Piłka w sercu Europy

Reporter Magla wybrał się na ligowy mecz w nietypowym regionie Francji. Co tam widział i co przeżył?

Jak pogodzić lokalną tożsamość klubu piłkarskiego z wymogiem kosmopolityzmu i otwartości na świat – nie tylko w składzie, ale też na trybunach? To z pozoru banalne pytanie staje się realnym wyzwaniem w przypadku zespołów z najwyższej europejskiej półki, szczęśliwych posiadaczy szerokiej i wielonarodowej bazy kibicowskiej. Szczególnego znaczenianabiera ono w miejscach takich jak Strasburg, gdzie lokalna tożsamość bywa ważniejsza od narodowej. Nietrudno domyślić się, że to właśnie lokalny stadion pełni rolę jednego z jej głównych ośrodków w tak futbolowym kraju jak Francja.

Historia i tożsamość

Strasburg to miasto o dwóch obliczach. Z jednej strony o jego ważnej roli w skali całego kontynentu świadczą potężne siedziby Rady Europy i instytucji unijnych, z Europarlamentem na czele. Zaraz obok piętrzą się urzędy z dumnie powiewającą trójkolorową flagą Francji, przypominające, że miasto jest siedzibą regionu administracyjnego Grand Est. Oba skupiska znajdują się w północnej, najbardziej reprezentacyjnej części miasta, pośród pięknych parków i bogatych kamienic. Żadna z tych identyfikacji – ani europejska, ani narodowa – nie pozwala w pełni ująć charakteru Strasburga. Lokalny duch ogniskuje się raczej po przeciwległej, południowej stronie miasta, gdzie nad dzielnicą Meinau góruje stadion o tej samej nazwie, w którym swoją siedzibę ma klub RC Strasbourg Alsace.

Lokalna tożsamość Strasburczyków uwarunkowana jest historią miasta. Leży ono w Alzacji, oryginalnie niemieckim regionie, który od 1681 roku aż pięciokrotnie przechodził z rąk do rąk, aby po drugiej wojnie światowej wrócić pod skrzydła Francji. Skomplikowana historia uczyniła Alzację i Lotaryngię jedynymi regionami Francji ze sporym gronem niemieckojęzycznych mieszkańców, a także zauważalną mniejszością luterańską. I chociaż niespieszno tu nikomu wracać do Niemiec, do lokalnych tradycji i dialektu mieszkańcy odnoszą się z niegasnącym szacunkiem.

Co więcej, wbrew złej sławie, którą owiana jest francuska polityka mniejszościowa, dzieje się to przy wsparciu władz. Uświadamia o tym wizyta na starym mieście, gdzie na każdym rogu znajdziemy alzackie nazwy ulic, a podstawówki promują lekcje dialektu. Przed moim pierwszym meczem Ligue 1 zadawałem sobie jedno proste pytanie: jak bardzo lokalna specyfika wpłynie na wrażenia z meczu?

Piękna katastrofa

Po opuszczeniu zatłoczonego, turystycznego centrum i pięknych europejskich bulwarów wskoczyłem w tramwaj, śpiesząc na główny punkt niedzielnego programu. Spotkało mnie tu przyjemne otrzeźwienie, kiedy widok oszalikowanego tłumu zmierzającego w tym samym kierunku wybił mnie z historyczno-patetycznego zawrotu głowy i przypomniał o tym, czym zwykli ludzie żyją tu i teraz. Zresztą, wieczór na Stade de la Meinau okazał się lekcją lokalnej kultury nie gorszą od czasu spędzonego w cieniu gotyckiej katedry i w urokliwych zaułkach starego miasta.

W ten piękny majowy dzień Racing podejmował u siebie gości z południa – Tuluzę, która przed meczem plasowała się w ligowym zestawieniu o kilka pozycji niżej od gospodarzy. Środek tabeli nie mówił wszystkiego o dyspozycji RC – w tamtym momencie byli przecież jedyną francuską drużyną obok PSG, która biła się o najwyższe zaszczyty w europejskich pucharach. I choć pierwszy półfinał Ligi Konferencji z Rayo Vallecano nie poszedł po ich myśli, liczyli na powtórkę ćwierćfinału z Moguncją, w którym zaliczyli bardzo imponującą remontadę.

Pierwszym, co uderzyło po zajęciu miejsca na trybunach, był dobór piosenek. Niemieckojęzyczne disco było zapewne ukłonem w stronę transgranicznych zgodowiczów z Karlsruhe i Herthy, natomiast nieśmiertelne Football’s Coming Home stanowiło ukłonw stronę ławki trenera Gary’ego O’Neila – jedynego Anglika w Ligue 1 na tym stanowisku. Przed meczem ze wszystkich sektorów stadionu niosło się znane każdemu kibicowi futbolu Allez les Bleus (Naprzód, Niebiescy) – nieprzypadkowo, gdyż to właśnie błękit jest dominującą barwą  herbu Racingu. Klubowy znak przedstawia sylwetkę miejscowej katedry oraz pięknego białego bociana – dwa ważnych symbole miasta i regionu. Barwy klubu uzupełniają biel i czerwień – kolory historycznej flagi Alzacji, czyli po prostu odwróconej flagi Polski.

O’Neil stanął na wysokości zadania i w dniu Święta Trzeciego Maja nie zawahał się wystawić w podstawowym składzie Maxiego Oyedele. Polak odwdzięczył się strasburskiej publiczności kilkoma efektownymi zagraniami i utrzymywał dobry poziom gry na przestrzeni całego meczu. Nieco bardziej kontrowersyjne okazały się inne wybory szkoleniowca. Jako że półfinał europejskich pucharów nie zdarza się po francuskiej stronie Renu codziennie, przez większość meczu trener zdecydował się dać  odpocząć kilku kluczowym piłkarzom i w tym upatrywać trzeba źródła marazmu w grze Alzatczyków. Nie zwiastowała go jeszcze pierwsza połowa, kiedy momentami gra gospodarzy wyglądała całkiem dobrze, a miejscowych kibiców w 26 minucie uszczęśliwił precyzyjnym strzałem Sam Amo-Ameyaw. Licznik decybeli zamontowany na tym pokaźnymstadionie osiągał wtedy niebotyczne wskazania, a po kilkukrotnym wykrzyczeniu nazwiska młodego Anglika publika nawiązała ze spikerem charakterystyczny dialog: MerciVoilà (Dziękuję – Proszę).

Niestety, dla Les Bleu et Blanc (Biało-Niebiescy) był to ostatni tak szczęśliwy moment tego niedzielnego wieczora. Przed samą przerwą Dayann Methalie trafił z kontrataku, zdobywając tym samym gola dla stolicy Oksytanii , a pod koniec drugiej połowy wynik na 2:1 ustalił rezerwowy Brazylijczyk Emersonn. Co więcej, nawet wprowadzenie na boisko podstawowych zawodników Racingu nie poprawiło jakości gry, jakby myślami byli oni już przy czwartku, kiedy na tym stadionie odrabiać mieli jednobramkową stratę w meczu Ligi Konferencji. Odnotować trzeba przy tym dobre interwencje bramkarza Pendersa, zrywy Diego Moreiry i niezliczone szaleńcze akcje gospodarzy w końcowych minutach, w których więcej było jednak serca niż rozumu.

Czym żyją trybuny

Atmosfera na stadionie była na tyle żywiołowa, że nawet mimo braku sukcesu boiskowego wieczór zaliczyć trzeba do udanych. Strasburscy ultrasi na trybunie zachodniej obudzili się dość późno, bo dopiero w 15 minucie meczu, ale od tego momentu uprzyjemniali widowisko wyjątkowo melodyjnymi, wpadającymi w ucho przyśpiewkami, motywując drużynę nawet w najgorszych momentach. Reszta fanów udowodniła natomiast, że zasługuje na reputację wiernych, ale wymagających. Nierzadko można było usłyszeć zasłużone gwizdy niezadowolenia, a nawet ironiczne brawa w momentach zbyt zachowawczej gry ukochanej drużyny. Z drugiej strony, jak na skalę niekompetencji piłkarzy, sympatycy sprawiali wrażenie wręcz wyrozumiałych, jakby mieli świadomość, że w tym sezonie krajowa liga wyjątkowo nie jest priorytetem klubu.

Dodatkową atrakcją meczu był piękny widok na centrum miasta, rozciągający się z najwyższych rzędów trybuny południowej – aż chciało się sobie podziękować za intuicyjny  wybór akurat tych miejsc. Panorama ta pozwoliła też należycie ocenić ogrom samego stadionu – z ponad 32000 miejsc zajęte były tego wieczoru niemalże wszystkie. Wracając na chwilę do wątków patriotycznych, ten datowany na 1906 rok obiekt był w swojej długiej historii świadkiem przynajmniej dwóch ważnych dla Polaków wydarzeń – słynnego meczu Brazylia-Polska (6:5) w naszym mundialowym debiucie w 1938 roku oraz mszy Jana Pawła II w 1988.

Żeby przypomnieć sobie, w jakim mieście się znajduję, nie musiałem wcale wytężać wzroku aż po horyzont. Rzut oka na kulturę kibicowską Alzatczyków potwierdził, że tożsamość klubu czerpie garściami z wyjątkowości samego miasta i regionu (warto przypomnieć, że oficjalna nazwa klubu zawiera człon Alsace), a flaga z napisem Pour un Racing independent, populaire et different (Dla Racingu niezależnego, ludowego i odmiennego) na trybunie ultrasów nie znalazła się tam przypadkowo. Świadczyły o tym nawet detale, takie jak wspomniany już wybór muzyki, który we francuskim radiu z pewnością nie spełniałby wymogów dotyczących ustawowej kwoty rodzimych wykonawców. Tym, co dużo bardziej rzucało się w oczy, było natomiast egzotyczne, krótkie acz treściwe hasło Jetzt geht’s los (Jedziemy), które zagrzewało piłkarzy do boju na wszystkich ekranach świetlnych, a dodatkowo zdobiło dużą część klubowych gadżetów w fanshopie. O specyficznej tożsamości klubu świadczyło hasło Nous sommes européens (Jesteśmy Europejczykami) oraz klubowe kufle przypominające, że jesteśmy w najbardziej piwnej części Francji. 

Tak jak w wielu miejscach na świecie, również na Stade de la Meinau o lokalnej specyfice świadczy gastronomia. Na stadionowych stoiskach królowały alzackie placki, zwane po niemiecku Flammkuchen, a po francusku tarte flambée, które popularnością biły na głowę wszystkie hot dogi, kanapki czy frytki. Doskonałym symbolem tego mariażu globalizacji i lokalności jest pewna osobliwość architektoniczna – zaraz obok stadionu, w starej alzackiej chacie mieści się jeden z najbardziej stylowych McDonaldów na świecie – sieć jest zresztą sponsorem tytularnym Ligue 1. Po długim spacerze po mateczniku bazy kibicowskiej RC, czyli okolicznych blokowiskach, przytulonych do wielkiej strefy przemysłowej w południowej części miasta, uświadomiłem sobie, jak duża część widzów pozostawała na stadionie po zakończeniu meczu. Nawet niekorzystny wynik meczu nie przeszkadzał im w czerpaniu radości ze zwykłego spotkania w gronie znajomych przy lokalnych przysmakach. Jak widać, piłka potrafi nie tylko łączyć narody, ale też spajać społeczności, które same w sobie są już dobrze zintegrowane.

*** 

Puenta tej historii jest jednak mniej oczywista, niż mogłoby się wydawać. Od 2023 roku RC Strasbourg jest własnością amerykańskiego konsorcjum BlueCo, do którego od 2022 roku należy też Chelsea. Przynależność do firmy zaowocowała dla Strasburga w tym sezonie półfinałem Ligi Konferencji, a więc największym sukcesem w europejskiej piłce od wielu lat. Awans klubu do tych rozgrywek był zasługą poprzedniego trenera, Liama Roseniora, który w zeszłym roku doprowadził drużynę do wysokiego, 7. miejsca Ligue 1. Rosenior nie zagrzał jednak długo miejsca w Alzacji – na początku roku przeniósł się nigdzie indziej, jak właśnie do Chelsea, zgodnie z modelem zarządzania wieloklubowego. Obecnie liczne grupy fanów ze Strasburga nie wahają się nazywać RC satelitą klubu z Londynu. Z pewnością poczucie zależności będzie łagodzone dobrymi wynikami, zwłaszcza europejskimi, tego dawnego ligowego średniaka i jednokrotnego mistrza Francji. Jak ma się to jednak do lokalnej tożsamości i dumy kibiców z robotniczych dzielnic Strasburga, czyli rodzinnego miasta wielkiego Arsène’a Wengera? Prędzej czy później mogą oni uznać, że taki rodzaj kosmopolityzmu tu nie pasuje, nawet przy całej odrębności Alzacji od reszty Francji, a może właśnie ze względu na nią. Wszystko to pokazuje, jak realne jest wyjściowe pytanie o tożsamość klubu i wskazuje kontekst, bez którego taka dyskusja w Strasburgu nie może się odbyć – dyskusja, która tamtego wieczoru trwała do późna pod niejedną stadionową budką i w niejednym piwnym ogródku.