Tekst: Zuzanna Jędrzejowska
Kiedy wchodzi się na uczelnię Sciences Po (Instytut Nauk Politycznych w Paryżu), zaraz po minięciu recepcji w głównym holu, oczom ukazuje się ogromna tablica korkowa o długości 10 m i wysokości 2 m, pod którą ustawiony jest rząd stołów z krzesłami. Tablicę pokrywają ogłoszenia, plakaty informacyjne, zaproszenia na wydarzenia i inne promocyjne materiały organizacji studenckich. Za stołami siedzą członkowie poszczególnych stowarzyszeń, inni zaś chodzą po korytarzu, rozdając ulotki i zachęcając do zapoznania się z ich działalnością.
Kilka pierwszych tygodni to czas niezwykle intensywnej kampanii, gdyż po miesiącu ma miejsce głosowanie wśród uczniów, rozstrzygające które z proponowanych inicjatyw dostaną wsparcie finansowe uczelni. Kolejne ekipy wymieniają się i czekają na zainteresowanych. Po wyborach jest spokojniej, ale nadal na co dzień obecne są reprezentacje poszczególnych kolektywów: jedni mają regularne dyżury, inni mobilizują się przed organizowanymi przez siebie wydarzeniami.
Na Uniwersytecie Warszawskim lwią częścią oddolnych studenckich struktur są koła naukowe. Jednocześnie to dziekan wydziału akceptuje i przyznaje ewentualne środki na działalność, nie studenci. Studencki ruch naukowy jest priorytetem dla uczelni i to w nim widzi ona realizację dodatkowego zaangażowania przez adeptów uczelni. Do tego dochodzi zaledwie garstka grup w tematyce kultury i sportu. Na SGH podobnie – nadreprezentacja organizacji o charakterze popularnonaukowym dla przyszłych konsultantów, inwestorów i przedsiębiorców. Myślę, że bez bycia oskarżoną o cynizm, mogę zaryzykować stwierdzenie, że dla większości członków realnie spełniają one jedną funkcję – szeroko pojęte przygotowanie do wejścia na rynek pracy. Realizuje się ono poprzez networking w środowisku, z którym wiążą swoją karierę, przez wzbogacenie CV o dumnie prezentujące się konferencje naukowe lub projekty czy też wreszcie przez rozwinięcie jakichś specyficznych umiejętności. Z resztą trudno się dziwić, że studenci czują potrzebę uatrakcyjnienia swojego profilu pracownika już na etapie studiów, skoro od świeżego kandydata na podstawowe stanowiska wymaga się obecnie lat doświadczenia albo zwyczajnie nie oferuje wynagrodzenia za pracę, nazywając ją stażem.
Inicjatywy studenckie we Francji są dużo bardziej różnorodne i nie ograniczają się do problematyki związanej z profilem wydziału. Oprócz kół poświęconych polityce zagranicznej czy debatom, działają stowarzyszenia miłośników kina, badaczy sztuki, melomanów i muzyków, fanów gry w bule, pasjonatów wina i dziesiątki innych. Uczelnia rozpoznaje potrzebę zapewnienia studentom przestrzeni do rozwoju, który wykracza poza zdobywanie kwalifikacji zawodowych i naukę o charakterze akademickim. Student nie jest w tym ujęciu tylko czeladnikiem, ale kreatywną jednostką zdolną zgłębiać interesujące go tematy, budować wokół swojej pasji wspólnotę i tworzyć, wychodząc poza formalne wymagania wyższej edukacji. Student jest także, co na polskie standardy stanowi egotyczny punkt widzenia, obywatelem i uczestnikiem życia politycznego. Wśród inicjatyw studenckich znajdziemy organizacje wspierające równość szans w gimnazjach i liceach, kolektywy feministyczne i antyrasistowskie, grupy samoedukacji w zakresie strategii walki z dyskryminacją w miejscu pracy. A przede wszystkim na uniwersytetach działają związki studenckie, niemające w Polsce żadnego odpowiednika, jako że nasze uczelnie wydają się, przynajmniej na poziomie deklaratywnym, wierne ideałowi neutralnej politycznie akademii. Zjawisko to można lepiej zrozumieć po scharakteryzowaniu aktualnej sytuacji materialnej oraz społecznej studentów we Francji.
Student głodny, student bezdomny
Choć francuska polityka społeczna należy do tych bardziej opiekuńczych, to Francja, jak każda demokracja liberalna, zdecydowanie nie jest wolna od typowych dla nich problemów, stanowiących odzwierciedlenie współczesnych kryzysów. W przypadku studentów i młodych ludzi w ogóle, dwa z nich są przywoływane na pierwszy plan: mieszkalnictwo i dostęp do żywności. Przewodniczący Stowarzyszenia Merów Francji (fr. Association des maires de France),David Lisnard, nazwał niedawno ten pierwszy bombą społeczną. Znaczący wzrost czynszów, niski poziom podaży, inflacja, która sprawia, że remonty pustostanów podrożały i spekulacje na rynku nieruchomości kumulują się, wytwarzając sytuację niestabilności mieszkaniowej, której nie są w stanie mitygować nawet bardziej progresywne niż w Polsce zabezpieczenia czynszów i umów najmu. Jeśli chodzi o jedzenie, to jak stwierdziła Fatiha Keloua-Hachi, parlamentarzystka z Partii Socjalistycznej, to jakieś delirium, żeby student we Francji był głodny.
Rzeczywiście, to dość szokujące, żeby członek G7 nie był w stanie zadbać o bezpieczeństwo żywnościowe swojej własnej populacji. Bardzo rozpoznawalna organizacja charytatywna Restauracje serc(fr. Les Restos du Coeur) ogłosiła w tym roku, ku wielkiemu wzburzeniu obywateli, że będzie musiała ograniczyć liczbę beneficjentów pomocy żywnościowej o 150 tys. osób. Wśród nich aż 40 proc. stanowi młodzież poniżej 26 r.ż. W 2023 r. o pomoc zwróciło się o 22 proc. więcej potrzebujących, inflacja z kolei skurczyła budżet fundacji. W odpowiedzi oddolne organizacje studenckie, np. SCUM w Montpellier, zaangażowały się w zbiórki i wydawki jedzenia dla studentów. Nigdy wcześniej wzrost prekaryjności nie był tak poważny i szybki – komentuje przewodniczący Patrice Douret. Prekaryjność oznacza sytuację niepewną, niestabilną, gdy osobom, grupom lub całym społecznościom brakuje zabezpieczenia przed jej negatywnymi skutkami.
Związki studenckie, czyli jak studenci walczą o swoje
W takich realiach działają związki studenckie. Mają one odmienny status niż inicjatywy studenckie, gdyż spełniają inną funkcję – ich reprezentanci zasiadają w radach wydziałowych, mają dostęp do wiedzy o wszelkich najnowszych zmianach w procedurach, otrzymują swój lokal związkowy na terenie uczelni itp. Jest to możliwe pod warunkiem rozpoznania uniwersytetu jako struktury mającej także charakter polityczny, czyli uznania go za przestrzeń życia społecznego, w której różne grupy artykułują swoje interesy. Związki studenckie pozwalają na oddolną mobilizację studentów do walki o swój dobrobyt na uczelni. Są środkiem emancypacji politycznej i instrumentem wpływania na warunki studiowania oraz na swoją sytuację materialną. Pierwszy z nich, UNEF, powstał już w 1907 r. i to on był głównym motorem mobilizacji studenckich w czasie słynnego maja ‘68, a Karta z Grenoble, którą podpisał w 1946 r., nadal stanowi punkt odniesienia dla lewicowych związków studenckich. Jest ona istotna, gdyż formułuje jedną z kluczowych deklaracji ideowych – student powinien być uznany za pracownika intelektualnego. Zgodnie z tym punktem widzenia na uczelni produkuje się treści intelektualne, a student ma prawo, jak każdy inny pracownik, do odpoczynku i godnych warunków życia.
Ta długa tradycja i zakorzenienie w życiu społecznym oddolnego zaangażowania studentów sprawiają, że wiele uczelni chce dawać wrażenie, że są wręcz współzarządzane przez kadrę i studentów, choć według młodych związkowców formalny wpływ na administrację jest raczej iluzoryczny. Kierunek rozwoju i reform nadają więc zwykle innymi drogami: poprzez kampanie, spotkania z administracją, blokady, pikiety, działalność informacyjną itp. Jednakże według studentów, administracja jest relatywnie otwarta na ich żądania, o ile uda im się zmobilizować wokół sprawy odpowiednią liczbę osób.
Przykładowo, ostatnie kilka semestrów na Sciences Po stało pod znakiem kampanii antyseksistowskiej, skupiającej się w szczególności na przemocy seksualnej. Uczelnia podjęła pewne kroki zaproponowane przez studentów – m.in. wprowadziła obowiązkową formację antyseksistowską (warsztaty dotyczący seksizmu i przemocy seksualnej) dla profesorów i uczniów oraz zaktualizowała procedurę zgłaszania przypadków molestowania. Większość związków angażuje się także w pomoc pojedynczym studentom, którzy doświadczają dyskryminacji, zostali niesprawiedliwie potraktowani przez administrację albo zwyczajnie zagubili się w meandrach procedur wnioskowania o stypendia czy akademiki. Wybór strategii działania dokonuje się zgodnie z inspiracjami ideologicznymi danej organizacji, gdyż w żadnym razie nie są one jednolite politycznie. UNEF przez ostatnią dekadę stracił swój bojowy charakter i stał się bardziej centrowy, Solidaires inspiruje się anarchosyndykalizmem, a NOVA jest tzw. związkiem żółtym, czyli takim, który w zasadzie dąży do utrzymania status quo. Jednak prawdziwym fenomenem jest coś, co dla wielu może brzmieć jak oksymoron, czyli skrajnie prawicowy związek studencki UNI. Jego członkowie na jednym z kampusów angażowali się przykładowo w kampanię prezydencką Erica Zemmoura, promując przy tym ksenofobiczne i rasistowskie idee.
Oddolna mobilizacja motorem zmiany społecznej
Problem prekaryjności studentów stał się ostatnio ważnym punktem debaty publicznej, powraca także regularnie w trakcie obrad Zgromadzenia Narodowego. Obecny rząd, który (delikatnie mówiąc) do lewicowych nie należy, pracuje nad całym pakietem reform dotyczących m.in. aktualizacji widełek dochodowych uprawniających do stypendium, rewaloryzacji wysokości stypendiów i ustanowienia dodatkowej pomocy finansowej pod warunkiem posiadania obywatelstwa francuskiego i bycia zatrudnionym. Koalicja NUPES krytycznie odnosi się do tych planów, proponując w zamian zniesienie systemu stypendialnego na rzecz stałej pensji studenckiej, co wpisywałoby się w postanowienia Karty z Grenoble. Podobne rozwiązanie funkcjonuje obecnie w Danii. Miałaby być finansowana między innymi dzięki likwidacji kuriozalnego programu zaangażowania obywatelskiego dla młodzieży (service national universel) autorstwa Macrona, który jest czymś w rodzaju republikańskiego harcerstwa. Wspierają oni także oddolny postulat posiłków za jeden euro w uczelnianych stołówkach, ale jak na razie został on odrzucony w Parlamencie.
Trudno powiedzieć, w jakim stopniu polityczna emancypacja studentów na uczelniach wpływa na rozpoznanie ich problemów i dążeń na poziomie całego kraju, ale nie może być ona bez znaczenia. Młodzi ludzie uczą się wcześniej rozumieć swoje miejsce w siatce splątanych interesów i nabierają odwagi, żeby żądać tego, na czym im zależy. W Polsce, mimo że wielkim hasłem ostatniej kampanii wyborczej była mobilizacja młodzieży, to konkretów ze strony polityków padło bardzo niewiele, a kwestia prekaryjności wśród studentów pozostaje tematem zupełnie marginalnym. Wydaje się, że przyszedł czas, aby młodzi ludzie wzięli sprawy w swoje ręce i zaczęli oddolnie budować zmianę, której potrzebują. W ostatnim czasie na Uniwersytecie Warszawskim nabiera kształtu kampania w tym duchu, która ma szansę być zalążkiem szerszego ruchu studenckiego. O dotychczasowych działaniach tej grupy można przeczytać na ich grupie na Facebooku: Studia bez pustego portfela – Akcja socjalna na UW. Niech wysoka frekwencja w wyborach będzie sygnałem silniejszego zaangażowania młodych, które nie ograniczy się do oddania głosu raz na parę lat. W końcu jeszcze żadna istotna, pozytywna zmiana polityczna nie spadła sama z nieba.

