięć. Uniwersytet Warszawski przekazał sprawę prokuraturze, w „Maglu” niecierpliwie czekamy na rozstrzygnięcie. I tylko pobrzmiewają we mnie słowa Zosi: „Pojawił się we mnie duży lęk o to, jak to będzie w przyszłości. Jedną działalność można zamknąć, ale zaraz pojawią się kolejne.” Czas pokaże, co rewolucja AI zgotuje jeszcze polskiej nauce.
Cloaca Maxima
Tytus Dunin
Angielski termin plausible deniability oznacza wiarygodną możliwość wyparcia się pewnych zarzutów, najczęściej wykorzystywany w kontekście interakcji z prawem. Termin ten jednak idealnie wpasowuje się w dyskurs wokół sztucznej inteligencji, to właśnie ona przecież umożliwiła w ostatnich latach zacieranie śladów przy „inspirowaniu się” czyjąś pracą w niespotykanie efektywny dotąd sposób, czy – jak zostało to wspomniane wcześniej w tym tekście – legitymowanie się autorstwem jakiegoś wytworów przy zerowym lub minimalnym wkładzie własnym. Niezbyt chlubne to zastosowanie do wspaniałego narzędzia, jakim miała być sztuczna inteligencja.
Administrator strony Drugi Promotor ewidentnie poczuł masowo wyrażane niezadowolenie studentów – przed uzyskaniem zasłoniętego w regulaminie adresu mailowego trzeba teraz przyjąć do wiadomości monit, że „sam temat pracy nie jest chroniony”, oraz że „nie sprzedajemy cudzych prac, a każdy znajdujący się w ofercie wzorzec jest w 100% naszym wytworem, NA CO MAMY BEZPOŚREDNIE DOWODY”. Małe ad vocem co do pierwszego punktu – być może, natomiast poleciłbym w takim razie autorowi wygenerowanie i opublikowanie książki pod tytułem „Dom dzienny, dom nocny”. Prawnicy Olgi Tokarczuk z pewnością pierwsi ustawią się po nią w kolejce.
Na koniec pozostała nam jedna nierozwiązana kwestia. Czy Drugi Promotor jest raczej Trawiącą Kaczką, czy może bardziej Mechanicznym Turkiem? Oba te porównania wydają mi się trochę chybione. Gdyby przychylić się do Trawiącej Kaczki, Drugi promotor w istocie tylko udawałby przetwarzanie materii, wydalałby produkty potajemnie włożone tam przez człowieka. Z kolei interpretacja porównująca go z Mechanicznym Turkiem zakładałaby funkcjonowanie jakiegoś niezwykle zdolnego człowieka między trybikami maszynerii.Nie ma co porównywać Drugiego Promotora do mistyfikacji sprzed wieków. Technologia jest prawdziwa, a teksty wydają się faktycznie przetworzone. Postęp technologiczny przyniósł nam także lepsze porównania. W 2000 r. artysta Wim Delvoye dokonał tego, czego nie zdołał osiągnąć Jacques de Vaucanson ze swoją mechaniczną kaczką. Zaprezentował bowiem w Muzeum Sztuki Współczesnej w Antwerpii instalację Cloaca Original – pierwszą z dziesięciu w serii Cloaca, w której każda instalacja stanowiła coraz to bardziej udoskonaloną maszynę przyjmującą typową ludzką dietę i przetwarzającą ją za pomocą procesów chemicznych w materię jak najdokładniej imitującą ludzkie ekskrementy. Postęp technologiczny zatem w obu sferach umożliwił nam automatyzację (niemalże lub w istocie) fizjologicznego produkowania „treści”; w zamyśle uciążliwej, ale wymaganej materii – słownej bądź niekoniecznie. Porzucając jednak wymyślną metaforę – wszystko byłoby dobrze, technologia z pewnością mogłaby ułatwić nam życie, problemem jak zwykle są ludzie. Ludzie, dla których wymagająca kunsztu praca kreatywna jest porównywalna z tanią sieczką słowną do generacji w 4 godziny. Największym zagrożeniem związanym ze sztuczną inteligencją nie jest zatem uczynienie pewnych zawodów przestarzałymi, ale motywowane finansowo obniżenie standardów – swoiste przymknięcie oka na subtelną podmianę wytworów wymagających talentu i kreatywności na kreatywnopodobny AI slop. Trzymajmy się zatem naszych standardów – może nawet je podnieśmy – i nie dajmy sobie wmówić, że sieczka nie jest sieczką.

