Autor: Weronika Zarzecka
Do brzmienia ekspresyjnej wokalizy Jamesa Browna oraz rytmicznego It’s a Man’s Man’s Man’s World na scenę w Milwaukee wchodzi i on, cały nie na biało, a pomarańczowo, granatowa marynarka, kultowy czerwony krawat, przyodziany w geriatryczne wydanie hipermuskularności i przebojowość nieśmiertelnej charyzmy. Otulona pijarowym przydomkiem “słonia w składzie porcelany” bezkompromisowość Donalda Trumpa pozwoliła republikańskiej retoryce popłynąć na fali obietnic silnego protektoratu ojca-opiekuna, pogłębiając i tak mocno już antagonistyczną przepaść politycznego poróżnienia elektoratu mężczyzn a kobiet. W czasach bardziej niż kiedykolwiek buchających z okien i drzwi parą progresywizmu aż dziw człowieka bierze, że to kwestia płci i znajdujących się w jej orbicie stereotypów staje się w okresie elekcyjnym takim ciężarem gatunkowym, swoistym jabłkiem niezgody. Sączy się spod postępowego wizerunku dwudziestego pierwszego wieku tym samym niewidzialnym atramentem, który karty historii Stanów Zjednoczonych zapisał pasmem dominacji białych mężczyn, a dzisiejszej scenie politycznej wytłuścił zacietrzewioną dyskusją na temat równouprawnienia, która to dalej ludzi dzieli i stawia przeciwko sobie.
Oczywiście, nie jest to wcale jedyna karta przetargowa prężnie działającej maszynerii kampanii wyborczych, mimo to przejawia się wciąż jako usystematyzowane tło okołopolitycznych dywagacji, dla co poniektórych mniej, dla innych znowu bardziej jaskrawe. Szczególnie silnie zaakcentowana w roku 2016 przełomowa “batalia płci” między Trumpem, któremu nieobce są zarzuty (oraz werdykty sądowe) o seksizm i mizoginię a Hillary Clinton, stawiającą na pełnię siły kamienia milowego bycia potencjalnie pierwszą prezydentką Stanów Zjednoczonych, stanowi obrazowy przykład wylewu uprzedzeń i wiązanki moralizmów (na które kandydat Republikanów był i wciąż pozostaje zagorzale uodporniony, umiejętnie tworząc ze skandali część własnej “marki”). W tym konkurencyjnym zestawieniu mniej jej wybaczano, na mniej samowolki pozwalano. To, co media w wizerunku Hillary eksponowały jako dowody zimna i zgryzoty, w nim świadczyło o sile autorytetu. Jej ambicji i kompetencjom nadawno wydźwięku technokratycznego zboczenia złego establishmentu, zdecydowanemu tonu – niewiarygodności skrzętnej kalkulacji. Była agresywna, natrętna i ogólnie całościowo nieprzyjemna (podsumowując, such a nasty woman).
Powtórka z rozrywki
Natomiast Kamali Harris, po łokcie zanurzonej w, podpatrzonej u kolegi po fachu, Baracka Obamy, taktyce usunięcia się z blasku świateł historycznych konotacji rzucanych przez reflektor własnej tożsamości, zdaniem jej oponentów brakowało pragmatycznego podejścia i stanowczości prawdziwego lidera. Ofiara fenomenu będącego szowinistyczną wariacją swojskiego “po nazwisku, to po pysku”, podkreślającego dysproporcję w zwracaniu się do kobiet na prestiżowych stanowiskach za pomocą ich imienia, a nie nazwiska czy tytułu, ukróciła ten podświadomy dla wielu osób mechanizm budując na Kamali fundament zjednywania sobie zwolenników własnej tożsamości kulturowej, podkreślając subtelnie jamajsko-hinduskie korzenie. W odróżnieniu od Clinton, nie napomykała o kruszeniu szklanego sufitu, z którego tłuczeniem miała właściwie już swego rodzaju doświadczenie, będąc pierwszą kobietą i osobą niebiałą oficjalnie zaprzysiężoną na urząd wiceprezydentki Stanów Zjednoczonych. Nie chciała, by coś poza szerokim wachlarzem kompetencji definiowało jej, pijarowo ciut za długo oblężoną reliktami kadencji Bidena, kandydaturę – wewnątrz bezlitośnie spolaryzowanego społeczeństwa USA, marzenie ściętej głowy.
Ale czy zawzięta dyskryminacja, uparcie wycelowana z frontu republikanów w pretendentki do wyborów w 2016 i 2024 roku, jest jedynie przejawem archaicznej niechęci do kobiecych przywódców czy może ugruntowana jest w słusznym przeczuciu, że wśród kobiet silniejsze są nastroje liberalne i ogólna tendencja do poglądowego zwrotu w lewo?
Co ciekawe, dynamika ta wyklarowuje się najsilniej w wyborach niższych szczebli, które częściej mają charakter bezpartyjny i rzadziej są przedmiotem szczegółowej, medialnej analizy. Delikatna przewaga, jaką średnio odznaczają się w USA kobiety w wyborach do rady miasta, rozrzedza się w swoim natężeniu przy głosowaniu na burmistrza, gdzie zaobserwować można ewidentne na korzyść mężczyzn wnioski. Na temat drugiego końca owej drabiny sukcesu póki co możemy jedynie spekulować – czy Henry Clinton poradziłby sobie lepiej w sondażach od Hillary? – bazując odpowiedź na jedynie dwóch znanych nam, ale bardzo wyrazistych przykładach, z mimo wszystko niezmiennie wplecionym w to równanie mianownikiem, jakim jest kandydatura porywającego tłumy Donalda Trumpa, wcale nieobojętna na poznawczy margines błędu.
“Moda” na kobietę
Teraz trochę więcej z naszego europejskiego podwórka. Pragmatyczność polityki na początku trzeciego milenium nakręciła trend przedefiniowania znaczenia listy “nowoczesnej i wartościowej” (w tym momencie, na szczęście, nie jest to już tak instrumentalne podejście), a na bieżąco z modą nagłaśniania idei parytetu płci były kraje implementujące ową zasadność zarówno na poziomie krajowym, jak i regionalnym, takie jak państwa skandynawskie, Belgia czy Hiszpania. W ogonie trzymają się po dziś dzień między innymi Rumunia, Węgry, Grecja i Słowacja, ujawniające stały, ale wciąż rozczarowująco powolny wzrost procent zaangażowanych w skład własnego sztabu rządzącego kobiet. Obecnie w ponad stu trzydziestu krajach świata funkcjonuje wymóg kwotowy płci na listach wyborczych, jednak według danych UN Women, przy obserwowanym przez nas tempie postępu pełen parytet w krajowych organach ustawodawczych osiągnięty zostanie nie wcześniej niż za czterdzieści lat, natomiast równość płci na najwyższych, najbardziej prestiżowych stanowiskach szczebli władzy – nie wcześniej niż za lat sto trzydzieści (zakładając scenariusze najbardziej optymistyczne). Dodatkowo, kobiety, które już w organy rządu są zaangażowane, z reguły zajmują się kwestiami edukacji, rodziny czy sprawami natury społeczno-kulturowej. Podział ten odzwierciedla kaleką strukturę rynku pracy, na którym najbardziej sfeminizowane, a jednocześnie najgorzej płatne są zawody związane właśnie ze szkolnictwem, pracą opiekuńczą czy pomocą społeczną.
Prześwit na widnokręgu
Do końca lat 90. XX wieku regiony Europy i obu Ameryk nie mogły z dumą pochwalić się liczbą parlamentów, których obradom przewodniczyłaby kobieta. Jednak w latach 2005-2015 liczba kobiet, przed którymi otworzyła się furtką z taką możliwością, praktycznie się podwoiła – z 8,3% do 15,6%. Do 1 stycznia 2019 r. liczba ta wzrosła do 19,7%, w porównaniu z 17,3% w 2018, przekraczając poprzedni rekord 19,1% ustanowiony w 2017 roku.
Ta tendencja wzrostowa była wynikiem, między innymi, wyboru kobiety na przewodniczące parlamentów w Bahrajnie, na Filipinach i w Togo. Dodając, tak o, dla jakieś tam satysfakcji – na dziś dzień kobiety są przewodniczącymi parlamentów we wszystkich regionach świata. Dzieje się tak między innymi za zasługą implementowania Agendy ONZ Women, Peace and Security, przyjętej na Konferencji Pekińskiej w 1995 roku, która, podobnie jak “Hillary Doctrine”, istnienie problemu nierówności pomiędzy kobietami i mężczyznami zaadresowała jako zagrożenie pociągające za sobą poważne konsekwencje nie tylko dla indywiduuów, ale potencjalnie i całej ludzkości. Zbiór zasad promujących sprawiedliwość, pokój oraz dążenie do globalnego bezpieczeństwa, zawarty w rezolucji RB ONZ nr 1325, stanowi fundament i niejako instrukcję prowadzenia polityki zewnętrznej krajów takich jak Australia, Kanada czy Norwegia.
Można z cierpkim uśmiechem niecierpliwości, ale i kamieniem z serca przypuścić, że zaangażowanie to sygnalizuje odejście od tradycyjnych, elitarystycznych porządków praktykowania stosunków międzynarodowych i wyplenia podobne dyskursy na rzecz bardziej inkluzywnej polityki zagranicznej, która stara się uwzględniać głosy kobiet na światowej scenie politycznej i proklamuje chęci zajęcia się zakorzenionym w relacjach władzy patriarchacie. Jednak agenda Women, Peace and Security, choć zbliżona w metodyce do feministycznej polityki zagranicznej, nie jest z nią tożsama. Jej krytycy wskazują na kontrowersyjne implikacje przedstawiania kobiet z krajów globalnego Południa jako ofiar, wpisując je w ramy schematu poszkodowanych i wyczekujących na wybawców z Zachodu, co wzmacnia stereotypy i utrwala binarne rozumienie ról płciowych. Ta dychotomia obrońcy i chronionego, nie zawsze pozbawiona protekcjonalności, miała decydujący wpływ na to, jak polityka międzynarodowa była prowadzona i rozumiana. Badając takie zagadnienia podczerwienią teorii feministycznej, zwraca się uwagę na potrzebę bardziej zróżnicowanego podejścia do doświadczeń kobiet, które powinny być traktowane jako aktywne uczestniczki procesów ponadnarodowych, a nie jedynie bierne statystki, polegające na ochronie i asekuracji silniejszego. W dodatku ich zwiększona reprezentacja w strukturach rządowych, jak to miało miejsce po wyborach w Indiach, pokrywa się z intensyfikacją zgłaszanych przypadków przestępstw przeciwko kobietom – lecz, jak wnioskują badacze, nie z powodu aktywnego rozrostu owych statystyk, a większego prawdopodobieństwa, że kobiety podobne wykroczenia zgłoszą, bardziej świadome obligacji rządowych, dynamicznych relacji płci i władzy, a także przysługujących im praw. Bardziej pewne bycia usłyszanymi. Równouprawnienie, jak podkreślił w 2007 roku były sekretarz generalny ONZ Kofi Annan, jest najskuteczniejszą strategią na poprawę zdrowia, edukacji i jakości życia kolejnych pokoleń, co przekłada się na ogólny rozkwit kondycji społeczeństwa.
Znaczenie udziału kobiet w polityce globalnej oraz ich roli w utrzymaniu pokoju i bezpieczeństwa jest również akcentowane przez takie liderki jak Margot Wallström, byłą minister spraw zagranicznych Szwecji, czołową dyplomatkę z doświadczeniem jako specjalny przedstawiciel ONZ ds. przemocy seksualnej podczas konfliktów, czy Julie Bishop, pierwszą australijską kobietę-minister spraw zagranicznych. Obie konsekwentnie promowały integrację kwestii płci w główny nurt polityki międzynarodowej, który to – zarówno w przypadku aktorów państwowych, jak i niepaństwowych – z pewną ślamazarnością przekłada ideę teorii feministycznej na ogólne zasady etycznego postępowania, uciśnione wciąż tokenizmem i wyświechtanymi, przestarzałymi już stereotypami.
To do meritum
Przed nami rozciąga się szklany horyzont – bo przy tak prężnie, chociaż wciąż niesatysfakcjonująco szybko rozwijającej się kolektywnej świadomości, ciężko już w pełni precyzyjnie mówić o suficie. Mrzonki o parytecie płci, chociaż wciąż w dużej mierze kiszące się w bańce fantazji, można, przy wystarczająco silnym zmrużeniu lewego oka, zaobserwować gdzieś tam, hen daleko, ale, co najważniejsze, przed nami. Badania, chociaż o wydźwięku słodko-gorzkim, wskazują na to, że szansa, aby jedno z najsilniejszych mocarstw świata, Stany Zjednoczone, miało kobietę na stanowisku prezydenta, urealnia przepaść politycznej polaryzacji. Seksizm, w kontekście elektoralnych motywacji, wynaturza się wraz z rosnącym między partiami brakiem porozumienia na płaszczyznach takich jak gospodarka, aborcja, polityka imigracyjna, co w dużej mierze eliminuje prawdopodobieństwo projekcji na kandydata pobudek czysto szowinistycznych. Nie jest to jeszcze bynajmniej powód do świętowania, a prędzej, słowem podsumowania, cierpka inkarnacja słów Mary Wollstonecraft – bowiem umysł, który opiera się tylko na uprzedzeniach, zawsze będzie chwiejny.

