Religia religii nierówna?

O religiach, o których na pewno nie usłyszeliście podczas lekcji religii w szkole.

Tekst: Maria Jaworska-Cierniak

Jeśli zapytać kogoś o najbardziej niedorzeczne wyznanie w Polsce, zapewne wiele osób wymieniłoby Kościół Latającego Potwora Spaghetti. Jednak to w innych krajach, wśród których prym wiodą Stany Zjednoczone, kreatywność ludzi w tworzeniu nowych, coraz bardziej zaskakujących „religii” nie zna granic.

Pod koniec września zostały opublikowane ostateczne wyniki spisu powszechnego z 2021 r. Jeśli chodzi o religię, raczej nie było tam niespodzianek. Głównym wyznaniem pozostaje katolicyzm (choć z dużym spadkiem w porównaniu do poprzedniego badania), daleko za nim plasują się głównie inne wyznania chrześcijańskie, islam czy buddyzm. Jedyna rzecz, która może przykuwać uwagę, to pastafarianizm – zadeklarowany jako wyznawana religia przez 2312 osób. Pastafarianie, czyli wyznawcy Kościoła Latającego Potwora Spaghetti, to jedyna nietypowa grupa „religijna”, jaka uwidoczniła się w badaniu.

Bracia i Siostry w Makaronie

Skoro jednak wspomnieliśmy już o pastafarianach, zacznijmy od krótkiej charakterystyki tej – mimo wszystko dość mocno rozpoznawalnej – grupy. Jej początek sięga roku 2005. Dzięki internetowi w krótkim czasie miała okazję dotrzeć do świadomości wielu osób. Zaczęło się od sporu dotyczącego tematu kontrowersyjnego, czyli edukacji. W stanie Kansas w USA toczyła się debata, czy obok teorii ewolucji należałoby uczyć w szkołach koncepcji inteligentnego projektu, czyli w domyśle stworzenia świata przez Boga czy też inny „ponadinteligentny” byt.

Nie wszystkim się to spodobało, a szczególnie Bobby’emu Hendersonowi – fizykowi z Oregonu. No chyba, że oprócz biblijnej historii stworzenia pojawiłaby się także historia o stworzeniu świata przez Latającego Potwora Spaghetti, którego Bobby był gorliwym wyznawcą. Napisał więc list do lokalnej komórki odpowiedzialnej za edukację, w którym oprócz krótkiego wyjaśnienia, że świat został stworzony przez Latającego Potwora Spaghetti, tłumaczył również w kilku prostych słowach, że globalne ocieplenie, jak również huragany czy inne katastrofy ekologiczne są efektem zmniejszającej się od 1800 r. liczby piratów. Nie doczekawszy się odpowiedzi, zatroskany wyznawca zamieścił swój manifest w internecie, gdzie znalazł rzesze osób, które wyraziły poparcie dla jego idei. Jak na przyzwoitą religię przystało, kościół LPS posiada również swoje święte księgi – i to aż dwie: Ewangelię Latającego Potwora Spaghetti (napisaną oczywiście przez proroka Bobby’ego Hendersona) oraz tzw. Luźny kanon. Wyznawcy bóstwa złożonego z makaronu, sosu i pulpetów, kierują się zasadami zawartymi w Oktalogu. Pod powłoką absurdu utkanego z prowokujących i mało istotnych zdań kryją się zasady zwykłego, przyzwoitego życia. Naprawdę wolałbym, żebyś nie osądzał ludzi po wyglądzie, sposobie ubierania się, mówienia, albo… wiesz co – po prostu bądź miły, OK? i wbij sobie do głowy: kobieta = osoba, mężczyzna = osoba. Dokładnie tak samo. Jedno nie jest lepsze od drugiego, chyba że chodzi o modę, gdyż – wybacz mi – ale dałem wyczucie mody kobietom i niektórym facetom, którzy znają różnicę pomiędzy kolorem morskim a fuksją.

Nic dziwnego, że większość ludzi uważa pastafarianizm za żart. Jednak sami wyznawcy utrzymują, że ich przekonania są szczere, a ich religia powinna zostać oficjalnie zarejestrowana. Tak stało się w Holandii czy w Nowej Zelandii, zaś w 2014 r. świat obiegło zdjęcie amerykańskiego urzędnika państwowego Christophera Schaeffera, który składał przysięgę przyodziany w durszlak – pastafariańskie nakrycie głowy. W Austrii jednemu z wyznawców LPS udało się wygrać sprawę sądową, dzięki której mógł legalnie umieścić w swoim prawie jazdy zdjęcie w tymże rytualnym nakryciu głowy. W Polsce od 2012 r. nie ustają działania pastafarian, którzy chcą być uznani za w pełni legalny związek wyznaniowy. Sprawa otarła się już nawet o Europejski Trybunał Praw Człowieka, jednak szanse, że coś w tej sprawie się zmieni są raczej nikłe. Przeciw nim przemawia argument biegłych, że ich wyznanie jest tak naprawdę parodią innych religii, głównie chrześcijaństwa. Rzeczywiście, po zagłębieniu się w to małe uniwersum, można wysnuć wniosek, że chodzi tu głównie o udowodnienie, że ogólnie uznane religie są w rzeczywistości absurdalne. Można przecież wierzyć we wszystko, więc dlaczego nie w makaronowe bóstwo?

Idol czy bóg?

Kult jednostki nie kojarzy się dobrze, szczególnie w naszym rejonie geograficznym. Co jednak, jeżeli ta jednostka nie zostanie narzucona, a dobrowolnie wybrana przez lud? No właśnie, wtedy to już zupełnie co innego. By jednak nie skupiać się tylko na Europie środkowo-wschodniej, warto przenieść się na chwilę na wyspę Tanna w Vanuatu, której mieszkańcy wybrali sobie na bóstwo… księcia Filipa. Jak wierzyli autochtoni, książę Edynburga był w rzeczywistości znanym z legend synem gór – człowiekiem o jasnej skórze, który przemierzał świat w poszukiwaniu bogatej i potężnej kobiety, z którą miał się ożenić. Te szczegóły najwidoczniej wystarczyły, aby rozpoznać w Filipie swojego boga. Istniejący najprawdopodobniej już w latach 60. kult wzmocnił się w roku 1974, kiedy królewska para odwiedziła Vanuatu – wówczas jeszcze brytyjsko-francuską kolonię, zwaną pod nazwą Nowe Hebrydy. Od tamtej pory wyznawcy księcia Filipa regularnie modlą się do niego o udane zbiory. Dziennikarzom nie raz udało się sfotografować mieszkańców wiosek Yaohnanen i Yakel, dumnie prezentujących fotografie księcia. Jednak jak się okazuje, czczenie księcia Filipa nie ograniczało się w ich mniemaniu do wznoszeniu modłów. Przedstawiciele plemienia mieli okazję spotkać się ze swoim „bogiem” w 2007 r. Grupa mężczyzn wyruszyła w tym celu z Oceanii do Wielkiej Brytanii, a ich spotkanie zostało pokazane w reality show Meet the Natives. Kiedy w kwietniu 2021 r. świat obiegła wiadomość o śmierci księcia Edynburga, mieszkańcy Tanny pogrążyli się w żałobie. Połączenie pomiędzy ludźmi na wyspie Tanna a Anglikami jest bardzo silne. Składamy kondolencje rodzinie królewskiej i mieszkańcom Anglii – mówił wówczas wódz Yappa, cytowany przez agencję Reuters.

Inną postacią, którą jeszcze za życia otoczono kultem, jest legenda argentyńskiego futbolu, Diego Maradona. Wokół piłkarza stworzono wręcz uważany za parodię religii ruch, zwany Iglesia Maradoniana, czyli Kościół Maradony. Powstał on w 1998 r., jak można się było spodziewać – w Argentynie. Przekaz „wyznawców” Maradony jest prosty: piłka nożna to religia, a jej bóg to właśnie Diego. Gromadzą się oni co roku, 30 października, aby świętować przypadające tego dnia urodziny swego mistrza. Aby dołączyć do grupy wyznawców trzeba przejść specjalny „chrzest”. Polega on na strzeleniu gola na wzór tego, który piłkarz zdobył w ćwierćfinale mistrzostw świata w 1986 r. w Meksyku, podczas meczu Anglia–Argentyna (tzw. Ręka Boga). Kościół Maradony posiada nie tylko pieśni i modlitwy (oczywiście do boskiego Diego), lecz także dekalog. Znajdują w nim takie zasady jak: Będziesz nad wszystko kochał piłkę nożną czy Nazwiesz swojego syna Diego.

Niebezpieczny precedens

Nie wszystkie nietypowe wyznania i parodie religii wywołują pozytywne reakcje. Niektóre, jak Kościół Eutanazji, mogą raczej mocno niepokoić. Wiele mówi już samo hasło wymienionej organizacji: Ocal planetę, zabij siebie. Ta założona w Bostonie w 1992 r. grupa nie tylko promuje antynatalizm, lecz także zachęca do „odciążania” planety z wykorzystaniem bardziej drastycznych środków.

Oprócz jedynego koniecznego przykazania, Nie będziesz się rozmnażał, wewnątrz ruchu funkcjonowały cztery „filary wiary”: samobójstwo, aborcja, kanibalizm i sodomia. Czy Kościół Eutanazji faktycznie promował tego typu procedery, czy raczej była to prowokacja mająca na celu wzmocnienie przekazu? Nie ma doniesień medialnych o przypadkach kanibalizmu praktykowanego przez członków. Jednak prawdziwie mroczna twarz tej pozornie niegroźnej sekty ukazała się dopiero wtedy, gdy z pomocą billboardów i firmy telekomunikacyjnej chciała zrealizować akcję (na szczęście udaremnioną), w której przez telefon miano dawać wskazówki, jak popełnić samobójstwo. Kilka lat później na stronie internetowej organizacji ukazała się instrukcja, jak odebrać sobie życie przy użyciu helu. Jakiś czas później 52-letnia kobieta z Massachusetts odebrała sobie życie, rzekomo wykorzystując te informacje. W obliczu problemów prawnych, po tym wydarzeniu Kościół Eutanazji nie był już tak skory do promowania samobójstwa, o czym świadczy usunięcie przez nich wspomnianej witryny. Dziś organizacja niemal zaprzestała swojej działalności, a szczególnie popularne w latach 90. performance’y przeszły do historii. Swoją drogą, być może to dzięki happeningom niektórzy ludzie uważają Kościół Eutanazji za artystyczny żart czy grupę artystyczną, promującą ochronę środowiska. Nie można jednak zapominać, do czego może prowadzić promowanie tak niebezpiecznych postulatów.

Przy okazji trudno nie przypomnieć historii innej sekty, zwanej Wrota Niebios, której 39 członków w 1997 r. popełniło zbiorowe samobójstwo na ranczu w Santa Fe. Byli oni pod wpływem Marshalla Applewhite’a, który utrzymywał, że tylko w ten sposób mogą przedostać się na czekający na nich statek kosmiczny. Wcześniej guru sekty stosował wobec jej członków manipulację, nakłaniając do pozbycia się wszystkich dóbr ziemskich, nie tylko takich jak majątek i praca, lecz także rodzina i przyjaciele.

Po prostu wyluzuj

Dość już jednak wzmianek o mrożących krew w żyłach sektach. Zbliżając się do końca tego mocno subiektywnego przeglądu najbardziej interesujących nietypowych „religii”, warto rzucić okiem na nurty inspirowane kinematografią. Jednym z najbardziej popularnych jest bez wątpienia dudeizm, czyli „religia” inspirowana produkcją braci Cohen pt. Big Lebowski. Nazwa pochodzi od pseudonimu głównego bohatera, na którego wszyscy mówili właśnie dude. Oliver Benjamin dostrzegł w tym filmie uniwersalne prawdy. Stwierdził, że dudeizm jest współczesną wersją taozimu, a oglądając Big Lebowskiego, można lepiej zrozumieć założenia tej filozofii. Po tym, jak zamienił wyścig szczurów w Los Angeles na szukanie prawdy i medytację w Tajlandii, a potem po raz kolejny obejrzał ten film, uznał, że najlepszym pomysłem byłoby właśnie założenie religii. To nietypowe wyznanie zakłada przede wszystkim, że gonitwa za dobrami materialnymi nie ma najmniejszego sensu, a czas lepiej poświęcić na odpoczynek. Kto wie, może to najlepszy postulat spośród wszystkich powyżej opisanych. Ale czy żeby go realizować, trzeba koniecznie przyjąć nową wiarę?…