Najbardziej bezsenny rok snu

Panowie Jung i Freud zakasaliby rękawy i określali senne marzenia czy koszmary na jawie. Nie ma ich jednak wśród nas – nic straconego! Jest Katarzyna Minkowska.

AUTOR: JAKUB ŚWIDZINIEWSKI

Chłopak narcyz, przyjaciółka idiotka, matka alkoholiczka, a do tego mobbingująca szefowa i psychiatra-szarlatanka. Tak wygląda panteon najbardziej jaskrawych postaci Mojego roku relaksu i odpoczynku, wyreżyserowanego przez Katarzynę Minkowską w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Skład, który na pierwszy rzut oka pasowałby raczej do obsadzenia farsy Cooneya, świetnie sprawdza się jednak właśnie w dramatycznym repertuarze. Wspomniane postaci ze stron powieści Ottessy Moshfegh są lustrami, w których nie przeglądamy się polubownie, a które raczej rażą znajomym blaskiem po oczach. Poruszają się wokół głównej bohaterki jak zaklęta, toksyczna karuzela. To Narratorka słyszy od byłego faceta: „Zrób coś ze sobą, trudno jest zignorować to, jak wyglądasz”. To ją w zapaści psychicznej odwiedza psiapsióła, ale tylko po to, by ponarzekać, jaka sama jest gruba, a przy okazji, że uzależniła się od żucia gumy i ma romans z szefem. To Narratorka nosi w sobie buzujący ul traum z dzieciństwa, „leczy się” u szurniętej zwolenniczki teorii spiskowych, a ponadto pracuje w galerii sztuki współczesnej, doglądając wystawy zamrożonych żywcem psów. Jest tak absurdalnie, że naprawdę można oszaleć.

Dlatego też, kiedy demony przeszłości i upiory teraźniejszości zacieśniają braterskie więzy, pozostaje jedynie, zdaniem głównej bohaterki, zasnąć i obudzić się w odroczonej o rok przyszłości; zahibernować się jak w filmie science-fiction. Sęk w tym, że nie mamy do czynienia z science-fiction, a raczej z brutalną codziennością: depresją, lekomanią, zachwianiem wiary w szczerość relacji międzyludzkich, popędem śmierci, eskapizmem, autodestrukcją. Trzecie prawo dynamiki Newtona okazuje się nieubłagane, bo nie tylko akcja, ale i bezczynność rodzą reakcję. W rezultacie oglądamy dryf, a w porywach turlanie się Narratorki przez otchłań, im mocniej spróbuje się ona oderwać od krzywdzącej rzeczywistości. Tym rozpaczliwym momentom towarzyszy pojawienie się tajemniczej, zakapturzonej postaci, która ni to w futrze, ni we włosiennicy przemierza scenę, niczym znak ostrzegawczy: „Uwaga! Spadamy w czeluść!”. I na nieszczęście bohaterki nigdy się nie myli.

Wielkim dokonaniem Katarzyny Minkowskiej jest to, że stworzyła ponad trzygodzinny spektakl, który ani przez chwilę nie nuży. Jest to zasługą nie tylko zajmującej gry aktorskiej, lecz także niezwykle mobilnej, pomysłowej scenografii, zgrabnego wykorzystania multimediów, świetnie zaaranżowanego ruchu scenicznego i dobrze dobranej muzyki. Ogromnym walorem reżyserki jest również fakt, że spektakl dotyka bardzo aktualnej społecznie tematyki, a przy tym ani razu nie sili się na moralizatorstwo. Każda z postaci jest pełnowymiarowa, chciałoby się rzec: pełnokrwista, a przez to i niejednoznaczna. To dzięki charakterologicznej polifonii Mój rok… zyskuje na sile i przenikliwości. Być może dlatego szczególne wrażenie na widzu wywiera właśnie zbiorowa scena taneczna, podczas której Alice Deejay zadaje kilkukrotnie tyleż ważne, co naiwne pytanie: Do you think you’re better off alone? Czy może jednak „w kupie siła”?

Możemy z łatwością odnaleźć cząstki, a może i całe płaty siebie w osobie głównej bohaterki. Narratorka, grana znakomicie przez Izabellę Dudziak, jest everymanem na miarę naszych czasów. To ona odreagowuje zgorszenie wobec najbliższych jedzeniem chipsów podczas setnego przeglądu filmografii Whoopi Goldberg. Próbuje rozlicznych, desperackich sposobów, by nakłonić toksycznego byłego do powrotu. Faszeruje się psychotropami, aby nie wpaść w króliczą norę rozpamiętywania przeszłości. Śpi, bo tylko we śnie jest w stanie zaznać niczego, a to towar deficytowy w przebodźcowującej codzienności. W całej tej kompulsywnie tłumionej rozpaczy jest, moim zdaniem, dojmująco przekonująca.

Oprócz Marcina Wojciechowskiego w roli nonszalanckiego Trevora, popisy aktorskie prezentują głównie kobiety. Szczególne uznanie należy się Annie Kłos, której vis comica w roli Dr Tuttle jest wręcz nieprawdopodobna niemal każda kwestia aktorki wywołuje salwę śmiechu na widowni, i zupełnie zasłużenie. Fenomenalnie w roli matki sprawdziła się Katarzyna Herman, której pijackie pląsy na tapczanie mam przed oczami do teraz. Podobnie w uszach zostało mi staccato klikającego długopisu w wykonaniu Agaty Różyckiej, która wcieliła się w prowadzącą galerię sztuki Natashę.

Niewątpliwie doświadczymy relaksu w tym przewrotnie zabawnym, delirycznym uniwersum, ale z odpoczynkiem byłbym już ostrożny. Spektakl Minkowskiej jest tak bliski prawdy, a przez to angażujący wszystkie zmysły, że w trakcie przeżywania go zużyjemy słuszną dawkę energii.