Czy Anglia odnajduje swą chwałę?

Książce Paula Haywarda o reprezentacji Anglii i występowi Synów Albionu na EURO 2024 przygląda się Michał Wrzosek.

Czy Anglia odnajduje swą chwałę?

Książce Paula Haywarda o reprezentacji Anglii i występowi Synów Albionu na EURO 2024 przygląda się Michał Wrzosek.

Tekst: Michał Wrzosek

Niecały miesiąc przed rozpoczęciem EURO 2024 nakładem wydawnictwa Sine Qua Non ukazało się polskie tłumaczenie W poszukiwaniu zaginionej chwały. Historia reprezentacji Anglii 1872-2022 Paula Haywarda. Turniej w Niemczech zakończył się dla podopiecznych Garetha Southgate’a srebrnym medalem. Jak ten wynik wpisał się w dzieje drużyny opisane przez dziennikarza?

W poszukiwaniu zaginionej chwały w oryginale ma znacznie krótszy tytuł – England Football: The Biography. Oba z nich dużo mówią o książce. Nazywanie jej „biografią” ma sens, ponieważ Hayward opisuje żywy organizm – jedną z najważniejszych niepolitycznych instytucji w Anglii, posiadającą liczne twarze, duszę, przekraczającą sumę swoich części składowych. Ważna jest również „zaginiona chwała”. Hayward raz wprost, raz nie wprost zadaje pytania o to, w jakim stopniu o tej chwale możemy w ogóle mówić. 

O słowie

W poszukiwaniu zaginionej chwały opowiada historię angielskiej drużyny piłkarskiej poprzez urywki – opisy ważnych postaci, turniejów, postaw. Rozpoczyna od często zapomnianych pionierów międzynarodowych rozgrywek, następnie porusza temat reprezentantów, którzy stracili życie podczas I wojny światowej. Ukazuje fałszywość hasła nie mieszajmy futbolu z polityką na podstawie niezbyt chlubnych dla Anglików lat 30., by potem przedstawić prowadzący do największego triumfu w 1966 r. okres powojennej odbudowy kraju i biorących w nim udział wręcz socrealistycznych (słowo zostało użyte w książce!) herosów. Zorganizowany i zwyciężony przez Anglię mundial jest punktem kulminacyjnym opowieści – zarówno jej błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Po triumfie Hayward prowadzi czytelnika przez chude, lecz hedonistyczne lata 70., pełne chuligańskich ekscesów lata 80., napawające optymizmem lata 90., czasy niedosytu złotego pokolenia lat 2000., aż do następującej po klęskach przełomu dekad ery Southgate’a. Choć W poszukiwaniu zaginionej chwały w założeniu opisuje jedynie dzieje reprezentacji piłkarskiej mężczyzn, nie ucieka od kontekstów, zarówno tych czysto sportowych, jak i społecznych. W tle przewija się postępująca profesjonalizacja i komercjalizacja sportu, jego upowszechnienie poza Wielką Brytanią, liczne zmiany stylów taktycznych i przepisów. Hayward przeplata boiskowe wydarzenia refleksjami na tematy klasowe czy, w dalszych rozdziałach, rasowe. W poszukiwaniu zaginionej chwały jest w dużej mierze pozycją o narodowych wadach Anglików – zarozumiałości i poczuciu wyższości. Wielokrotnie dzieje angielskiego futbolu weryfikowały jego potęgę, a liczne drużyny, zamiast uznawać samonadaną wielkość Brytyjczyków, pokazywały bez skrupułów, że król jest nagi.

W poszukiwaniu zaginionej chwały obejmuje historię 150 lat angielskiego futbolu, nie jest w stanie zatem opowiedzieć wszystkiego. Skupia się na postaciach Paula Gascoigne’a, Sir Alfa Ramseya, Duncana Edwardsa czy Viva Andersona, pomija za to wątek EURO 1968, na którym Anglia zdobyła brązowy medal. Choć nie jest opowieścią czysto piłkarską, jest pozycją dla osób interesujących się piłką nożną. Laicy mogą czuć się zagubieni pośród licznych odwołań do ważnych postaci i zdarzeń z historii sportu. Pewną przeszkodą w odbiorze może być również dość gęsty, wielowątkowy styl narracji. Hayward zazwyczaj na początku rozdziału wprowadza kilka tematów, następnie rozwija je, wplatając liczne szczegóły, konteksty i myśli pretendujące do aforyzmu. Są fragmenty bardzo mocne, wręcz porywające – historię mundialu ‘66 można czytać z wypiekami na twarzy, nawet gdy zna się wynik. Są także fragmenty, w których można się szczerze pogubić (najgorszymi winowajcami pod tym względem są rozdziały 8 i 9, dotyczące lat po II wojnie światowej).

W piłce nożnej nie ma jednak punktów za styl. Liczy się to, kto strzeli więcej bramek. Jeśli w tej przenośni za bramki uznamy zawartość merytoryczną książki, to W poszukiwaniu zaginionej chwały jest zdecydowanym zwycięzcą. Paul Hayward zapracował na ten sukces zarówno skrupulatnym przeglądaniem archiwów oraz literatury, jak i rzetelną pracą dziennikarską.

O czynie

Jaką recenzję wystawić występowi Anglii podczas EURO 2024? Czy potraktować go jako osobne dzieło, czy jedynie rozdział czegoś większego? Lwy Southgate’a nie popisały się stylem. To jedna z najpowszechniejszych refleksji na temat tego turnieju. W niektórych momentach fazy grupowej nic nie zdawało się działać, jak trzeba. Robi się to szczególnie rażące, gdy zestawi się grę Anglików z ich potencjałem jednostkowym. Fakty są jednak takie, że zdobyli drugi z rzędu srebrny medal na mistrzostwach Europy, ulegając jedynie świetnej przez cały turniej Hiszpanii. Jakie wyciągnąć z tego wnioski?

Transformacja reprezentacji Anglii, ale też jej relacji z angielskim społeczeństwem, była jednym z głównych celów kadencji Southgate’a. Można ją pod tym kątem uznać za sukces, lub też przynajmniej  bardzo duży krok w dobrą stronę. Anglia w pewien sposób uczy się przegrywać. Nagłówki na pierwszych stronach gazet dzień po finałowej porażce, na których EURO dzieliło przestrzeń z zamachem na Donalda Trumpa, odzwierciedliły panujący od pewnego czasu trend. Wyrażały raczej smutek niż złość czy drwinę, a konserwatywny tabloid „The Daily Express” napisał wręcz: Three Lions, you did us proud. 

Przed turniejem nikt o zdrowych zmysłach nie uznałby srebrnego medalu dla Anglii za sukces, a jeśli robi to teraz, to dlatego, że wróżył im odpadnięcie najdalej w ćwierćfinale – zresztą nie bezpodstawnie. Southgate’owska formuła zdawała się być na wyczerpaniu, a Trzy Lwy ratowało wyjątkowe szczęście – korzystne losowanie grupy składającej się z najbardziej anemicznego zestawienia drużyn na tym Euro, korzystna drabinka, gorsze przygotowanie kondycyjne Słowaków czy (słuszny, choć graniczny) karny w meczu z Holandią przyznany po analizie VAR. Szczęścia było więcej niż rozumu, ale ten drugi pojawiał się w odpowiednich momentach – szczególnie podczas serii rzutów karnych przeciwko Szwajcarii, czy wtedy, gdy na ratunek przybywał Jude Bellingham bądź Cole Palmer. Można to uznać za odwrócenie losu w stosunku do lat 2000., gdy w kluczowych momentach to właśnie szczęście umykało i pojawiali się silni przeciwnicy w dobrej formie, głupie zachowania czy kontuzje. Koniec końców wynik turnieju i decyzja selekcjonera o zejściu ze sceny mogły przynieść ulgę i, mimo wszystko, optymizm dla Anglików. Kadra z 2024 r. nie została zwycięzcą, lecz angielska autoterapia nadal trwa.

O słowie i o czynie

Bo przecież era Southgate’a była projektem na wskroś angielskim. Choć menedżer nie korzystał z niesławnego 4-4-2, a także preferował rozgrywanie piłki nad długimi podaniami, to wciąż oglądaliśmy drużynę prezentującą defensywny, zachowawczy futbol, w dużej mierze oparty na sile fizycznej. Czy mamy próbować kopiować jakiś inny zespół, czy jednak połączyć siłę fizyczną naszych piłkarzy z ich kompetencjami technicznymi – skomentował ten temat zacytowany we W poszukiwaniu… klasyczny, angielski dżentelmen i patriota z ławki trenerskiej. Garethowi Southgate’owi zostało powierzone realizowane od dłuższego czasu zadanie, którego symptomami były choćby budowa St. George’s Park czy wdrożenie strategii England DNA. Były menedżer Middlesbrough został twarzą poszukiwań nowego wyrazu angielskości poprzez piłkę nożną – bez wyższości, zarozumiałości, ksenofobii i roszczeniowości. Nie udało mu się w tym procesie osiągnąć najważniejszego – przywieźć do domu trofeum. Ani on, ani żadna z jego drużyn nie zostaną zapamiętani jako zwycięzcy. Czy mimo wszystko można powiedzieć, że era Southgate’a była dla Anglii krokiem naprzód również sportowo? Nurtującą kwestią w trakcie lektury W poszukiwaniu… jest to, czy Anglię aby na pewno można zaliczać do europejskich i światowych potęg piłkarskich. Drużyna stawiająca przez długi czas Home Championship ponad rozgrywkami przeciwko drużynom spoza Wysp Brytyjskich sprawiała wrażenie branej za takową na słowo. Za jedyne potwierdzenie tego stanu rzeczy mogła brać sukcesy z drugiej połowy lat 60.. Dorobek medalowy Anglików jest skromny, lecz powiększył się właśnie dzięki Garethowi Southgate’owi. To dość wymowne, gdy do pocztu największych menedżerów w historii drużyny trafia człowiek, który otarł się o złoto, przegrywając je w karnych (dwukrotnie, jeśli doliczymy jego karierę piłkarską i trochę pofantazjujemy). Pragnienie triumfu wśród angielskich kibiców i piłkarzy jest w pełni zrozumiałe, ponieważ jest on w zasięgu. Na pewno Anglicy chcieliby być jak wielokrotnie ozłoceni Hiszpanie, którym ulegli 14 lipca. Jednak wygląda na to, że coraz lepiej zdają sobie sprawę z tego, że bycie piłkarską potęgą łączy się też z wielokrotnymi srebrami i brązami, i porażkami na ostatniej prostej. W końcu nikt nie przegrał tylu finałów, co Niemcy.