Autor: Aleksandra Meller
Było tylko dwóch bramkarzy światowej klasy. Jednym z nich był Lew Jaszyn, a drugim ten Niemiec, który grał w Manchesterze: Trautmann. Takimi słowami określił niemieckiego bramkarza Lew Jaszyn, przez wielu uznawany za najlepszego obrońcę dwóch słupków w historii całej piłki nożnej. Jednak Bert Trautmann to ktoś więcej niż „tylko” ikona futbolu – to również człowiek pełen niesamowitej wytrwałości, który dzięki swojej woli walki był w stanie jednoczyć ludzi i wygrywać, mimo największych podziałów czasów wojny.
Dla wielu zagorzałych kibiców piłka nożna to przepiękny pokaz pełen niesamowitych umiejętności i fascynujących zwrotów akcji, które niekiedy trzymają obserwatora w napięciu do ostatniej sekundy gry. Efektywność tej dyscypliny bardzo często zależy od zaangażowania, wytrzymałości i odwagi piłkarzy. Dzisiaj już niestety liczba prawdziwych wojowników i boiskowych gladiatorów zaczyna zanikać. Ich miejsca zajmują aktorzy, dla których gra w niewygodnych sytuacjach przypomina raczej teatralny spektakl. W takich chwilach należałoby przypomnieć nazwiska najtwardszych piłkarzy. Oczywiście trzeba pamiętać o takich osobach jak Jamie Carragher i jego zacięta walka w obronie mimo kontuzji, Steve McMahon i jego słynne pojedynki bark w bark czy Terry Butcher, który nie zmienił swojego aktywnego stylu gry mimo obficie krwawiącego rozcięcia głowy. Te nazwiska cieszą się uznaniem, rozpoznaje je każdy większy kibic tej dyscypliny. Warto jednak również wspominać te mniej znane, które wraz z upływem lat coraz bardziej odchodzą w zapomnienie. Na szczególne wyróżnienie na pewno zasługuje postać Berta Trautmanna – niemieckiego żołnierza, który wyrwał się ze szponów hitlerowskiej polityki, by ostatecznie stać się bramkarską legendą piłki nożnej.
Wczesne lata
Życie Bernharda Carla Trautmanna przypadło na bardzo trudny okres w historii, kiedy to świat nie tylko nadal leczył rany po I wojnie światowej, ale również stopniowo przygotowywał się do nadejścia kolejnego konfliktu. Szczególne zmiany w latach 20. i 30. miały miejsce w Republice Weimarskiej, czyli ojczyźnie piłkarza, w której nieuchronnie coraz większe poparcie zdobywały nazistowskie idee.
Trautmann urodził się w 1923 r. w niemieckiej Bremie. Jego rodzice, utrzymujący się z pracy fizycznej, wychowywali dzieci w mocno patriotycznej atmosferze, jednak pod kątem poglądów życiowych i politycznych zdecydowanie bliżej im było do komunistów niż skrajnych nacjonalistów. Bezpieczeństwo rodziny stało jednak zdecydowanie na pierwszym miejscu wśród wartości Trautmannów, dlatego, w ciszy poddawali się rosnącej w siłę hitlerowskiej propagandzie, do której mały Trautmann – przede wszystkim przez swój wygląd– pasował doskonale. Wysoki blondyn o niebieskich oczach i atletycznej budowie ciała niemalże perfekcyjnie odzwierciedlał portret tak wielbionej przez propagandę III Rzeszy rasy aryjskiej. Dlatego też dosyć szybko stał się członkiem młodzieżowych grup Deutsches Jungvolk oraz Hitlerjugend – od tego momentu nie miał już żadnych szans na ucieczkę od wydarzeń czekających go w przyszłości.
Miłość do sportu u małego Trautmanna rozkwitła już w wieku dziecięcym. Choć z początku nie było to zamiłowanie do futbolu, lecz do… piłki ręcznej i zbijaka. Najprawdopodobniej wynikało to z jego dość mocno (jak na wiek kilkunastoletnich dzieci) rozbudowanej sylwetki – bardzo często sprawiał problemy, wielokrotnie uczestniczył w bójkach, których sam był prowodyrem. Dyscypliny nauczył się dopiero w Hitlerjugend, gdzie również (choć w dużo mniejszym stopniu) starał się kontynuować swoją przygodę ze sportem. Dzięki własnej zawziętości udało mu się osiągnąć pierwsze większe zwycięstwo – otrzymał dyplom za sportowe wyniki z rąk samego prezydenta Rzeszy Niemieckiej Paula von Hindenburga.
Początek dramatu
Jednak rozpalający się płomień fascynacji sportem u młodego Niemca szybko został doszczętnie zgaszony przez wciąż rosnącą w siłę ideologię nazistowską, która doprowadziła do wybuchu II wojny światowej. Trautmann dał się pochłonąć niemieckiej propagandzie i praktycznie od samego początku konfliktu starał się angażować, jak tylko mógł. Swój cel osiągnął jednak dopiero w 1941 r., kiedy to z własnej woli, ignorując łzy ukochanej matki, został zaciągnięty w szeregi Luftwaffe. To jednak również nie przychodzi mu łatwo – kilkukrotnie ubiegał się o stanowisko specjalisty do spraw łączności, jednak jego marzenia zostały zaprzepaszczone z powodu niezdania potrzebnych testów. Zamiast tego został przydzielony do jednostki spadochronowej Fallschirmjäger.
W październiku tego samego roku nadeszła decyzja – wezwanie na front wschodni. Dotknęło mnie to, wpłynęło na mnie, zmieniło wszystko – tak Trautmann opisywał swoje doświadczenia z pobytu w ZSRR, o których trudno mu było potem rozmawiać. Od tamtej pory zaczął wątpić w słuszność hitlerowskiej idei, lecz było już zdecydowanie zbyt późno na zmiany. Działania Trautmanna na froncie wschodnim skutkowały jednak dosyć szybkim, bo osiągniętym już w 1942 r., awansem na stanowisko kaprala. Trautmann jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy, ale od tego momentu rozpoczęła się jego wieloletnia walka o własne życie.
Jako niewyrobiony przełożony, Bert Trautmann w 1943 r. otrzymał rozkaz ruszenia wraz z oddziałem na Smoleńsk w celu udzielenia wsparcia wojskom generałów Fedora von Bocka i Heinza Guderiana. Na skuteczną pomoc było już jednak zdecydowanie za późno. W operacji smoleńskiej wojska niemieckie poniosły całkowitą klęskę, której dowodem była nie tylko ucieczka pod naporem sił radzieckich, ale również poniesione wysokie straty w ludziach i w sprzęcie. Z oddziału Trautmanna przy życiu utrzymała się ledwie garstka niemieckich żołnierzy – w tym sam bohater artykułu – którzy bezzwłocznie wycofali się na tereny Francji. Tam jednak obszary, na których ocalali wojskowi odtwarzali swoje jednostki, zostały doszczętnie zbombardowane przez oddziały alianckie – a Trautmannowi po raz kolejny cudem udało się przeżyć, choć po śmierci jednych i ucieczce drugich swoich towarzyszy, został on całkowicie pozostawiony sam sobie.
A teraz odsiadka
Mimo usilnych starań, młodemu wojskowemu nie udało się uniknąć przeznaczenia – w trakcie ucieczki został złapany przez Brytyjczyków. W tym momencie rozpoczęła się długa tułaczka Trautmanna po obozach jenieckich dla oprawców wojennych, najpierw w Belgii, a potem już w Wielkiej Brytanii. Jednak to doświadczenie, wbrew pozorom, nie było dla niego czymś trudnym. Swoją wiedzę, jak być człowiekiem, zdobyłem dopiero w Anglii – przyznał po latach. Humanitarny sposób traktowania jego samego i innych jeńców wojennych przez Brytyjczyków pokazał mu, jak niesłuszna była przyswojona ideologia, w którą tak bezgranicznie wierzył i która tak bardzo zdeterminowała jego życie. Szacunek i człowieczeństwo – to wartości, których sam od tak dawna nie potrafił okazywać. W Anglii Niemcy byli traktowani jak ludzie – podkreślał wielokrotnie.
Ze wszystkich obozów jenieckich, w których przebywał, to właśnie ten ostatni, znajdujący się w Ashton-in Makerfield (hrabstwo Wielki Manchester), był tym najważniejszym w życiu Trautmanna. To w nim odnalazł chęć do rozpoczęcia innego życia, a zgaszony wcześniej płomień pasji do sportu ponownie zaczął się tlić, gdy szkocki major wydał zezwolenie na możliwość charytatywnej gry w piłkę nożną dla jeńców przeciw amatorskim lokalnym drużynom. Na początku dominował w środkowym polu gry. Jednak również w tym przypadku jego upór i wytrwałość znowu wzięły górę i otworzyły Niemcowi drzwi do późniejszej kariery. Gdy w jednym ze spotkań Trautmann doznał kontuzji, pod żadnym względem nie zgodził się na zejście z boiska (w tym czasie jeszcze nie wprowadzano piłkarzy rezerwowych, więc opuszczenie przez niego pola gry oznaczałoby pozostawienie własnej drużyny w niepełnym składzie). Ponieważ nie był w stanie grać na przypisanej pozycji tak efektywnie jak dotychczas, postanowił zamienić się miejscami z bramkarzem. Ta decyzja okazała się \ kluczowa w jego karierze sportowej – okazało się bowiem, że ma niesamowity talent do wyjmowania piłek przeciwników zanim przekroczą linię bramkową.
Nowy rozdział
Dzisiaj wiemy, że lata 1946-1948 w życiu Trautmanna były okresem niezwykle ważnym, pełnym wielu decydujących momentów. Na przełomie tych lat on sam stwierdził, że znalazł w Anglii nowy dom. Jednak prawdziwy test asymilacji nadszedł w 1948 r., gdy Trautmann wyszedł na wolność i otrzymał propozycję powrotu do rodzinnych stron na zasadzie repatriacji. Mimo nacisków byłych towarzyszy broni, Trautmann zdecydował się… pozostać w Anglii. Po zdobyciu domu, pracy i pasji do gry w lokalnej drużynie St. Helens Town, młody Niemiec nie czuł już żadnej potrzeby kontaktowania się ze swoją przeszłością. St. Helens dało mi nowe życie – najpierw pięć lat wojny, a potem kolejne trzy lata w obozach jenieckich zabrały mi osiem lat z mojego życia. Gdy wyszedłem, przywitała mnie piękna społeczność Sutton. To region górniczy – górnicy byli bardzo ciepli i mnie przyjęli – to właśnie dzięki temu klubowi, Trautmann rozwijał się zarówno jako człowiek, jak i uzdolniony bramkarz. Mecze z jego udziałem cieszyły się coraz większą popularnością – również ze stron czołowych klubów tamtych czasów: Tottenhamu, Portsmouth, czy Manchesteru United. Byłemu żołnierzowi jednak nie spieszyło się do zmiany otoczenia. Byłem nieśmiały, trochę bojaźliwy, nie byłem porywczy – jak określił sam siebie. Jakie więc zdziwienie w świecie piłki nożnej wzbudziła informacja, że niemiecki bramkarz zasilił szeregi Manchesteru City. Leżałem w łóżku, chorowałem wtedy na grypę. Wtem zadzwonił dzwonek do drzwi, stali w nich jacyś przedstawiciele Manchesteru City. Długo rozmawialiśmy, około godziny, a oni po prostu nie chcieli wyjść. Ponieważ pilnie musiałem skorzystać z łazienki, zwyczajnie podpisałem kontrakt, dla świętego spokoju – tak początkowe negocjacje z klubem wspomina Trautmann. Takim oto przypadkiem w 1949 r. rozpoczęła się jedna z najpiękniejszych historii futbolu.
All hell broke out
Choć w II wojnie światowej Anglia nie poniosła (w porównaniu z innymi państwami) dużych strat w ludziach, to została mocno osłabiona gospodarczo i materialnie. Państwo to zostało mocno dotknięte przez liczne naloty Luftwaffe, co doprowadziło do zrównania z ziemią terenów mieszkalnych i uprawnych. Szacuje się, że armia hitlerowska zniszczyła ok. ¼ brytyjskiego terytorium, szczególnie część środkowo-północną. Głód, choroby, brak codziennych środków do życia i dachu nad głową nękały Anglików jeszcze przez długi czas po zakończeniu wojny. Nikogo więc nie powinna dziwić ogólna reakcja Brytyjczyków na wieść o transferze byłego żołnierza Wehrmachtu do profesjonalnej ligi krajowej. Nowy nabytek drużyny z Manchesteru wywołał wielkie oburzenie. Z początku masowe wysyłanie próśb i petycji o odwołanie decyzji zarządu, obelgi i pogróżki wypowiadane w stronę klubu i samego piłkarza doprowadziły ostatecznie do ogromnego protestu na ulicach miasta, liczącego nawet 20-40 tys. osób. Społeczne niezadowolenie potęgowały skumulowane w Manchesterze mniejszości żydowskie, które na każdym kroku powoływały się na wojenne działania Niemców. Sytuacji nie pomagał również fakt, że Trautmann miał zastąpić uwielbianą i docenianą przez wszystkich kibiców legendę zespołu – Franka Swifta. Inny świat natomiast zobaczył Trautmann w szeregach klubu, gdzie piłkarze nie dość, że nie wytykali mu wojskowej przeszłości, to jeszcze zaakceptowali go z otwartym sercem, podkreślając, że w tej szatni nie ma wojny.
Wraz z upływem czasu, nieprzychylność kibiców wobec nowego bramkarza stosunkowo cichła, szczególnie po jawnym okazaniu mu wsparcia przez lokalnego rabina. Dzięki swoim wyczynom na boisku z miana mordercy wojennego stał się miejscowym Bertem – w opinii Brytyjczyków było to imię łatwiejsze do wymówienia niż Bernhard, a w dodatku mniej kojarzyło samego piłkarza z jego ojczyzną. Pierwszym ważnym sprawdzianem nowego bramkarza przed publicznością był wyjazdowy mecz Manchesteru City przeciwko Fulham w 1950 r., rozegrany w Londynie – mieście dotkliwie zniszczonym przez naloty Luftwaffe. Drużynie przyjezdnej nie szło dobrze w tym sezonie, dlatego kibice nieustannie czekali na duże zwycięstwo. I choć ten mecz dla Manchesteru City również zakończył się porażką, to poświęcenie Trautmanna między słupkami poskutkowało długimi owacjami na stojąco ze strony kibiców obu drużyn oraz samych piłkarzy na boisku. Mimo trudnych początków, zarówno tych poza boiskiem, jak i podczas samej gry, Trautmann coraz bardziej zyskiwał w oczach fanów. Ale prawdziwy pokaz woli walki, wytrwałości i oddania Niemca miał dopiero nadejść.
FA Cup 56’
W 1955 r., po pewnym zwycięstwie 1:0 nad AFC Sunderland, Bert Trautmann stał się pierwszym piłkarzem niemieckiego pochodzenia w historii brytyjskiego futbolu, który wystąpił w finale Pucharu Anglii (FA Cup). Licząc na kolejne zwycięstwo, piłkarze Manchesteru City ponieśli jednak sromotną porażkę przegrywając 3:1 z Newcastle United. W klubie pozostał ogromny niedosyt, jednak szansa odwetu pojawiła się już w następnym roku, kiedy to szereg zwycięstw ponownie zapewnił City miejsce w finale Pucharu – tym razem przeciwnikiem miał być Birmingham. Finałowy mecz od samego początku przebiegał zgodnie z oczekiwaniami Manchesteru City. Prowadząc 3:1, nikt nie przewidywał wielkich wydarzeń w samej końcówce spotkania. Jednak w ostatnich piętnastu minutach piłkarze Birmingham podjęli ostatnie próby poprawienia wyniku na własną korzyść. Kibice z Manchesteru spodziewali się, że ich piłkarze zapewnią im pokaz niezwykłych umiejętności i zaciętej walki do ostatniego gwizdka, jednak tego, co miało nadejść, nie spodziewał się nikt.
Około 75. minuty, po niskim dośrodkowaniu, piłka przekracza linię szóstego metra, a gol pomocnika Petera Murphy’ego wydaje się pewny. Trautmann jednak błyskawicznie rzuca się pod nogi przeciwnika, chcąc za wszelką cenę odebrać piłkę. Podczas potyczki głowa niemieckiego bramkarza zderza się kolanem Murphy’ego – wówczas na murawie zapada cisza. Trautmann leży bez ruchu, stracił przytomność. Odzyskuje ją, gdy przychodzą medycy, piłkarz jednak skarży się na uciążliwy ból szyi, który wręcz uniemożliwia jakikolwiek ruch głową. Po zażyciu soli zapachowej i szybkim okładzie z mokrej gąbki, wbrew zaleceniom sztabu, postanawia kontynuować końcówkę tak ważnego dla kibiców meczu. Nieustannie jednak przykłada ręce do szyi, próbując uśmierzyć ból. W tym stanie jeszcze kilkakrotnie udaje mu się w ostatniej chwili powstrzymać ataki napastników, czym ostatecznie doprowadza wcześniejszy wynik do końca, a własny klub do zdobycia upragnionego mistrzostwa FA Cup.
Złoty medal i pogratulowania od samego księcia Filipa przyjął z przechyloną na bok głową, tłumacząc się sztywnym karkiem. Dopiero wizyta w szpitalu trzy dni później i seria prześwietleń szyi ujawniła prawdziwy stan Trautmanna – stwierdzono wybicie pięciu kręgów szyjnych, z których drugi był pęknięty na dwie części. Skręcony kark nie skończył się tragicznie dla bramkarza tylko dlatego, że pęknięcie w tym konkretnym miejscu zapobiegło tworzeniu się dalszych uszkodzeń. I tak jak kiedyś w 1943 r. pod Smoleńskiem, tak i trzynaście lat później na Wembley Stadium Trautmann znalazł się centymetry od śmierci.
koszmar rodzica
Bert Trautmann bardzo długo wracał do zdrowia po doznanej kontuzji w 1956 r. Wielu nawet przypuszczało, że nie będzie on w stanie wrócić do formy sprzed wypadku, a niektórzy twierdzili, że na murawę nie wróci już wcale. Dzisiaj wiemy, że nie mogli być w większym błędzie. Bardzo ciężko walczył o powrót do tego, co kochał. Ponownie swoją wolą walki i wytrwałością pokazał, że dla chcącego nie ma rzeczy niemożliwych. Gdy po dłuższej przerwie wrócił między słupki Manchesteru City, jego gra znacznie straciła na efektywności, jednak póki tylko mógł, Trautmann nadal wiernie pokazywał serce.
Powrót Trautmanna do formy został mocno zakłócony nie tylko problemami zdrowotnymi, ale również prywatnymi. Jeszcze w 1950 r. Bert założył rodzinę – miał żonę i trzech synów. Śmierć ich pięcioletniego syna Johna w wypadku samochodowym blisko domu na zawsze zmieniła życie Trautmannów. Rodzice przez długie lata nie mogli pogodzić się ze stratą dziecka. W domu piłkarza dochodziło do częstych kłótni, co w efekcie doprowadziło do rozwodu dziesięć lat później. Mimo tragedii prywatnych i zdrowotnych, nie uległ on przykrym doświadczeniom i przez prawie dziesięć następnych lat starał się błyszczeć w bramce angielskiego klubu. Ostatecznie Bert Trautmann zawiesił buty na kołku dopiero w 1964 r., mając na koncie 40 lat, 15 lat kariery i 545 rozegranych dla drużyny z Manchesteru spotkań.
ikona nie tylko futbolu
Bert Trautmann jest bez wątpienia bramkarską legendą futbolu, którego niesamowite umiejętności i waleczność na boisku stanowiły wzór do naśladowania dla wielu następnych pokoleń, jak choćby Boba Wilsona z Arsenalu, czy jednego z następców Niemca w Manchesterze – Joe’a Corrigana. Jednak wpływy Trautmanna sięgają zdecydowanie dalej niż krańce murawy.
Ze względu na swoje oddanie angielskiej piłce, gra w ojczystych barwach nie była dla niego możliwa. Z tego powodu, jak tylko mógł, przez całą swoją karierę starał się naprawić to, co na pierwszy rzut oka bezpowrotnie zniszczyła wojna. Jego starania w celu przywrócenia dobrych stosunków między Anglikami i Niemcami nie zakończyła się jednak wraz z końcem piłkarskiej kariery. Wielokrotnie występował w roli tłumacza dla niemieckich delegacji w Londynie. Założył Fundację Berta Trautmanna, której celem po dziś dzień jest promowanie pozytywnych stosunków między Niemcami i Anglikami zarówno na boisku, jak i poza boiskiem. Jako działacz sportowy, starał się również przyspieszyć rozwój piłki nożnej między innymi w Pakistanie, Jemenie i Tanzanii. Zamienienie wojskowych butów II wojny światowej na angielskie korki piłkarskie jest kolejnym dowodem na jednoczącą moc sportu. Swoimi działaniami nieustannie pokazywał, że niegdyś zaciekli wrogowie są w stanie ponownie się pojednać dzięki wspólnej pasji i miłości do gry. Niesamowity człowiek, który pomógł zbliżyć do siebie nasze zwaśnione kraje – w taki sposób Trautmanna opisał Bob Wilson, wcześniej wspomniany bramkarz Arsenalu.
Historia Trautmanna to nie tylko opowieść o niezwykłym piłkarzu. To również historia człowieka niezwykle wytrwałego, który mimo tak wielu tragedii, życiowych dramatów i wypadków nie poddał się i do samego końca walczył o to, co kochał.

