AUTOR: Ams Sokołowska
Gdy Tomek Pawłowski-Jarmołajew, członek podlaskiego kolektywu Społem Fest, zaproponował mi udział w cyklu zbiorowych wystaw w moim rodzimym Białymstoku, nie wiedziałam, czego się spodziewać. Projekt „Witaj w klubie 2” brzmiał dość nietypowo – prace twórców o podlaskim pochodzeniu miały pojawić się w środowisku klubów osiedlowych, barwnych miejsc międzypokoleniowej integracji. Moja ostrożność okazała się zbyteczna; ekipa Społem Fest nie dość, że sprawnie zorganizowała angażujące wydarzenie kulturalne, to popchnęła mnie także do pewnej rekoncyliacji z miejscem pochodzenia, a wreszcie – rozważań na temat tego, jak podejście kuratorskie nadaje ramy myśleniu o sztuce w ogóle.
Każde przyjęte zaproszenie do artystycznego współdziałania niesie jednak za sobą szereg dolegliwości. Podróże tramwajem z kuriozalnie wielką teczką i przepraszającą miną. Konfrontacja z cenami artykułów plastycznych. Osobiście jednak najbardziej nie znoszę pisania biogramów, a każdy mail z prośbą o sformułowanie tegoż przepełnia mnie grozą. Jak mam zredukować swoją istotę do trzech-czterech zdań? Zawsze chciałabym dostawić do nich kilka asterysków, nabazgrać coś na marginesach. Zaznaczyć, że to propozycja poglądowa, nieuwzględniająca przyszłych poprawek. Niechętnie i naprędce przyjmuję, że jestem czymś na kształt artystki, kobiety, Polki…
W żadnej z wariacji na temat mojego biogramu nie określiłam się natomiast mianem Białostoczanki, a wizyt w stolicy województwa podlaskiego unikam jak ognia. Brak mi sił na konfrontację z miejscem, które na wszystkie przejawy odmienności reaguje w najlepszym przypadku niezrozumieniem, a w najgorszym – kamieniami. A jednak w ubiegłym roku zdobyłam się na aż dwie – nacechowane artystycznie – wizyty powrotne na przestrzeni około miesiąca.
Pomiędzy majem a listopadem kolektyw Społem Fest zorganizował sześć wystaw w ramach cyklu. Serce projektu stanowiło wspomniane już zainicjowanie dialogu pomiędzy bywalcami przestrzeni białostockich klubów osiedlowych – miejsc zrzeszających lokalną społeczność przez wydarzenia od warsztatów plastycznych po potańcówki – a studentami uczelni artystycznych o podlaskich korzeniach. Kluczową decyzją kuratorską było utrzymanie symbiotycznej relacji z warstwą wizualną wspomnianych placówek; kolektyw nie ingerował w ich bujny wystrój, umieszczając dzieła artystów z zewnątrz pomiędzy miejscowymi.
Każda z ekspozycji zaistniała w kontekście innego klubu, udekorowanego innym wystrojem i opatrzonego inną chwytliwą nazwą; wciąż wspominam anegdotę wynikającą z nazewnictwa właśnie. Nie śledziłam pilnie wszystkich informacji powiązanych z projektem – jakież więc było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam, że w ramach inicjatywy, którą jak dotąd miałam za lokalną, Kolektyw Grupa B wystawił się w murach Zachęty! Prędko okazało się jednak, że chodziło o Dom Kultury Zachęta przy Piastowskiej 11A w Białymstoku.
Moje uczestnictwo przypadło na przedostatnią, październikową wystawę w Klubie Mozaika oraz listopadowy finał „Z kolekcji Społem Fest” w Klubie Kaktus. Te dwa powroty wspominam zaskakująco ciepło. Moje dotychczasowe doświadczenia wystawiennicze miały miejsce przede wszystkim w placówkach powiązanych z moją macierzystą warszawską Akademią Sztuk Pięknych; wszystkie posługiwały się zbieżną poetyką ekspozycji, i to jej chciałabym przyjrzeć się bliżej, a dokładniej nucie świeżości, którą odczułam podczas współpracy z kolektywem Społem Fest.
Jedną z okoliczności, które doprowadziły do mojego rozstania z miejscem pochodzenia, było przemożne poczucie inercji, również w sensie artystycznym. Blisko dwumilionowa stolica oferuje znacznie więcej opcji; podczas Warsaw Gallery Weekend zdarza mi się odwiedzać kilkanaście galerii sztuki z rzędu. A jednak nieraz czuję, że wszystkie te doświadczenia wystaw zlewają się w jedno. Jak właściwie do tego dochodzi?
Łatwo ulec iluzji obiektywizmu; chcielibyśmy być racjonalni, wyważeni w swoich działaniach. Przestrzeń galerii sztuki natomiast, tak jak kadr u fotografa czy temat u malarza, jest czynnikiem inherentnie subiektywizującym. Choć white cube ma stanowić sferę wyzbytą ze znaczeń, wystarczy chwila głębszego zastanowienia, by dostrzec, że to iluzja – pusta galeria pęka w szwach. Galerie to sterylne kościoły; miejsca kultu utrzymane w stylistyce Ikei w trakcie zmiany ekspozycji, celebrowanej nie klopsikami, lecz przy czerwonym winie. Ich bywalec może poczuć się ze sobą trochę lepiej, co okazjonalnie udziela się i mnie. Słucham pompatycznych prelekcji na oprowadzaniach, klaszczę, kiedy trzeba. Czasem wychodzę poruszona, przebita na wylot inspiracją. Częściej czuję się, jak gdybym właśnie poznała mechanizm niezbyt ciekawej sztuczki karcianej. Może po prostu się nie znam, za mało czytam o rynku sztuki, niewystarczająco żywiołowo uczestniczę w wernisażach? Czyżby moja samozwańcza wzmianka o byciu artystką była równie nieuprawniona i niedorzeczna, jak absurdalnie byłoby mi rzec, że jestem dumną Podlasianką? Nie poprzestaję na tej hipotezie.
Wystawa w Mozaice, podczas której towarzyszyli mi trzej inni twórcy, posłużyła za początek niniejszych przemyśleń. Podczas rozmowy nagrywanej w ramach towarzyszącego podcastu stwierdziłam, że jestem miło zaskoczona zarówno wydarzeniem, jak i odbiorem moich prac; dodałam, że prezentowanie mojej twórczości jest trochę jak dokonanie publicznego wypatroszenia. Akt seppuku w mieście obarczonym trudnymi wspomnieniami okazał się być otwierający na nowe, słodko-gorzkie refleksje. Owszem, troskliwie zabroniłam moim rodzicom uczestnictwa w wernisażu; mój projekt skupiony na krytyce protestów antyaborcyjnych nie spotkałby się z ich przychylną recenzją jako gorliwych katolików. Miałam za to okazję do plotek na tematy, których nie poruszyłabym poza podlaskim towarzystwem; o czasach liceum, o wtorkowym karaoke. Przede wszystkim jednak miałam sposobność do rozmów o sztuce. O dziełach bywalców klubów, w którym gościliśmy, dziełach równie ciekawych i złożonych jak nasze prace – niekiedy trudno było stwierdzić, które projekty przywieźliśmy my, a które już tam wcześniej były. Wreszcie – o tym, jak konteksty naszego pochodzenia realizują się w tym, co tworzymy. Jak wychodzą z nas ukradkiem, choćbyśmy nie wiem jak usilnie próbowali wetknąć je z powrotem. Najczulej zaś wspominam pogawędki z jedną z pań klubowych, panią Wandą, z którą podczas wystawy w Mozaice udało mi się wymienić wieloma poglądami.
Wracam pamięcią do chwili demontażu ekspozycji, kiedy to kątem oka dostrzegam, jak rozbawiona przygląda się owej zakazanej pracy, złożonej między innymi z pluszowych płodów-zabawek.
— Ty jesteś za aborcją? — wali bez ceregieli.
— Tak, a pani?
— Ja też! I trzeba o tym głośno mówić!
Czyżbym za bardzo nasiąknęła tym, co słyszę o Białymstoku z ust osób, które nigdy w nim nie zawitały? Choć pani Wanda jest jedyna na świecie, musi mieć równych sobie w życzliwości kolegów i koleżanki. Może jest do czego wracać? Nie do wszystkich wspomnień, lecz do klubu seniora, wieczorami świecącego mrowiem kolorowych lampek podwieszonych do sufitu, a nie pustką galeryjnej ściany; do nowych poczynań świeżych, twórczych umysłów.
Po oprowadzaniu w Klubie Kaktus, przy stole z przekąskami, zagadują mnie dwie kobiety w wieku moich rodziców. Słyszały, jak opowiadam o obiekcie wyrażającym moje refleksje na temat cielesności i erotyki. Ucinamy sobie pogawędkę o roli symboliki w sztuce, internetowej pornografii i skandynawskiej edukacji seksualnej. Ocieram okruszki sękacza z ust i popadam w dygresje. Skończywszy wymianę zdań, wracam do znajomych, do sali przyozdobionej zawrotnych rozmiarów papierowymi kwiatami autorstwa jednej z członkiń klubu. Bujna flora pnie się dumnie wzwyż. Nie zanosi się na to, by kiedykolwiek miała przekwitnąć.
Przestrzeń klubów osiedlowych jawi mi się jako udatna metafora pozycji artysty w ogóle. Nie jesteśmy figurami wydartymi z kontekstów, umieszczonymi w sterylnej, białej krainie; od początku naszej praktyki zmuszeni jesteśmy lawirować pomiędzy dorobkiem ogromu wszystkich pamiętnych twórców przed nami. Próba wpasowania się w istniejące toposy – lub rozpychania się łokciami w celu wytworzenia nowych – jest wymagająca. Nie można przecenić roli jednostkowej determinacji, ale naiwnym byłoby zakładać, że sama w sobie wystarczy. Sytuacja twórcy dorastającego w zamożnej rodzinie o długiej tradycji intelektualnej nie może równać się z losem choćby największego wirtuoza pozbawionego zasobów materialnych. Lecz jeśli coś łączy nas, artystów, jak i wszystkich ludzi, to bezustanna współzależność. Nie byłoby żadnego wybitnego fotografa bez sklepu, w którym codziennie kupował pieczywo; nie moglibyśmy wspominać ani jednej z wielkich malarek, gdyby nie matki, które zabierały je do dentysty. Nie da się funkcjonować w próżni – i to właśnie jest najpiękniejsze. Na cóż zdałaby się sztuka, gdybyśmy nie mogli o niej rozmawiać? Opisy kuratorskie pozbawione czytelnika równie dobrze mogłyby nigdy nie zostać opracowane. Cieszy więc istnienie społeczności stwarzającej terytorium do artystycznego dialogu. Zwłaszcza, gdy czyni to w przestrzeniach tak wybornie niespodziewanych.
Więcej o kolektywie Społem Fest (w składzie: Aga Waśkiel, Aleksandrx Demianiuk, Julian Kazberuk oraz Tomek Pawłowski-Jarmołajew):

