Tekst: Maciej Bystroń-Kwiatkowski
Fundamentem naszego świata są zasady. Kategorycznym podziałem wyróżnić pośród nich można te matematyczne i fizyczne, prawidłowości opisujące funkcjonowanie otaczającej nas rzeczywistości, lecz także reguły społeczne, moralne zasady jednostki, pozwalające na usystematyzowanie „trwania” każdego dnia. Dochodzimy jednak do momentu, kiedy postawione granice przestają nas zadowalać. Pożądamy wtedy zmiany – politycznej, społecznej lub własnej, wewnętrznej.
Polska nie jest państwem idealnym, stwierdzenie to nie powinno wzbudzać kontrowersji. Jako społeczeństwo wciąż się rozwijamy, staramy się przeforsować interesujące nas zmiany, lecz ich tempo dla wielu jest niezadowalające. W poszukiwaniu lepszych, wymarzonych zbiorowości, swój wzrok kierują oni na kraje Zachodu, rozważając krótkoterminowe lub stałe wyjazdy.
Dynamiczny rozwój gospodarczy III Rzeczpospolitej jest niezaprzeczalny. Czy jednak jako przedstawiciele polskiego narodu i społeczeństwa dotrzymaliśmy kroku w ramach naszego, osobistego rozwoju? Oczywistym jest, że podążamy ścieżką za krajami Zachodu. Czy jednak damy radę nadążyć za Zachodem bez zmian i czym w zasadzie te zmiany są?
Głos rozsądku
Nim jednak możliwym będzie uzyskanie odpowiedzi na postawione pytania w skali makro, koniecznym jest zrozumienie skali mikro. Nie ma bowiem społeczeństwa bez jednostek dokładających swoje pojedyncze, małe, ale niezwykle kluczowe cegiełki do codziennego budowania stabilnego państwa. O świat możemy zawalczyć dopiero wtedy, gdy najpierw ukształtujemy siebie.
A tego obecna cywilizacja nam nie ułatwia.
W Grze o tron, pierwszej części książkowej serii Pieśń lodu i ognia George’a R. R. Martina, jednym z często powtarzanych haseł głoszonych przez autora ustami swoich bohaterów było charakterystyczne stwierdzenie kiedy spada śnieg (…), samotny wilk umiera, ale stado przeżyje.
Współcześnie wyróżnia się dwa główne typy społeczeństw: kolektywistyczny oraz indywidualistyczny. Z uwagi na tradycyjne przypisanie tego drugiego państwom zachodnim, kulturowej dominacji amerykocentryzmu oraz aspiracji Polski do całościowej obecności w tym kręgu kulturowym, to właśnie on rozwija się współcześnie w naszym państwie.
Indywidualizm, w swojej najlepszej odmianie, tworzy jednostki silne – pozwala na rozwijanie własnej tożsamości, wspiera budowanie wewnętrznej siły oraz różnorodności, a tym samym umożliwia płynny rozwój społeczności narodowej, która jest tak mocna, jak jej najsłabsze ogniwa.
Nie sam indywidualizm jest problemem, lecz jego skrajne przejawy, które coraz bardziej stabilizują się w zachodnim kulturowym mainstreamie. Nie jest to bynajmniej teza oryginalna, lecz można ją przekształcić tak, by lepiej zobrazowała istotę problemu. Otóż obecnie promowaną koncepcją w naszych społeczeństwach jest izolacjonizm oraz wszelkie formy żerowania na skutkach jego wprowadzenia.
Różnica zdawałaby się może być subtelną, lecz, o czym pisano w grudniowym numerze Magla, język i jego używanie jest niezwykle kluczową częścią kreowania otaczającej nas rzeczywistości, w końcu jej obszar jest wyznaczany właśnie przez granice języka, którym się posługujemy. Zatracamy jednak powoli umiejętność nazywania rzeczy po imieniu, bojąc się wyśmiania przez innych lub nie chcąc, jak nam się zdaje, kogoś zbyt urazić nieprzyjemnym słowem. A możliwym jest zachowanie języka neutralnego, posługującego się faktami, czasami w istocie będącymi niezbyt przyjaznymi. Neutralność nie oznacza jednak ambiwalencji wobec emocji i przeżyć innej osoby. Być neutralnym to nie znaczy być obojętnym i nieczułym. Nie trzeba zabijać w sobie uczuć. Wystarczy zabić w sobie nienawiść, pisał Andrzej Sapkowski w jednej z powieści o przygodach wiedźmina Geralta.
Systemy występujące w naszym społeczeństwie nakierowane są zatem nie na tworzenie indywidualistów, lecz izolacjonistów, a dokładniej – izolacjonistyczne grupy, które łatwo zaszufladkować, przypisać im zestaw odgórnie narzuconych cech, a następnie nastawić przeciwko sobie. Tworzy się zresztą pewien paradoks, gdyż sami się do tych systemów przyłączamy i wystawiamy się na ich agitację.
Są nimi bowiem elementy naszego codziennego życia, komunikacji czy informacji. Naszą izolacjonistyczną samotność wpierw pielęgnują i potęgują – aby następnie wykorzystać ją dla własnego zysku – politycy i publicyści, platformy społecznościowe, ich właściciele i wypowiadający się na nich demagodzy, sprzedawcy usług i reklam oraz każdy, kto może na nas coś zdobyć, czy to pieniądze, czy wpływy, czy jeszcze inne pożądane dobro.
W zamian otrzymujemy krótkoterminowe rozwiązanie dopaminowe – co tylko bardziej nas uzależnia. Wraz z podarowaną dawką szczęścia trafia w nasze ręce także i kupon bez konkretnej daty realizacji z dopiskiem: „słuchaj się mnie, a uczucie radości uzyskasz na stałe. Pójdź za kimś innym, a zobaczysz, że zostaniesz porzucony i to szczęście ktoś ci odbierze”.
Jesteśmy bardzo podatni na takie zabiegi, bo nawet proste czynności jak rozmowa ze znajomym może podświadomie wzniecać w nas frustrację i niepewność, uczucia stanowiące wstęp do przeżywania dojmującej samotności. Wzajemna komunikacja nigdy nie była tak łatwa – wystarczy mieć przy sobie telefon, pracować przy komputerze czy oglądać ulubiony serial na laptopie, by na błogi dźwięk powiadomienia komunikatora poderwać się w ekscytacji tym, kto do nas napisał. Jednocześnie jednak stajemy się niecierpliwi, gdy ktoś zbytnio zwleka z odpowiedzią, a już zwłaszcza niepokoi nas podejrzenie o bycie ghostowanym. W erze listów, czy nawet SMS-ów bez potwierdzenia odczytania, oczekiwanie stanowiło część komunikacji. Lecz obecnie my chcemy teraz, już, od razu.
I bynajmniej nie chodzi tu o romantyzowanie pisania na papierze! Wszak i to z pewnością przynosiło wiele nerwów, zwłaszcza gdy wyczekiwany list nie nadchodził. Akceptowaliśmy jednak dłuższy proces, bo był on po prostu obligatoryjną częścią składową konwersacji. Teraz już nie jest konieczny, po co ma więc pojawiać się w ogóle? Niech ten, kto chociaż raz nie zdenerwował się na brak natychmiastowej odpowiedzi po odczytaniu wiadomości przez rozmówcę na Messengerze, pierwszy rzuci kamieniem.
Mamy więc jednostkę sfrustrowaną i niepewną, a mowa była dopiero o rozmowach z przyjaciółmi. Co jeśli takich znajomych w ogóle nie ma lub są rzadko dostępni?
Społeczeństwo nie tyle się zmienia, co przyspiesza, a nie każdy wytrzymuje zabójcze tempo. Niekiedy narzuca się je w imię słusznych idei, dla większego dobra. Są bowiem i sprawiedliwe reformy – co zostanie rozwinięte w późniejszej części artykułu – czekające na wdrożenie, lecz nie można zapominać o tezie, że dany naród czy społeczność jest tak mocna, jak najsłabsze ogniwo. Często jest to jednak nasz przyspieszony styl bycia – kup teraz, bo okazja przepadnie, zapisz się teraz, bo stracisz szansę, zrób to już dziś, w tym momencie, od razu, bo zaprzepaścisz swój potencjał i zostaniesz odrzucony.
Zaś na odizolowane jednostki, osłabione brakiem akceptacji, ale przede wszystkim nierozumiejące zachodzących zmian, na każdym kroku czekają mądre kruki, gotowe przelać swą „wiedzę” w opuszczone, samotne serca.
Kwestia ceny
Jedną z wykorzystywanych metod jest interpretacja klasycznego zjawiska służącego do kontroli jednostek – syndromu oblężonej twierdzy. Źródło frustracji wskazać nie w sobie, a w innych i zapewnić ochronę za cenę odrzucenia indywidualizmu na rzecz homogeniczności.
Gdzie pojawia się walka o pozyskanie władzy nad rzędem dusz, tam niczym bumerang powraca stary konflikt prawica-lewica, współcześnie silnie podbudowany również politykującymi kapitalistami. Spór ten w XXI w. przeniósł się na internetowe platformy: X/Twitter, YouTube, Reddit, Facebook oraz inne strony. Chociaż każda z nich jest swoistą bańką i nie powinno się na ich podstawie wysuwać daleko idących wniosków, razem dają solidny wgląd w to, jak samozwańczy liderzy starają się pozyskać popleczników własnych spraw.
Skoro więc Polska dąży do Zachodu, spójrzmy na stan sytuacji w zachodnich społeczeństwach, zdominowanych kulturowo przez Stany Zjednoczone, z których najnowsze trendy ideologiczno-polityczne przedostają się do Wielkiej Brytanii, a stamtąd do Europy Zachodniej oraz Środkowej. Przyjmujemy więc często, podbudowani globalistycznym porządkiem światowym, że skoro istnieje sprawa ważna i przewalczana w USA, to zapewne dotyczy i nas w Polsce, nie zważając na różnice kulturowe wynikające z odmiennego uwarunkowania kulturowego.
Mamy więc dwie strony rywalizacji. Zarówno prawica, jak i lewica dążą w istocie do izolacji jednostki, lecz dokonują tego z wykorzystaniem różnych metod bezpośrednich. Strona prawa skupia się bowiem na autorytetach, moralnych lub codziennych, oraz niezmiennych z czasem wzorach do naśladowania, podczas gdy lewe skrzydło społeczeństwa w centrum uwagi stawia społeczne idée fixe, walcząc dla większego dobra.
W pierwszym wariancie omotywana jednostka stawiana jest przed autorytetem konkretnej osoby, znanej z imienia, nazwiska i wyglądu, kreowanej na przewodnika zagubionych duszyczek. Dzięki jego wsparciu i obecności, samotny izolacjonista nie pozostanie w głuchej ciszy wywoływanej brakiem bezpośredniego kontaktu z rówieśnikami lub innymi bliskimi osobami – otrzyma bowiem wsparcie kogoś, kogo rad będzie mógł zawsze wysłuchać.
Takich przewodników jest masa, lecz by zrozumieć zabieg, można przyjrzeć się najpopularniejszym i najbardziej znanym przykładom.
Politycznie jest nim chociażby Donald Trump, który w swojej populistycznej karierze skupił się na jednostkach porzuconych przez Demokratów i zaniedbanych przez Republikanów. Uderzył także w dwa trawiące Stany kryzysy: masowej nielegalnej migracji oraz poczucia narodowej wartości. Oskarżył swoich przeciwników o umniejszanie znaczenia Ameryki, a następnie postawił siebie jako jedynego słusznego bojownika zdolnego przywrócić jej wielkość. Każdy, kto nie był z nim, siał propagandę, dezinformację i najprawdopodobniej chciał przyczynić się do zniszczenia – według trumpistowskiej wizji – tradycyjnych amerykańskich wolności i wartości. Pokazał przeciwnika i ustanowił lidera, stale izolując swoich popleczników od reszty amerykańskiego społeczeństwa, jednocześnie także starając się coraz dalej wypchnąć od siebie centrum oraz lewicę. Zaszła zmiana polaryzacyjna.
Są też i biznesowi pasterze owieczek. Elon Musk jednoczy wokół siebie izolacjonistów marzących o wielkości i bogactwie, wciąż naiwnie wierzących w spełnienie kapitalistycznego snu, gdzie sami mogą stać się następnymi Muskami. A nawet jeśli im się to nie uda – cóż, kim jesteśmy, by krytykować tak wybitnego człowieka jak on?
Właściciel portalu X/Twitter najprawdopodobniej nie ma ściśle prawicowych poglądów, a całość jest wyłącznie przyjętą maską, która ma powiększać jego wpływy oraz przyczyniać się do powiększenia zysku. W przeciwieństwie jednak do innych niepopularnych miliarderów – jak Bezos, Zuckerberg czy Gates, dystansujących się od ludzi nienależących do słynnego 1% populacji – „swój chłop” Musk zbija majątek na tym samym gruncie, co Trump – a więc jednostkach (najczęściej mężczyznach – o źródłach ich podatności na taki wpływ szerzej można przeczytać w 207. numerze Magla), które boją się szybko narzucanych zmian. Stworzona więc przez Muska persona, będąca uosobieniem hasła „kłamstwo w kłamstwie w kłamstwie”, chętnie udostępniawypowiedzi z jawnie nacjonalistycznych kont, promujących „białą supremację” walczącą ze złą ideologią woke. Jako miliarder, staje się on wzorem dla ludzi śniących o fortunie mówiąc „jeśli chcesz być bogaty, musisz być konserwatywny”. A to, że nie śni mu się prawicowe imperium, lecz jego własne, pokazują jego rzucone niby mimochodem wypowiedzi, gdzie stwierdza, że gdyby media społecznościowe istniały w erze II Wojny Światowej, to nie doszłoby do Holocaustu. Ofiary współczesnych ludobójstw, takie jak Ujgurzy w Chinach, z pewnością by się nie zgodziły, ale nie jest to już problem zajmujący głowę Muska. W jego świecie wilk jest syty, gdyż powiększa bogactwo, a owieczka cała, bo ma lidera, za którym może podążać.
Do grup społecznych odwołuje się zresztą cały wielki biznes, nie tylko ten prawicowy. W końcu która z korporacji nie ustawia w czerwcu tęczowego zdjęcia profilowego? Jasną stroną jest oczywiście normalizacja słusznych idei, w tym przypadku praw osób LGBT, ale nie ukrywajmy, że gdyby stało się to nagle opłacalne, wszystkie firmy porzuciłyby ten trend postępowości na rzecz innego. Która z korporacji promuje na przykład walkę o prawa pracowników czy klimat? BP wymyślające koncept śladu węglowego, by odwrócić uwagę od własnych kryzysów i przerzucić odpowiedzialność na jednostkę?
Ludzie naiwni i łatwowierni mają poglądy. Ludzie mądrzy i sprytni mają interesy.
Ziarno prawdy
Kolejni z samozwańczych autorytetów prawicy grzmią o lewackim ataku na rodzinę i religię, męskość i mężczyzn, naród, płeć czy tożsamość, nieustannie przywołując, o ironio, wizje świata z książek Rok 1984 czy Nowy wspaniały świat. Na amerykańskiej ziemi mamy na przykład Joe Rogana, kryjącego się za iluzją prowadzącego podcastu nieodpowiedzialnego za poglądy gości, Tuckera Carlsona i Bena Shapiro chcących uchodzić za liderów nieskrępowanego polityczną poprawnością dziennikarstwa czy Jordana Petersona, mającego stanowić poważne, naukowe zaplecze myśli populistyczno-konserwatywnej. Peterson wściekle zwalcza wyimaginowanych wrogów w postaci „moralistów woke”, których dostrzega wszędzie i zdecydowanie nie jest ofiarą w batalii z „siłami lewackimi”. Nie przeszkadza to jednak polskim publicystom – takim jak profesor Matczak – odwoływać się do niego i jego z rzadka trafnych obserwacji co do roli mitów w rozwoju społeczeństw.
Na rodzimej scenie mamy już pierwszych kiepskich naśladowców amerykańskich liderów. Swoją nieudaną próbę zaistnienia na TikToku zaliczył Sławomir Mentzen, odrzucony po wyborach. Lansować na Twitterze stara się Przemysław Czarnek, błagający Elona Muska o interwencję w Polsce, a Robert Mazurek ma stać się synonimem obiektywnego dziennikarstwa, zadając pseudointelektualne pytania rozmówcom. Nie oni są jednak głównym problemem naszego kraju, a tacy ludzie jak Matczak czy inni podobni mu autorzy, legitymizujący izolacjonistycznych grafomanów, tym samym umożliwiając ich rozwój. Nie chodzi tu o wprowadzenie cenzury prewencyjnej, lecz uczciwe postawienie sprawy. Można cytować takiego Petersona, ale z zaznaczeniem jego poglądów, a nie nazywać go „wybitnym myślicielem”. Spójrzmy jednak na to wprost – tak jak dla korporacji realne wsparcie nie jest celem, a skutkiem ubocznym, tak dla współczesnych publicystów priorytetem nie jest powiększenie zasobu wiedzy słuchacza, czytelnika, lecz poszerzanie zasięgów i zdobywanie rozgłosu. A rzetelność? Gdzie tu, u diabła, miejsce jeszcze na rzetelność?
Mamy więc liderów przekształcających społeczeństwo poprzez polaryzację, a jednostka nie może polegać na obiektywizmie liberalnych myślicieli. Może więc czas zwrócić się ku ideom lewicowym, pójść z nurtem postępowym i wraz z nim zmienić Polskę tak, by dogoniła Zachód?
Sęk w tym, że w każdej opowieści można znaleźć ziarno prawdy. I, niestety, prawica także nie opiera swojego przekazu na całkowitym fałszu.
Nasze społeczeństwa oparte są na fikcji i micie zbiorowym – niektóre wartości i koncepty obowiązują wyłącznie dlatego, że zdecydowaliśmy się w nie uwierzyć. Nie są one kłamstwem, lecz inną płaszczyzną rozumienia rzeczywistości, tą pochodzącą nie z doświadczenia zmysłami, lecz umysłem. Przykładem fikcji mogą być banknoty, realnie bezwartościowe papierki, granica państwa, sztucznie narysowana na mapie, czy powstałe w XIX w idee „narodu”, zastępujące coraz mniej spajające ludzi hasła religijne. Odwiecznie i niezależnie od myśli ludzkiej istniały także fikcyjne idee sprawiedliwości, demokracji czy praw człowieka – są one nierelatywne oraz prawdziwe, co wiemy i czujemy, ale prymat zdobyły dopiero po zdefiniowaniu w odpowiedni sposób przez odpowiedniego człowieka. Jak prawa fizyki, od których, nie różnią się wiele w kategorii fundamentalnego obowiązywania.
Bez fikcji nasze społeczeństwa nie są w stanie istnieć, bowiem umiejętność jej tworzenia, pojmowania oraz wdrażania jest cechą wyróżniającą gatunek ludzki. Nie opieramy się wyłącznie na rzeczywistym poznaniu, potrafimy sięgać poza postawione limity. W analizie matematycznej, gdy granica ciągu znajduje się w 1, to ciąg, chociaż do tej 1 dąży, nigdy do niej nie dotrze i zawsze istnieć będzie luka. Matematyka tej luki nie jest w stanie wypełnić – ludzki umysł natomiast jest w stanie tego dokonać za pomocą fikcji i wyobrażeń. Robili tak Grecy, wymyślając boski panteon dla wyjaśnienia zjawisk przyrody, uczynił tak Bismarck, opracowując koncept narodu w celu spojenia ziem niemieckich. I dokonujemy tego my, mówiąc o prawach człowieka, by chronić innych przed krzywdą, która może ich spotkać.
Dana fikcja jest wyłącznie tak rzeczywista, jak silnie wierzą w nią ludzie. Nie możemy tej fikcji nikomu narzucić, musi ją zobaczyć i uwierzyć w nią na własne oczy. Brzmi to jak religijne nawracanie, lecz czym innym są religie niż właśnie usystematyzowaną i skrupulatnie stworzoną fikcją dla ludzi? Im większa jest wiedza jednostki, tym mniej fikcji do opisania świata potrzebuje, nic więc dziwnego, że przyzwyczajone do dominacji religie nie są w stanie przetrwać próby czasu w edukujących się społeczeństwach.
Budowanie wiary w fikcję wymaga czasu i cierpliwości. Są to cechy nietowarzyszące lewicy, zwłaszcza tej amerykańskiej, o czym niekiedy słusznie mówi wcześniej wspomniany profesor Matczak i co idealnie wpasowuje się w przyspieszony tryb życia.
Na gruncie amerykańskim batalia rozgrywa się o politykę tożsamości oraz zasadę rewanżyzmu – „teraz my” – chowaną pod przykrywką wyrównywania praw mniejszości. Chodzi o tworzenie świata, w którym każdy poczuje się komfortowo i wygodnie, będzie miło, przyjemnie i bez stresu. Zasugerowanie, że świat nigdy nie był i nie powinien być wyłącznie pozytywny, wiąże się z krytyką. Ale to język i jego użytek kreują rzeczywistość.
Najważniejszym osiągnięciem ostatnich lat jest ogromny postęp w zakresie wiedzy na temat chorób i zaburzeń psychicznych. Jest to jednak często nadużywane w celu osłonięcia się przed krytyką, co doprowadza do rozmycia pewnych pojęć. Nie każde gorsze samopoczucie jest depresją, bardzo ciężką chorobą niszczącą chorującego i jego otoczenie. Nie każda nadwaga jest otyłością, a nie każde chudnięcie – anoreksją. Nie zmienia to jednak tego, że otyłość jest schorzeniem i nie ma w niej nic, co można krytykować, ale równocześnie nie daje powodów do celebracji. Tendencją wśród lewicy jest zamykanie ludzi w bańkach szczęścia, co dzieje się zwłaszcza na uniwersytetach, gdzie ostracyzmowi poddawani są studenci sugerujący złożoność niektórych problemów. Powinno się przygotowywać jednostki do starcia ze światem, który nigdy grać sprawiedliwie nie będzie, lecz zamiast tego wypuszcza się kolejne nadwrażliwe pokolenia. Mylone są pojęcia krytyki z niesławną „mową nienawiści”.
Idea ta jest słuszna – świat, gdzie cierpienie jest zminimalizowane brzmi pięknie – lecz utopijna. Wiedza jest kluczem do osiągnięcia spokoju, a nie izolacja od zagrożeń, które prędzej czy później nadejdą i atakowanie tych, którzy o owych zagrożeniach mówią. To jest właśnie to ziarno prawdy, które prawica rozdmuchała do rozmiarów balonu-statku. Lewicowa bańka nie chce zaakceptować, że pewne idee, nawet te najsłuszniejsze, są częścią fikcji i trzeba je odpowiednio zaprezentować – pożądana jest natychmiastowa akceptacja. A odrzuceni ludzie, odizolowani i osamotnieni, trafiają pod prawicowe skrzydła. Jednostka znów oznakowana jako odszczepieniec.
Coś więcej
Ale to wszystko kłopoty Stanów Zjednoczonych i Europy Zachodniej, których przecież jeszcze nie ma w Polsce. U nas zresztą dokonała się inna kluczowa, w dodatku natychmiastowa zmiana – nie społeczna, a polityczna. Może więc w niej jednostka powinna złożyć nadzieję?
Powiedzmy wprost, Polska w ciągu ośmiu lat rządów Prawa i Sprawiedliwości stała się państwem nie tyle autorytarnym (chociaż to chciałaby bardzo ogłosić część wyborców obecnej władz), co pozbawionym klasycznej demokracji z trójpodziałem władzy. Sądownicza została rozmontowana, rozbita, a jej mechanizmy kontrolne wyłączone. Ustawodawcza osłabła i stała się niemal całkowicie podporządkowana wykonawczej w postaci Rady Ministrów, która wzmocniła się nieproporcjonalnie.
Ekipa Donalda Tuska zwyciężyła w wyborach z hasłami odnowy państwa na sztandarach, lecz, nie ma co ukrywać, całkowity powrót do dawnego ustroju jest niemal nieprawdopodobny. Już w pierwszych dniach od zaprzysiężenia decyzje władzy wzbudziły kontrowersje, gdy w niezgodny z uchwalonym przez PiS prawem odzyskała telewizję publiczną. Następnie debatę publiczną przejął wyolbrzymiony przez PiS konflikt prawny o zasadność prezydenckiego ułaskawienia jego dwóch prawomocnie skazanych posłów, którzy utracili mandat.
Działania rządu koalicji 15 października są odważne, wręcz brawurowe – lecz takie, nawet jeśli komuś się to nie podoba, powinny być. Jeśli rząd KOalicyjny chce rzeczywiście doprowadzić do odnowy państwa, to przede wszystkim musi doprowadzić do stanu, gdzie dostęp do pełnej informacji i edukacji jest zapewniony jak najszerszemu gronu obywateli. Jedna z wprowadzonych reform skupia się nawet na systemie edukacji. Z tym, że… popełniony zostaje ponownie ten sam błąd – leczy się skutki, a nie przyczynę.
Czy brak prac domowych faktycznie pomoże, pokaże czas – solidne argumenty mają zarówno ich zwolennicy, jak i przeciwnicy. To, co powinno zostać wprowadzone, to rzetelny program kształcenia, nienastawiony na encyklopedyczną wiedzę, ale dający uczniowi narzędzia pojmowania procesów społeczno-historycznych, zarówno tych przeszłych, jak i obecnie zachodzących. I żadna ilość prac domowych tego nie zapewni.
Historia powinna zostać zatem rozbita na dwa osobne przedmioty: historię społeczeństw oraz historię państw. Ta pierwsza pokazywałaby dynamikę rozwoju warunków życia, myśli oraz dominujących wartości w różnych społecznościach. Kiedy i z jakich powodów nadawano obywatelstwo, dlaczego dane państwa przyjmowały taką, a nie inną religię. Chodzi o zaprezentowanie przyczyn obecnego kształtu i cech narodowych. By się zmieniać, świat potrzebuje idealistów marzących o lepszych czasach – ale i oni nie wprowadzą swoich idei bez realistów, dostrzegających sposoby ich wdrożenia.
Drugi z przedmiotów tłumaczyłby podobne zjawiska, ale w dziedzinie państwowości i prawa. Polska kultura prawna jest na wyjątkowo niskim poziomie, sądownictwo nie jest wysoko cenione, a politycy podkręcają izolację sędziów, wyszydzając ich jako „kastę”. A to właśnie władza sądownicza powinna być najbliższa ludziom, najbardziej ze wszystkich trzech darzona zaufaniem. Bo nikt inny nie obroni skutecznie jednostek przed władzą ustawodawczą i wykonawczą, gdy zwrócą się one przeciwko prawu.
Z tych samych powodów już na etapie edukacji średniej rozwinięte powinny być przedmioty dające uczniom wykształcenie z zakresu ekonomii czy prawa. Takie zajęcia znajdują się na pierwszym roku wielu kierunków uniwersyteckich, jest to jednak zbyt późny etap, a same wykłady traktowane są po macoszemu. Skoro uznajemy, że nastolatkowie mają odpowiednią wiedzę, by decydować i rozumieć zagadnienia a) tożsamości płciowej (wersja dla lewicy) lub b) zagadnienia religijne i narodowe (wersja dla prawicy), to czemu odmawiamy im zdolności do pojmowania bardziej złożonych zagadnień humanistyczno-społecznych?
Szkoła powinna wspierać również swoich najwybitniejszych uczniów, co wcale nie jest takie oczywiste. W klasach często równa się w dół, dostosowując poziom do tych, którzy radzą sobie najsłabiej. Tak, nie powinno pozostawiać się ich bez wsparcia, ale tak samo nie można odrzucać tych zdolnych, lecz mądrze kierować ich potencjałem. Większa różnorodność etapów edukacji, kiedy jest ona podzielona na więcej niż dwa poziomy podstawówka-liceum, zapewnia lepsze rozłożenie potencjału przy założeniu, że faktycznie wspiera się i słabych, i silnych. A to założenie jest bardzo odważne.
Edukacja powinna być nastawiona nie na wkuwanie, lecz na zdobywanie wiedzy poprzez postrzeganie, syntezę i analizę – to jest szkoła na miarę XXI w. Zmniejszenie godzin zajęć czy prac domowych w tym nie pomoże. Niestety, choć liberałowie często hołubią piękne idee wolności, równości i edukacji, to żaden z nich nie był w stanie stworzyć solidnego państwa, które przetrwałoby próbę populistycznych zakusów.
Coś się kończy, coś się zaczyna
Jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana, rzekł onegdaj grecki filozof Heraklit z Efezu.
Jednostka wobec wielkich zmian jest obecnie osamotniona, pozbawiona wsparcia inteligencji czy rzeczywistych elit państwa. Patrzymy więc na kraje zachodnie, jako państw, gdzie żyłoby się nam lepiej, lecz jest to tęsknota za ideą, nie rzeczywistością. Siedzimy więc w Polsce i liczymy, że kiedyś nasz kraj się zmieni, narzekając na zacietrzewienie ciemnogrodu, zadufanie „libków” lub prowokacyjność i arogancję lewicy. Wiemy, że za Zachodem bez zmian nie nadążymy, lecz co właściwie mamy zmieniać?
Czy mamy zmienić się społecznie, zażarcie przewalczać nasze najwłaściwsze poglądy, a tym samym pogłębiać polaryzację na wzór amerykańskiego, upadającego społeczeństwa? Nie jest to wizja atrakcyjna.
Może więc zmiana polityczna? Ale nasza zmiana już się dokonała, należy więc czekać, chociaż wielu, z uwagi na rozległość światopoglądową koalicji, ma wątpliwości, czy uda się przeforsować wszystkie pożądane zmiany.
Przypuszczalnie więc najsensowniejsza interpretacja tytułu artykułu brzmi: poczekajmy na działania sił naprawczych i podążajmy powoli za Zachodem bez większych zmian. Co prawda oddajemy tym samym rzeczywistą sprawczość w ręce polityków czy innych działaczy, ale od tego są w końcu wybory, czyż nie?
Tyle, że bierne czekanie intuicyjnie nie jest poprawnym rozwiązaniem. Według Sapkowskiego, w życiu żałuje się tylko bezczynności, niezdecydowania, wahania. Czynów i decyzji, choć niekiedy przynoszą smutek i żal, nie żałuje się.
Jest jeszcze zatem koncept trzeci, aktywny – w sferze makro, mówiąc kolokwialnie, olać cały ten Zachód, pozostać za jego ideami bez zmian, a skupić się na obszarze mikro i jego podstawowym założeniu: siłę społeczeństwa mierzy się siłą jej jednostek składowych.
Nawet jeśli państwo nie zapewni nam szybko nowego systemu edukacji, sami poszukujmy rozwiązań i uczmy się narzędzi analitycznych. Uważany za jednego z największych myślicieli Zachodu, wiecznie wątpiący Kartezjusz, doszedł w końcu do wniosku, że on istnieje, gdyż myśli. Nasze zdolności poznania świata są ograniczone, lecz potrzebną fikcję tworzą nasze umysły. By jednak nie stała się ona zakłamaną utopią, musimy posiadać odpowiednią wiedzę.
Posiadajmy więc nie autorytety i idoli, lecz doradców. Nie słuchajmy się bezrefleksyjnie pięknie wypowiadających się mówców, a skupiajmy się na treści. Żyjmy własnym tempem, chociaż patrzmy też na innych i starajmy się wspierać w ich własnej podróży. Nauczmy się filtrować zakłamane opowieści, ale nie lekceważmy ich, gdyż bajki przestają być bajkami, gdy ktoś zaczyna w nie wierzyć.
Nieracjonalny strach jest wyłącznie przed nieznanym, a to uleczyć może wyłącznie poznanie. Jeśli zbudujemy społeczeństwo silnych jednostek, to interpretacja hasła za Zachodem bez zmian przestanie odgrywać znaczenie.
Kiedy więc kolejnym razem spotkasz kogoś o odmiennym poglądzie, nie odrzucaj go, a zrozum, skąd bierze się jego stanowisko. Pomagając jednej osobie, pomagasz wszystkim starała się wtłoczyć do głowy Peterowi Parkerowi jego ciotka w komiksach o Spidermanie. Jest to praca mozolna i żmudna, niekiedy ciężka, a czasami po prostu niemożliwa i to też trzeba zrozumieć. Skoro jednak możemy dawać samymi sobą lepszy przykład, to czemu tego nie robić?

