Autor: Małgorzata Kalinowska
Dla queerowości nie ma miejsca w kanonie. Jest to wrażenie, które odnosimy, gdy w szkole poznajemy historię (a raczej pewną jej narrację), gdy czytamy lektury z listy obowiązkowej czy gdy zabieramy się za oglądanie mainstreamowych mediów. Prezentowana jest w nich pewna wersja „normalności”. Widzimy archetypy i wzory, które powszechnie akceptowane są przez społeczeństwo. Płynie od nich przekaz – bądź jak my.
Coraz częściej pojawiają się wołania o przywrócenie reprezentacji LGBTQ+ do głównego nurtu historii. Archiwa, których rolą jest zatrzymywanie pamięci o wydarzeniach, miejscach czy osobach, również podlegają pewnej selekcji informacji. Co powinno zostać zapomniane? Co uważamy za wystarczająco wartościowe, by utrwalić na wieki? Tutaj również dużą rolę odgrywa kanon. Na pamięć zasługują więc tylko głosy większości. Ale czy na pewno? Co dzieje się z elementami, które nie trafiają do archiwów? Czy skazane są na unicestwienie? Nie do końca.
Historia nie jest prostą rzeką – posiada różne odgałęzienia, małe strumyki, które później łączą się z nią, wracają do głównego nurtu. Tak też dzieje się z tymi częściami historii, które nie wpasowują się w jej obecnie uznawaną narrację. Istnieją sobie gdzieś w zakamarkach, poza archiwami, by później znów o sobie przypomnieć. Kto jednak ma tę moc przywracania spychanych na margines narracji? Na przykład – artyści.
Tymi właśnie działaniami zajmuje się polski artysta Karol Radziszewski. Motywują go osobiste pobudki – poszukiwanie queerowych korzeni, których nie dostrzegał, wiedział natomiast, że powinny istnieć. Działa, by przywrócić pamięć o wypieranej przeszłości – tej, którą chciano wymazać. Idealny przykładem jest realizowany przez niego projekt Kisieland. W czasach PRL-u władza próbowała wykluczyć osoby homoseksualne poprzez próbę unicestwienia świadectw ich obecności. Operacja ta miała nazwę Hiacynt. Jednak w odpowiedzi na nią powstawały prywatne dokumentacje queerowości. To właśnie na sesjach fotograficznych Ryszarda Kisiela, które były osią tego projektu Radziszewskiego, upewniano się, że pozostanie ślad po obecności osób LGBTQ+ okresu PRL-u. Wywiady z Kisielem, działaczem homoseksualnego podziemia, to nie jedyna forma przywrócenia tej historii do archiwów. Artysta stworzył również inspirowaną tymi sesjami ich współczesną rekreację za pomocą wynajętego modela. Tak więc historia oraz teraźniejszość połączyły się, by umieścić pamięć o tamtych wydarzeniach w głównej narracji.
Połączenia samego mainstreamu i spychanej na margines wersji rzeczywistości dokonał natomiast Radziszewski w innym swoim projekcie – AIDS. Był on reprodukcją grafik publikowanych w „Filo”, queerowym piśmie PRL-u. To ono stanowiło główne źródło informacji o chorobie AIDS i wirusie HIV. Nie włączało się w przekazy o „grzeszności” tej choroby czy ogromnej panice dotyczącej śmiertelności, tylko przekazywało rzetelne fakty i porady. Przedrukowywała także grafikę z Kaczorem Donaldem i dużym napisem „AIDS”. Nastąpił tu więc ciekawy mezalians tego, co niezwykle popularne oraz znane wraz z tym, co dyskryminowane i potępiane. Rozbrojenie ogromnego strachu za pomocą postaci z bajek zadziałało pozytwnie. Artysta natomiast, reprodukując to dzieło, przypomniał o możliwości współistnienia kanonu i marginesu.
Nie należy także zapominać, że mimo tych wszystkich prób zwalczania, queerowość cały czas istniała w archiwach. To, że nie była podkreślana jej obecność, nie oznacza, że jej tam nie było. O tym zjawisku Radziszewski przypomina w swoim projekcie Poczet. Przedstawia w nim dwadzieścia dwie sylwetki ważnych polskich postaci z ostatniego millenium. Są tam zarówno królowie, politycy, naukowcy, jak i pisarze. Co łączy ich wszystkich? Nieheteronormatywność. A co najważniejsze? Postaci te należą do kanonu. Okazuje się, że nawet te poza archiwami też obecne były w archiwach. Nieistotne jest, czy jako społeczeństwo zdajemy sobie z tego sprawę, czy też nie. Możliwy jest zatem nie tylko powrót marginalizowanych do głównego nurtu, ale także ciągła ich obecność w nim.
Sztuka ma więc moc nie tylko przekształcania kanonów, ale także ukazywania często przemilczanych ich elementów. Dzięki tym dziełom możemy przywrócić pamięć zapomnianym fragmentom historii. Są one również dowodem na to, że da się zachować nawet to, czego nigdy nie było w archiwach. To, co pozostaje ukryte, zawsze może powrócić. Niech tak też się stanie!

