Od LA do LA: Dlaczego nikt nie chce organizować igrzysk olimpijskich?

„Gospodarz igrzysk olimpijskich” – to brzmi dumnie. W takim razie, dlaczego kandydatów do organizowania tej imprezy jest coraz mniej?

Od LA do LA: Dlaczego nikt nie chce organizować igrzysk olimpijskich?

„Gospodarz igrzysk olimpijskich” – to brzmi dumnie. W takim razie, dlaczego kandydatów do organizowania tej imprezy jest coraz mniej?

Autor: Bartosz Przywara

Mimo ogromnego prestiżu igrzysk olimpijskich, coraz mniej miast ubiega się o ich organizację. Kulisy tego problematycznego wyzwania zmuszają Międzynarodowy Komitet Olimpijski do zmiany strategii, albowiem organizacja olimpiady staje się dziś bardziej kosztowna i ryzykowna niż kiedykolwiek.

Wrzesień 2017 r. na zawsze przeszedł do historii ruchu olimpijskiego. Międzynarodowy Komitet Olimpijski (MKOl) miał wówczas wybrać gospodarza igrzysk w 2024 r. Problem w tym, że zainteresowanie organizowaniem imprezy było mizerne. Po wycofaniu kandydatury Rzymu, Hamburga, Bostonu i Budapesztu, na stole pozostały już tylko oferty Paryża i Los Angeles. Na 131. sesji MKOl-u w Limie podjęto decyzję o tyle przełomową, że zdecydowano się na jednoczesny wybór gospodarzy Igrzysk Olimpijskich w 2024 i 2028 r. Doszło jednak do pewnego kompromisu i ostatecznie to stolica Francji została jedynym kandydatem do organizowania zawodów w 2024 r. Był to zamierzony wynik porozumienia z kandydaturą z Los Angeles, które w zamian za rezygnację z ubiegania się o ten termin igrzysk, zostało tego samego dnia wybrane organizatorem igrzysk olimpijskich w 2028 r. Działanie to było przede wszystkim podyktowane strachem MKOl-u, że wyeliminowanie jednej bardzo dobrej kandydatury może spowodować brak zainteresowania do goszczenia sportowców z całego świata przy okazji kolejnych igrzysk. Dlatego też postanowiono od razu zapewnić gospodarzy dwóm kolejnym edycjom.

Trudno nie dostrzec logiki w tym działaniu. Spadek zainteresowania chęcią organizacji kolejnych igrzysk był zauważalny już na etapie przygotowywania XXXVIII edycji w 2004 r. Wtedy zainteresowane igrzyskami było 12 miast. Na IO w 2008 r. było chętnych już tylko 10 miast, na IO 2012 – 9, na IO 2016 – 7, na IO 2020 – 5. Tendencja spadkowa jest aż nadto widoczna. Gospodarz edycji w 2032 r. został wybrany za zamkniętymi drzwiami. Jest to oczywiście wersja oficjalna, bo w praktyce australijskie miasto Brisbane nie miało żadnego kontrkandydata. To nasuwa pytanie, dlaczego nikt nie chce organizować igrzysk olimpijskich

Aby poznać odpowiedź na to pytanie, trzeba cofnąć się do roku 1984, kiedy to igrzyska jako wydarzenie sportowe stały przed bardzo podobnym wyzwaniem.

Kukułcze jajo

Nikt nie chciał organizować igrzysk w roku 1984. Było to spowodowane głównie zawirowaniami, jakie towarzyszyły poprzednim edycjom. Podczas igrzysk w Meksyku w 1968 r. doszło do poważnych protestów i zamieszek o charakterze politycznym. W Monachium w 1972 r. terroryści zabili 11 izraelskich sportowców. Z kolei korupcja i nieścisłości finansowe spowodowały, że igrzyska w Montrealu, organizowane w 1976 r., 13 krotnie przekroczyły swój budżet. Na igrzyska w Moskwie nie przyjechała połowa demokratycznego świata. Tym samym ich organizacja zaczęła się jawić jako niebezpieczna z punktu widzenia finansowego, politycznego i samego bezpieczeństwa. Niechciane igrzyska, niczym kukułcze jajo, trafiły w końcu do stolicy przemysłu filmowego –  Los Angeles. Oferta, która wpłynęła do MKOl-u zawierała w zasadzie tylko jeden warunek – igrzyska nie mogą dużo kosztować. Ostatecznie została zaakceptowana i tym samym MKOl uchronił się przed kompromitacją, a sama decyzja ostatecznie okazała się strzałem w dziesiątkę.

Igrzyska w Los Angeles miały przede wszystkim korzystać z dostępnej infrastruktury, która już znajdowała się w mieście lub na jego obrzeżach. Tym samym, zamiast budować nowe kolosalne obiekty, władze miasta wykorzystały te istniejące, m.in. LA Coliseum, Forum, UCLA Gymnastic and Tennis Center. Obiekty sportowe, które musiały powstać na czas imprezy zostały zbudowane z funduszy sponsorów igrzysk. Tak na przykład firma McDonald’s zbudowała wielki kompleks basenów olimpijskich. Sami sportowcy mieszkali w istniejących już akademikach. Po raz pierwszy również organizacja takiej imprezy została powierzona w pełni prywatnej spółce. Na czele Komitetu Organizacyjnego Igrzysk w Los Angeles stanął Peter Ueberroth, właściciel firmy turystycznej. Już sam ten wybór na kierownicze stanowisko symbolizował zupełnie nowe i świeże podejście do organizacji igrzysk, które zdecydowanie się opłaciło. W przeliczeniu na obecne dolary, ich całkowity koszt wyniósł około 1 mld, przy jednoczesnym osiągnięciu zysku na poziomie 235 mln. Wydawać się mogło, że igrzyska zorganizowane w USA stały się modelem, który inne miasta powinny wykorzystać i ewentualnie dostosować do swoich potrzeb. Tak się jednak nie stało, a rozwiązanie jednego problemu zaczęło tworzyć kolejny, znacznie większy.

Powrót do rzeczywistości

Sukces igrzysk w LA ponownie zachęcił inne miasta, aby starać się o organizację kolejnych edycji. Jednak większe zainteresowanie spowodowało, że MKOl zaczął być coraz bardziej wymagający w stosunku do potencjalnych kandydatur. Wraz z upływem lat, igrzyska stały się skomercjalizowanym produktem. Razem z rosnącą liczbą dyscyplin olimpijskich, zaczęła zwiększać się liczba sportowców, którym trzeba było zapewnić nocleg oraz miejsce do trenowania i rywalizowania na najwyższym możliwym poziomie. Jedynym sposobem, aby to zrobić, było uatrakcyjnienie ofert właśnie poprzez obietnice budowy nowej infrastruktury. Musiały one zostać spełnione, a to generowało astronomiczne wręcz koszty. Mocno przekonała się o tym Grecja, w przypadku której duże wydatki właśnie na igrzyska dołożyły swoją cegiełkę do olbrzymiego kryzysu. Kosztowna jest również sama kampania promocyjna, mająca na celu wywalczenie prawa do organizowania igrzysk. Amerykańskie miasto Chicago na starania o goszczenie największej imprezy czterolecia wydało ponad 100 mln dolarów, a ostatecznie i tak przegrało z Rio de Janeiro. Igrzyska z roku na rok stawały się coraz droższym przedsięwzięciem. Tym samym powrócono do sytuacji, w której stały się bardziej kosztowne niż opłacalne.

Problem „białych słoni”

Profesor ekonomii Andrew Zimbalist jest specjalistą w zakresie finansowej strony wielkich wydarzeń sportowych, takich jak igrzyska olimpijskie. W swojej książce Circus Maximus: The Economic Gamble Behind Hosting the Olympics and the World Cup pisał: Igrzyska zawsze sprawiały, że dane miasto było widoczne na mapie świata, dopiero później okazywało się to nieprawdą.

Już pierwsze dane zebrane podczas tegorocznych igrzysk w Paryżu pokazują, że turyści omijali w ich trakcie stolicę Francji, o czym bardzo dotkliwie przekonał się narodowy przewoźnik lotniczy Air France, notując straty na poziomie 200 mln dolarów. Podobna sytuacja miała miejsce podczas igrzysk w Londynie, gdzie także odnotowano spadek liczby odwiedzających. Również Seul, Atlanta oraz Sydney ugościły mniejszą liczbę turystów. Zwroty ze sprzedaży biletów czy praw telewizyjnych pokrywały tylko część kosztów włożonych w organizację imprezy.

W ostatnich 24 latach każde rozgrywane igrzyska, zarówno letnie, jak i zimowe, wielokrotnie przekroczyły swój budżet. Na przykład na IO w Soczi rosyjski rząd wydał ponad 51 mld dolarów. W 2007 r., kiedy rosyjskie miasto pokonało austriacki Salzburg i koreański Pjongczang w walce o organizację igrzysk, szacowano, że całkowity koszt wyniesie 12 mld dolarów. Jednak w ciągu pięciu lat budżet ten został niemal pięciokrotnie przekroczony. Dlatego też wydaje się, że miasta, które mogą poszczycić się mianem gospodarza igrzysk można podzielić na dwie grupy. Pierwszą stanowią miasta takie jak Pekin, Soczi czy Rio de Janeiro. Władze państw, w których znajdują się wspomniane wyżej metropolie, zupełnie nie przejmowały się finansami. Były w stanie wyłożyć każde pieniądze, aby zaprezentować światu swoją wielkość właśnie podczas igrzysk. Władze Pekinu wybudowały wielki stadion olimpijski, mogący pomieścić aż 90 tys. ludzi. Po igrzyskach miał służyć lokalnej drużynie piłkarskiej. Tyle że obecnie kibice zapełniają jedynie 11 proc. pojemności stadionu, a żeby utrzymać cały obiekt trzeba wydać aż 10 mln dolarów rocznie. W Rosji jedna z wielkich inwestycji kolejowych, zrealizowana specjalnie na potrzeby zimowych igrzysk w Soczi, po latach okazała się całkowitą porażką, zwłaszcza pod względem finansowym. Właściwie każda inwestycja zrealizowana na potrzeby „olimpijskiego kaprysu Putina” wielokrotnie przekroczyła swój budżet. Przykładem jest budowa kompleksu skoczni narciarskich Russkije Gorki, która pochłonęła 265 mln dolarów, czyli sześć razy więcej niż pierwotnie zakładano. Podobnie stadion olimpijski Fiszt kosztował aż siedem razy więcej niż pierwotnie wyceniano, ostatecznie osiągając kwotę 750 mln dolarów. Obiekt został wybudowany wyłącznie na potrzeby ceremonii otwarcia i zamknięcia igrzysk, ponieważ nie odbyły się na nim żadne zawody sportowe. Dodatkowe środki pochłonęła także modernizacja stadionu na potrzeby mistrzostw świata w piłce nożnej w 2018 r.

Rio de Janeiro w 2014 r. było jednym z miast goszczących piłkarski mundial, a już 2 lata później musiało stanąć przed wyzwaniem zorganizowania igrzysk. Dość szybko zbudowano tam wiele aren sportowych mających być miejscem zmagań sportowców z całego świata. Nie pomyślano jednak, co zrobić z nimi w przyszłości. Dlatego też większość z nich stoi pusta, a część z nich stała się prawdziwą ruiną. Właśnie takie sportowe nieużytki nazywane są „białymi słoniami” (white elephants). To one są prawdziwą zmorą miast w latach następujących po zakończeniu olimpiady. W procesie przygotowywania igrzysk brakuje przede wszystkim planowania długoterminowego, myśli się bardzo krótkowzrocznie. Dzieje się tak ze szkodą głównie dla mieszkańców poszczególnych miast, przy okazji marnując ogromne kwoty pieniędzy. Chociażby w Rio de Janeiro, zamiast budować zupełnie nieużywaną infrastrukturę sportową, można by przeznaczyć środki finansowe na poprawę warunków życiowych w fawelach lub na rozwój brazylijskiego interioru.

Wydaje się, że rozwiązanie znalazły miasta, które można zaliczyć do drugiej grupy. Takie metropolie jak Londyn czy Paryż starały się, aby pieniądze wydane na organizację igrzysk przysłużyły się ludności lokalnej i były wydane na cele społecznie korzystne. Władze Paryża specjalnie na igrzyska zrewitalizowały Grand Palais, gdzie odbywały się zawody w szermierce. Zamiast permanentnych obiektów sportowych, budowano je w postaci tymczasowej, często z dostawianymi trybunami. Tak zrodził się pomysł, aby boiska do siatkówki plażowej zbudować na Polach Marsowych, tuż przy samej wieży Eiffla. To spowodowało, że sam Paryż nie wydał na igrzyska tyle, ile jego poprzednicy, w głównej mierze dlatego, że postanowiono wykorzystać istniejące już obiekty sportowe. Igrzyska w Londynie również uchodzą za wzór w kwestii organizacji dużych wydarzeń sportowych, głównie za sprawą stworzenia Queen Elizabeth Olympic Park. Zasadniczą ideą przyświecającą utworzeniu parku była rewitalizacja zaniedbanych londyńskich nieużytków w północno-wschodniej części miasta. Władze Londynu zbudowały olbrzymi park z centrum sportów wodnych, kortami tenisowymi i Veloparkiem (areną zawodów kolarskich). Całość uświetnił olbrzymi stadion olimpijski zaprojektowany specjalnie z myślą o igrzyskach, który, co warto nadmienić, wcale nie stoi pusty. W 2017 r. był areną lekkoatletycznych mistrzostw świata, a od sezonu 2016/2017 jest siedzibą klubu piłkarskiego West Ham United. Pomimo faktu, że stadion w Londynie był o wiele bardziej kosztowny niż jego odpowiednik w Pekinie, władze stolicy Anglii znacznie lepiej poradziły sobie z jego zagospodarowaniem po igrzyskach. Było to spowodowane wyższym poziomem rozwoju społecznego oraz zakorzenioną kulturą sportową właśnie w takich państwach jak Francja i Wielka Brytania. Angielska liga piłki nożnej jest o wiele lepiej rozwinięta niż chińska. Dlatego po igrzyskach nie było żadnego problemu z wypełnieniem 60-tysięcznego stadionu. Brazylia czy Chiny nadal będą miały problemy z „białymi słoniami”, dopóki nie osiągną jakości życia zbliżonej do krajów Zachodu.

I co dalej?

MKOl zdaje sobie sprawę, że USA, Wielka Brytania czy Francja nie będą wiecznie organizować igrzysk, a to zadanie wkrótce przypadnie krajom, które ciągle się rozwijają i cały czas próbują dogonić mityczny Zachód.

Andrew Zimbalist wskazuje sposób na trwałe rozwiązanie problemu kosztownych i nierentownych igrzysk. Sugeruje, że wcześniej czy później trzeba będzie podjąć rozmowy o stałym miejscu ich rozgrywania. Wśród propozycji pada Grecja, jako miejsce narodzin idei olimpijskiej, lub Los Angeles, z racji bardzo dobrze rozwiniętej infrastruktury sportowej. Na razie jest to jednak tylko luźna koncepcja. Wśród obecnych działań MKOl-u można dostrzec pewne próby poprawy sytuacji. Nie jest on już tak krytyczny w stosunku do ofert miasta-gospodarza. Pozwala, a nawet zaleca, aby nie wszystkie obiekty sportowe znajdowały się tylko w jednym mieście, a były rozrzucone po całym kraju. Sprzyja również takim inicjatywom, jak ta w Londynie, gdzie odpowiednio zagospodarowano stare nieużytki i stanowczo sprzeciwia się chociażby temu, co zaszło w Pjongczangu w 2018 r. Zbudowanie kompleksu aren i skoczni narciarskich zrujnowało górski krajobraz oraz poważnie zagroziło tamtejszym gatunkom roślin i zwierząt. W przypadku igrzysk zimowych Komitet zgodził się również, aby impreza w roku 2026 była organizowana przez dwa miasta jednocześnie – Mediolan oraz Cortina d’Ampezzo.

Igrzyska zimowe zmagają się z zupełnie innymi problemami, albowiem na skutek zmian klimatycznych niewiele miast dysponuje właściwą temperaturą do utrzymania pokrywy śnieżnej o odpowiedniej grubości. Dlatego też igrzyska w 2034 r. już po raz drugi w tym wieku zawitają do amerykańskiego Salt Lake City.

Trudno przewidywać, że igrzyska olimpijskie znowu będą imprezą tak pożądaną przez różne miasta na świecie. Na razie wydaje się, że MKOl nie powinien mieć ogromnego problemu z obsadzaniem gospodarzy kolejnych igrzysk, przynajmniej tych letnich. Na horyzoncie widnieją kandydatury miast Kataru i Arabii Saudyjskiej. Ich sukcesy w organizacji różnych wydarzeń sportowych, zwłaszcza tych piłkarskich, sugerują, że wcześniej czy później igrzyska zawitają nad Zatokę Perską.

Kwestią czasu są również igrzyska w Afryce lub w dawnych krajach komunistycznych. Budapeszt już podjął rękawicę, choć bezskutecznie. Ostatnio ambicje zorganizowania igrzysk zgłosiła również Polska. Są to jednak tylko dywagacje. Droga od bycia kandydatem do stania się pełnoprawnym gospodarzem jest długa i wyboista.

Zorganizowanie igrzysk to duże przedsięwzięcie, które wymaga odpowiedniego planowania nawet w perspektywie 10 czy 15 lat. Ponadto widmo konieczności poniesienia ogromnych kosztów skutecznie odstrasza potencjalnych kandydatów. Dlatego MKOl musi wszcząć poważne kroki, aby znowu rozbudzić zainteresowanie organizacją igrzysk. Może przełomem będą zawody w Los Angeles, które według organizatorów mają być bardzo „budżetowe”. I tak jak Igrzyska LA 1984 zmieniły historię całej imprezy, tak i podczas igrzysk LA 2028 znów może się tak stać. Wówczas cała historia zatoczy koło.