Półfinał powinien być dla Niemców celem minimum

Jakiej reprezentacji Niemiec możemy spodziewać się na EURO 2024? Odpowiada komentator Viaplay Marcin Borzęcki (wywiad).

Półfinał powinien być dla Niemców celem minimum

Jakiej reprezentacji Niemiec możemy spodziewać się na EURO 2024? Odpowiada komentator Viaplay Marcin Borzęcki (wywiad).

Autor: Łukasz Wójtowicz

14 czerwca na Allianz Arenie w Monachium usłyszymy pierwszy gwizdek tegorocznych Mistrzostw Europy w piłce nożnej. Niemieccy kibice z niecierpliwością odliczają dni do wielkiego sportowego święta, podczas którego będą gościć 24 najlepsze drużyny Starego Kontynentu. Marcin Borzęcki – dziennikarz pracujący dla Viaplay, komentator meczów Bundesligi i ekspert od niemieckiej piłki nożnej – przedstawia obraz reprezentacji naszych zachodnich sąsiadów na miesiąc przed rozpoczęciem EURO 2024.

„MAGIEL” (Łukasz Wójtowicz): Niemcy to uznana marka w światowym futbolu. Potwierdzają to statystyki: tylko w XXI w. w 11 wielkich międzynarodowych turniejach nasi zachodni sąsiedzi siedmiokrotnie plasowali się w najlepszej czwórce (4 razy na Mistrzostwach Świata i 3 razy na Mistrzostwach Europy). Jednak w ostatnich latach Niemcy grają zdecydowanie poniżej oczekiwań kibiców. Co spowodowało załamanie formy?

Marcin Borzęcki: To efekt kilku czynników. Jednym z nich była spóźniona wymiana pokoleniowa w reprezentacji Niemiec. Joachim Löw troszkę się miotał w momencie, gdy niektórych piłkarzy trzeba było odstawić, a postawić na młodszych, świeższych, z większym apetytem na sukcesy. Ta wymiana nie przebiegła harmonijnie, płynnie i w prawidłowy sposób. Również schyłkowy okres kadencji Joachima Löwa był dość mizerny – chyba nie miał pomysłu na odświeżenie sposobu gry drużyny. Personalia to jedno, ale pomysł na to, jak drużyna miała grać to drugie. Bardzo ciężko oglądało się reprezentację Niemiec w ostatnich latach Löwa w roli selekcjonera, była to drużyna grająca mozolnie, leniwie, dosyć przewidywalnie, przeciwnikom nie było trudno jej rozczytać. Jednak nie tylko trener jest za to odpowiedzialny. Gdyby spytać osoby, które rządzą niemiecką piłką, to one pewnie wskazałyby na przyczyny leżące nieco głębiej, czyli związane ze szkoleniem w niemieckiej piłce. Chociaż zachwycamy się tym, jak szkoleni są młodzi piłkarze czy trenerzy w Niemczech, to ludzie, którzy nad tym pracują nie są do końca zadowoleni. Uważają, że rewolucja szkoleniowa z początku tego stulecia zbyt mocno wtłoczyła piłkarzy w ramy taktyczne, za bardzo obciążyła ich zadaniami, boiskowymi instrukcjami i wypełnianiem swoich ról. Ich zdaniem, mają za mało zawodników, którzy zwyczajnie cieszą się piłką, swobodnie kiwają i strzelają gole (w Niemczech używa się w takim przypadku wdzięcznego określenia Strassenkicker, czyli „uliczny zawodnik”). Sztandarowymi przykładami są oczywiście Florian Wirtz czy Jamal Musiala, ale dla Niemców to wciąż za mało, więc robią delikatny zwrot w kierunku rozwoju szkolenia. Warto też wspomnieć o kadencji Hansiego Flicka, która była kompletnie nieudana. Czas spędzony z tym szkoleniowcem na ławce trenerskiej należy uznać za stracony, choć było to zaskakujące, bo wydawało się, żę będzie idealnie pasował do reprezentacji Niemiec. Jego jedyny wielki turniej był nieudany, ale mam wrażenie, że pojawiło się w tamtej kadrze wiele detali, które zadecydowały o tym, w którym kierunku poszła narracja. W pamiętnym meczu z Japonią [chodzi o mecz fazy grupowej Mistrzostw Świata w Katarze 2022, przyp. red.], przegranym 1:2, Niemcy przez 70 minut mocno naciskali na rywala i gdyby byli bardziej skuteczni, to pewnie by wygrali 4:0 lub 5:0, a historia Hansiego Flicka być może potoczyłaby się nieco inaczej. Tak czy owak, tych kilka czynników złożyło się na to, że ostatnie lata dla reprezentacji Niemiec były totalnie nieudane.

„MAGIEL”: W 2023 roku Niemcy rozegrali 11 meczów, z których wygrali zaledwie 3. W obecnym roku rozegrali dwa spotkania, co prawda towarzyskie, w których zmierzyli się z Francuzami i Holendrami – oba zakończyły się zwycięstwem Niemców. Możemy mówić o swego rodzaju przebudzeniu?

Marcin Borzęcki: Możemy mówić, natomiast cała narracja wokół przebudzenia jest budowana na dwóch meczach towarzyskich. Wyglądały one rzeczywiście bardzo dobrze i tchnęły nieprawdopodobnie duży entuzjazm i optymizm w kibiców i ludzi związanych z niemiecką piłką. To był futbol, o którym Niemcy marzyli od dawna, czyli bardzo efektowny, widowiskowy, odświeżona drużyna, odświeżony sposób gry, nowe twarze – to wszystko sprawiło, że mimo ostatnich straconych lat i ogromnego niepokoju związanego ze zbliżającymi się Mistrzostwami Europy, teraz optymizm jest kolosalny. Gdyby przeprowadzić ankietę wśród niemieckich kibiców, to pewnie większość odpowiedziałaby, że strefa medalowa jest jak najbardziej w zasięgu. Jednak tak jak sam zauważyłeś, to wszystko jest na razie budowane na bazie dwóch meczów towarzyskich. Rywale byli wymagający, mecze bardzo udane, ale nie jest to na tyle poważna próba, żeby marzyć o dotarciu do strefy medalowej.

„MAGIEL”: Co ciekawe, Niemcy do tej pory trzy razy samodzielnie organizowali wielkie międzynarodowe turnieje i za każdym razem udało im się znaleźć we wspomnianej strefie medalowej. Czego, Twoim zdaniem, możemy spodziewać się po gospodarzach na tegorocznej imprezie?

Marcin Borzęcki: Szczerze mówiąc, ja bym ich typował do strefy medalowej. Wydaje mi się, że mają potencjał personalny, żeby taki wynik osiągnąć. Mocno wierzę w Juliana Nagelsmanna, jestem dużym entuzjastą jego umiejętności i warsztatu trenerskiego. Mam wrażenie, że unika popełniania błędów, które przydarzały się Hansiemu Flickowi, a w dodatku wyciąga wnioski z własnej przygody trenerskiej. Pamiętam, kiedy jeszcze jako trener Hoffenheim wprowadzał ogrom różnych innowacji taktycznych, przez co nawet niektórzy piłkarze, mimo osiągania bardzo dobrych wyników, zaczynali narzekać, że ich głowy są trochę tym wszystkim przeładowane. Mam wrażenie, że sam Julian Nagelsmann dostrzegł, że to nie jest właściwa droga, zwłaszcza w reprezentacji, w której treningów i czasu spędzonego z drużyną jest dużo mniej. Wyciąga mądre wnioski i z rozwagą przekuwa je w czyny. Uważam, że półfinał jest jak najbardziej w zasięgu reprezentacji Niemiec. To powinien być dla niej cel minimum. Zwłaszcza, że personalnie obecna kadra wygląda bardzo dobrze. Rok temu o tej porze pewnie jeszcze byśmy kręcili nosem patrząc na obsadę ataku i pozycji numer 9 – oczywiście nie pojawił się w Niemczech żaden napastnik klasy międzynarodowej i pewnie z pocałowaniem ręki wzięliby do siebie Roberta Lewandowskiego, Harry’ego Kane’a czy Lautaro Martineza. Niemniej, mają kilku zawodników, którzy dają jakość, prezentują różny styl gry, mogą się dobrze uzupełniać na boisku: Niclas Füllkrug i Deniz Undav to bardzo przyjemny zestaw, Nagelsmann wystawia na pozycji numer 9 również Kaia Havertza. Uważam, że od bramki, przez obronę, szczególnie przez drugą linię (która jest przepotężna), do ataku, ta drużyna jest gotowa daleko zajść. 

„MAGIEL”: Myślisz, że Julian Nagelsmann, oprócz dobrego warsztatu trenerskiego (obejmującego ustawienie drużyny, przygotowanie fizyczne i taktyczne), potrafi również zadbać o dobry mental w szatni? W końcu to kluczowy element dla osiągania sukcesów.

Marcin Borzęcki: Myślę, że potrafi zadbać o ten aspekt. Z dużą przyjemnością słucha się jego konferencji prasowych w roli selekcjonera – są one bardzo merytoryczne, trener uzasadnia właściwie każdy swój personalny i taktyczny wybór. Oczywiście konferencje prasowe nie muszą mieć wpływu na mental w szatni, natomiast akurat Julian Nagelsmann na ogół miał bardzo dobre relacje z piłkarzami, nie jest jakimś autokratą jak Thomas Tuchel czy nieprzyjemnym gościem, który odstraszałby od siebie zawodników. Myślę, że w tej kwestii nie ma problemu, zwłaszcza, że niewiele było trzeba, żeby wpuścić do tej szatni świeże powietrze i stworzyć przyjemną atmosferę. Za Hansiego Flicka ta atmosfera była bardzo gęsta, każdy na siebie krzywo patrzył, piłkarze i trener wzajemnie się nie rozumieli. Wygląda na to, że odświeżenie w postaci Nagelsmanna służy drużynie.

„MAGIEL”: Wspomniałeś o kilku młodych twarzach, które już odgrywają kluczową rolę w zespole, ale gdy wrócimy pamięcią do wygranego w 2014 roku przez Niemcy mundialu w Brazylii, dostrzeżemy, że w dzisiejszej kadrze występuje jeszcze czterech zawodników z tamtego okresu. Są to: Manuel Neuer, Mats Hummels, Toni Kroos i Thomas Müller. Uważasz, że są to ważne postacie w drużynie Nagelsmanna (zwłaszcza biorąc pod uwagę aspekt przygotowania do wielkiego turnieju młodych zawodników)?

Marcin Borzęcki: Myślę, że to bardzo ważne postacie. Każda drużyna potrzebuje piłkarzy bardzo doświadczonych, którzy dużo widzieli, dużo przeżyli i dużo wygrali. Wprawdzie w niemieckiej prasie mówi się dzisiaj, że Mats Hummels nie zostanie powołany na zbliżający się turniej [w momencie publikacji wiadomo już, że Hummels nie znalazł się w kadrze na EURO, przyp. red.], ale już sama obecność Manuela Neuera, Thomasa Müllera, a może przede wszystkim Toniego Kroosa, powinna sprawić, że ta drużyna będzie miała pewną hierarchię i stabilizację. Poza tym, ci piłkarze po prostu bardzo wiele dają drużynie – Manuel Neuer jest w kadrze oczywistym numerem jeden, jego pozycja jest niepodważalna, Toni Kroos pokazał w meczach towarzyskich, że tak jak bardzo dużo daje Realowi Madryt, tak dużo będzie też dawał reprezentacji Niemiec. Thomas Müller będzie zapewne zawodnikiem wchodzącym z ławki, ale myślę, że z rolą jokera trochę się już zaznajomił w tym sezonie jako zawodnik Bayernu Monachium, więc sądzę, że nie będzie mu to specjalnie przeszkadzać i uwłaczać. Uważam, że tacy piłkarze oczywiście powinni znajdować się w drużynie i będą mieli bardzo dobry wpływ na zespół. W przeszłości w kadrze Niemiec byli też inni zawodnicy, którzy byli wiekowi, wydawało się, że dadzą doświadczenie i dobry wzór w szatni, ale okazywało się, że kiedy trener sadzał ich na ławce, to wprowadzali zamęt i psuli atmosferę, zamiast pomagać drużynie prawidłowo funkcjonować. Ale akurat o wspomnianą trójkę czy czwórkę (chociaż Hummelsa raczej nie będzie) bym się nie martwił. 

„MAGIEL”: Podczas EURO 2024 Niemcy będą mieli przywilej gry przed własną publicznością. Często pojawiasz się w Niemczech jako komentator meczów Bundesligi, więc pewnie obserwujesz, jak wygląda życie w tym kraju i co dzieje się na miesiąc przed rozpoczęciem Mistrzostw Europy. Daje się tam odczuć atmosferę wyczekiwania na wielkie wydarzenie? Czy wspomniany przez Ciebie optymizm kibiców udziela się również ekspertom?

Marcin Borzęcki: W ostatnich latach był duży kryzys. Oglądalność meczów reprezentacji Niemiec spadała, a biorąc pod uwagę możliwości i poprzednie rezultaty, była wręcz dramatyczna. Jednak te dwa mecze towarzyskie, do których bezustannie będę się odwoływał, wzbudziły ogromny entuzjazm również wśród fanów. Kibice gospodarzy już nie mogą się doczekać tego, co się wydarzy na Mistrzostwach Europy. Niemcy, jako naród, który kocha piłkę nożna, szykują się na ten turniej z ogromnym rozmachem. Budowane będą przepotężne i bardzo innowacyjne strefy kibica – w jednym z miast ma się znajdować strefa kibica na wodzie [chodzi o Frankfurt, przyp. red.], Brama Brandenburska w centrum Berlina ma zostać zamieniona w jedną wielką bramkę. Generalnie będzie się działo. Kibice też na pewno dopiszą, zadbają o dobrą atmosferę, bo gdy podróżuje się po tym kraju, to widać, że EURO się zbliża, ludzi zaczyna to nakręcać. Dużą furorę robią też stroje reprezentacji Niemiec wydane przez Adidasa (zarówno domowe, jak i wyjazdowe), schodzą jak ciepłe bułeczki, mimo że są bardzo drogie, kibice chętnie je nabywają. W Niemczech „gorączka” związana z dużym turniejem już trwa i pewnie będzie się nasilała z każdym dniem przybliżającym nas do EURO.

„MAGIEL”: Których drużyn, Twoim zdaniem, możemy się spodziewać w finale.

Marcin Borzęcki: Drabinka turniejowa nie jest jeszcze szczegółowo rozpisana, więc nie chciałbym strzelić jakiegoś faux pas… Typuję Niemców – wydaje mi się, że przejdą suchą stopą przez rozgrywki grupowe, bo są relatywnie proste i będą mogli się jakoś doczołgać do finału. Widzę, że jest szansa, by w finale spotkali się z Francuzami…ale jest jeszcze Portugalia… Niech będzie: Niemcy – Portugalia.

„MAGIEL”: Brzmi ciekawie! Szkoda, że w tej dwójce nie ma Polski, ale chyba ciężko będzie nam awansować z grupy…

Marcin Borzęcki: Starałem się przedstawić w miarę realny scenariusz [śmiech]. Polaków odpuściłem. 

10 lat temu reprezentacja Niemiec zdobyła Mistrzostwo Świata (fot. Agência Brasil)