Autor: Julia Grudzień
Po co jedzie się do muzeum w Berlinie? Zobaczyć Nefretete? A może Brązy z Beninu albo Bramę Isztar? Niezależnie od tego czy obiekty te znajdują się faktycznie w Berlinie, czy (już) nie, niezaprzeczalnie stanowią symbol niemieckiego muzealnictwa, przynajmniej tego reprezentowanego w trip advisor. Okazuje się jednak, że można odwiedzić również wystawę odpowiedzialną i empatyczną, która nie traktuje odbiorcy z wyższością a zamiast tego zaprasza do wspólnego zastanowienia się nad kondycją naszej rzeczywistości. To właśnie robi Coco Fusco z kuratorami w KW Institute for Contemporary Art.
O kolonialnych uwikłaniach instytucji muzealnych napisano i powiedziano już dużo. Kontrowersyjne obiekty są zwracane, narracje zmieniane, ale istota problemu pozostaje ta sama – życie w “postkolonialnym” świecie nie jest wolne od kolonializmu. Co więcej jego następstwa są jednymi z najistotniejszych nierówności społecznych. Kolejni artyści tworzą sztukę, która próbuje się z tym problem zmierzyć. Coraz częściej nazywają ją sztuką dekolonialną a celem ich działań artystycznych podważanie struktur i schematów ukutych przez europocentryczne spojrzenie, zadawanie pytań o złożoną tożsamość, która kształtowana jest właśnie przez takie czynniki jak kolonializm, pochodzenie, płeć, kolor skóry czy orientacja seksualna i refleksja nad znaczeniem działań oddolnych i lokalnych praktykowanych w/lub na przeciw instytucjom. Czy wystawę Tomorrow, I Will Become an Island można nazywać dekolonialną?
Omawiana ekspozycja gościła w KW Institute for Contemporary Art w Berlinie do stycznia bieżącego roku. Była to pierwsza tak duża retrospektywa Coco Fusco, kubańsko-amerykańskiej artystki interdyscyplinarnej, pisarki oraz profesorki. Według kuratorów, Anny Gritz i Léona Kruijswijka, celem wystawy było prześledzenie wpływu Fusco na dyskurs o sztuce współczesnej w Europie i Amerykach oraz podkreślenie znaczenia jej działalności we współczesnych politycznych oraz kulturowych debatach w Niemczech i poza nimi. Sama Fusco to osoba niezwykle świadoma swojej pozycji w społecznej hierarchii; wiele z jej prac to efekt kwerend w archiwach, co jak sama podkreśla jest możliwe w dużej mierze dlatego, że funkcjonuje w społeczeństwie jako badaczka. Jest również zaangażowana w działanie aktywistyczne, a w swoich mediach społecznościowych nieustannie publikuje treści dotyczące tego co dzieje się na świecie i zwraca jej uwagę. Tak jak wojna w Ukrainie, ludobójstwo w Gazie czy przemoc wobec kobiet (temat ten powrócił z okazji 30 rocznicy otrzymania przez nią listu od Carla Andre).
Właśnie to charakteryzuje działalność Fusco – ogromna wrażliwość, z którą przygląda się i angażuje a następnie nagłaśnia to co umyka większości. Bezpośrednią inspiracją do stworzenia wystawy był performans Fusco Words may not be found, który odbył się w 2017, właśnie w KW. Artystka odczytała wtedy w ciemnej sali świadectwa zbrodni kolonialnych Niemiec, ludobójstwa przeprowadzonego na członkach społeczności Herero i Nama. Fusco bazowała na tak zwanym blue book, czyli na oficjalnym dokumencie wydawanym przez rząd Wielkiej Brytanii co roku. Mimo, że brytyjski dokument nie był oczywiście wolny od wybielającego samego siebie, brytyjskiego, tonu, Fusco podkreśla, że to świadectwa historyczne ludzi są tym co ważne, prawdziwe i teraz odzyskane. Odniosła je oczywiście też do współczesnej sytuacji w niemczech.
Całe Tomorrow, I will become an island jest niesamowicie teraźniejsze. Wystawa składa się z kilkunastu prac Coco Fusco. Odwiedzający poznaje je chronologicznie, zaczynając od wczesnych performansów, kończąc na tych najnowszych, z okresu pandemii. Poszczególne sekcje są ze sobą luźno połączone narracyjnie, tym co spaja je ze sobą jest podkreślenie zaangażowania społecznego Fusco, która jako artytska przyjmuję perspektywę intersekcjonalną. Oprócz fotografii, filmów i dokumentacji performansów, ekspozycja to też przedmioty, które brały w nich udział oraz wycinki prasowe je komentujące. Wszystko staje się czymś na kształt archiwum, które z jednej strony opowiada historię poszczególnych grup i osób, z drugiej staje się uniwersalną opowieścią o przemocy i opresji.
Pierwsze co odwiedzający widzi po wejściu na wystawę to fotografia przedstawiająca Coco Fusco i Guillermo Gómeza-Peñe, dokumentująca ich performans zatytułowany The Couple in the cage/ Two Undiscovered Amerindians Visit the West (1992-1994). Polegał on na tym, że artyści zamknięci w klatce oraz przebrani w coś co moglibyśmy nazwać europocentrycznym, kiczowatym wyobrażeniem o stroju rdzennych społeczności, byli przedstawieni jako wcześniej nieodkryci “Indianie” z fikcyjnej wyspy niedaleko Meksyku. Angażowali się w „tradycyjne” dla swojego ludu zadania: oglądanie telewizji, szycie lalek voodoo, korzystanie z laptopa, chodzenie bez celu tam i z powrotem oraz zjadanie owoców podawanych im przez przewodników. Przewodnicy wyprowadzali ich na smyczy do łazienki i robili zdjęcia polaroidem osobom z publiczności, które chciały pozować z artystami. Początkowo cały performans to miała być satyra na ideę “odkrycia geograficznego”, jednak szybko okazało się, że duża część odwiedzających naprawdę w niego uwierzyła. Na wystawie oprócz fotografii dokumentującej performans, filmu, który powstał przy jego okazji oraz polaroidów, o których mówiłam, mogliśmy zobaczyć również grafiki wykonane przez Fusco kilkanaście lat później, na których uwiecznione zostały wypowiedzi niektórych z widzów. Tym co zwraca szczególną uwagę jest to, w jaki sposób ciała artystów, a szczególnie Coco, stało się przedmiotem, który poddawano analizom i spekulacjom. Na przykład brak włosów na jej nogach. Na jednej z grafik, przedstawiającej grupę mężczyzn, czytamy: „I noticed that she has no hair on her legs,” observed one seaman. „It probably doesn’t grow,” speculated another. „Maybe she pulls it out by the root,” said a third. Z drugiej strony ciała widzów pozostały w ich mniemaniu całkowicie przezroczyste, to znaczy wydawali się nie zdawać sobie sprawy, że ich spojrzenie nie jest jednostronne, a odwzajemnione przez parę artystów, którzy również ich obserwowali. Couple in the cage to komentarz na temat ludzkich zoo, a szerzej uprzedmiotowienia rdzennych społeczności w instytucjach oraz niedobrowolnego performansu. Para przez 2 lata odwiedziła ze swoim performansem wiele krajów i wiele instytucji, głównie muzeów, w tym znane Smithsonian’s museum of National history, ale również, wydawałoby się niewinne, Covent Garden w Londynie, gdzie wystawy wykorzystujące ludzi odbywały się regularnie. Artyści odtworzyli również relację między tym wystawionym na spojrzenie, a tym oglądającym. Sama Fusco mówi, że ze wszystkich reakcji, które zaobserwowała, najgorsza była obojętność.
Inną pracą, która też komentowała to w jaki sposób uprzedmiotowieniu poddane są ciała, tym razem głównie kobiet, były zdjęcia dokumentujące performans Stuff (1996-1999). Coco Fusco, razem z Nao Bustamante, ubrane w kolorowe ubrania, uśmiechnięte, trochę w kokieteryjny, może wyzywający sposób zjadają, a raczej karmią nawzajem siebie i mężczyznę bananem. Stuff przygląda się kulturowym mitom, które łączą latynoamerykanki i jedzenie z erotyką w zachodniej popularnej wyobraźni, tam gdzie jedzenie służyły często jako metafora dla seksu. Polskiemu odwiedzającemu trudno jest się pozbyć skojarzenia z Natalią LL i jej sztuką konsumpcyjną oraz postkonsumpcują. Tutaj też sama czynność jedzenia reprezentuje konsumpcjonizm w jego najbardziej ponurym wymiarze, uprzedmiotawiającym kobiece ciało, jednak Fusco dodaje kolejną wartwę interpretacyjną; to ciało niebiałe jest najbardziej zagrożone.
Moja ulubiona praca Fusco to seria fotografii zatytułowanych Sightings (2004) prezentowana na ekspozycji obok filmu a/k/a Mrs. George Gilbert. Oba dzieła odnoszą się do roli, jaką fotografia pełniła w tworzeniu i rozpowszechnianiu stereotypów rasowych w czasie pościgu, prowadzonego przez FBI, za Angelą Davis, czarnoskórą amerykanką zaangażowaną politycznie w ruch wyzwolenia rasowego. W tym czasie, wiele czarnoskórych kobiet, nawet zupełnie niepodobnych do Davis, zostało błędnie wytypowanych, sfotografowanych i sfilmowanych z ukrycia, a nawet aresztowanych, czy to przez władzę czy przez “zmartwionych obywateli”.
Fotografie z serii sightings zostały wykonane aparatami szpiegowskimi z lat 60, tymi którymi naprawde posługiwało się wtedy FBI. Są to agresywne zbliżenia na poszczególne części ciał czarnoskórych kobiet, które zdają się być świadome bycia obserwowanymi i analizowanymi. Mimo, że konwencja fotografowania różni się tutaj znacząco od tej używanej w fotografii kolonialnej, uwikłanie w stereotypizację i uprzedmiotowienie ciała pozostaje to samo. W obu przypadkach, jak pokazuje Fusco, wymieszane zostają rasistowskie u swojego podłoża wyobrażenia i fantazje na temat niebiałych osób oraz rzekomo “obiektywne” i “naukowe” medium fotografii.
Wracając do pytania, czy wystawa Tomorrow I will become an island w KW jest wystawą dekolonialną – moim zdaniem tak. Była: po pierwsze przygotowana w ścisłej współpracy z artystką, której sztuka w większości przypadków mówi sama za siebie, a kuratorskie komentarze jedynie dopełniają narrację stworzoną przez artystkę; po drugie trudne dziedzictwo kolonializmu traktuje w sposób odpowiedzialny, nie pozwalając na jego fetyszyzację czy instrumentalizację; jest też inkluzywna i uwzględnia perspektywę nie tylko mieszkańca berlina; aż w końcu tworzy przestrzeń, w której w transparentny sposób mówi sama o sobie, czyli o wystawie muzealnej. Jest przykładem empatycznego mówienia o przeszłości, a raczej przeszłościach, kolonialnych, które okazują się być uciszaną teraźniejszością w postkolonialnej rzeczywistości.
Wszystkie prace omawiane w artykule dostępne są na stronie internetowej artystki: https://www.cocofusco.com/

