W Europie formalnie

Belgrad to jedna z najsłabiej poznanych europejskich stolic. Nie należy jednak bynajmniej do miejsc nudnych, swoją trudną historią mógłby obdzielić pół Europy.

W Europie formalnie

Belgrad to jedna z najsłabiej poznanych europejskich stolic. Nie należy jednak bynajmniej do miejsc nudnych, swoją trudną historią mógłby obdzielić pół Europy.

Autor i zdjęcia: Filip Wieczorek

Belgradem dostaje się w twarz. Nie jest to miasto dla oczekujących łatwej rozrywki turystów latających na city breaki do najpopularniejszych stolic Europy i odhaczających zaznaczone w przewodnikach atrakcje. Znaczy, nie róbmy też z Belgradu Czelabińska, to nie jest tak, że atrakcji w klasycznym tego słowa znaczeniu brakuje tam w ogóle. Niby można jechać tam oglądać światowej klasy cerkwie albo bawić się na nigdy nie zasypiającej Skadarliji. Jednak to tylko jedna strona medalu. Nie jedźcie do Belgradu, jeśli szukacie oczywistych atrakcji. Serio. Wybierzcie Budapeszt lub przynajmniej Zagrzeb, oszczędzicie sobie wielu rozczarowań. Poza nielicznymi przebłyskami to trudne miasto. Zaniedbane, chaotyczne, sponiewierane przez los. Aż trudno uwierzyć, jak to możliwe, żeby jedno miejsce było w stanie na siebie przyjąć tak wiele ciosów od historii. Wieki pełnienia roli pierwszego bastionu obrony Imperium Osmańskiego, dwie wojny światowe, dyktatura Miloševicia, bombardowania NATO… Nawet w dzisiejszych, najstabilniejszych od lat dla Bałkanów czasach, jest niewiele lepiej. Belgrad to stolica państwa zawieszonego w limbo pomiędzy niezbyt poważnie traktującym je Zachodem a cynicznie udającym przyjaźń Wschodem, wewnątrz zaś rządzonego przez kolejną podróbkę Viktora Orbána z Aliexpress, jakich pełno w tej dziwnej krainie powszechnie znanej jako Europa środkowo-wschodnia. Być może dlatego tak bardzo kocham to miasto. Bo nie zadaje łatwych pytań i nie udziela na nie łatwych odpowiedzi. To nie Berlin ani Warszawa, gdzie tragiczna historia wyczuwalna jest właściwie tylko w muzeach, poza którymi rozpościerają się prężne ośrodki przeżywające swój najlepszy czas. W Belgradzie wciąż w powietrzu unosi się duch niespełnionych nadziei i traum, z których jego mieszkańcy wciąż nie potrafią się wygrzebać.

vojvodina (Vajdaság)

Pomyśleć, że zaczyna się całkiem niewinnie. Przynajmniej jak wjeżdża się do Serbii od północnego zachodu, tak jak zrobiłem to ja, przyjeżdżając do Belgradu autokarem z Wiednia wypełnionym aż po brzegi gastarbajterami (to, słusznie zresztą, dawno już uznane w „niemcosferze” za przestarzałe słowo do dziś powszechnie używane jest na Bałkanach jako określenie na migrantów). Wojwodina, autonomiczna prowincja na północy Serbii, w ogóle nie przypomina wrót do Europy C. Żadnych sypiących się dróg,  dramatycznych krajobrazów, żadnego porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie. Zamiast tego nowiutka autostrada, majaczące w tle zadbane domki i wieże kościołów, no i płaski aż po horyzont landszaft, znak firmowy Kotliny Panońskiej. Gdyby nie kontrole graniczne i cyrylica na drogowskazach, aż trudno byłoby uwierzyć, że to już nie Węgry. Nie jest to zresztą, przynajmniej z historycznego punktu widzenia, skojarzenie bezpodstawne, w końcu jeszcze nieco ponad sto lat temu ziemie te jak najbardziej należały do Madziarów. Nawet dziś struktura etniczna północnej Wojwodiny każe przypuszczać, że na imprezach tańczy się tam raczej do Gyöngyhajú lány zamiast do Selmy. Patrzę tak sobie z okien autobusu na jakże znajomy mi jako środkowoeuropejczykowi krajobraz, i aż trudno mi uwierzyć, jak srogo polityka zadrwiła tutaj z natury i historii. Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów za mną rozpościerała się kraina może i rządzona przez autokratę znienawidzonego przez jakkolwiek demokratyczną część globu, ale jednak na tyle ugruntowana w zachodnim mirze, że nikt nie odbiera jej prawa przynależności do lepszego świata – a tutaj, cytując Kazika, wszystko wydaje się takie samo, a jednak inne jest wszystko. Z zachodniej perspektywy Wojwodina, choć powierzchownie tak podobna do Węgier, to  ziemia, którą wieki temu na mapach opisano by jako here be dragons. Co ja mówię, przecież jeszcze 25 lat temu spadały tam natowskie bomby, niekiedy zaledwie kilka kilometrów od granicy, za którą w tym samym roku świętowano wejście do Paktu Północnoatlantyckiego! Ale dość już tych rozważań, zbliża się Nowy Sad, przewijające się na drogowskazach nazwy miast robią się jakoś mniej węgierskie, a z gładkiego jak stół krajobrazu niczym skyline amerykańskiego downtownu wyłania się masyw Fruškiej Gory. Przekraczam Dunaj przez Most kod Beške, najdłuższą taką budowlę w Serbii, i znów na chwilę zanurzam się w oceanie nizin, mijając kolejne miejscowości. Inđija, Stara Pazova, Nova Pazova. Tak do węzła Dobanovci. Tutaj autostrada z Belgradu w kierunku Węgier styka się z Autoputem Bratstva i Jedinstva, wyśnioną przez Titę jugosłowiańską Route 66 łączącą ze sobą Skopje, Belgrad, Zagrzeb i Ljubljanę. Ani Marszałek, ani jego państwo nie doczekali ukończenia autostrady. Przez lata zrealizowana jedynie we fragmentach trasa stanowiła postrach kierowców z całej Europy, czy to z racji na kiepski stan, czy szaleńców jadących z Niemiec w odwiedziny do rodzin w Turcji bez żadnych przerw. Dopiero kilka lat temu oddany został ostatni fragment Autoputu, pomnika niespełnionego snu nieistniejącego już kraju, który miał spajać mozolnie rodzący się jugosłowiański naród od Vardara pa do Triglava, a dziś służy raczej jako przelotówka dla westernersów zmierzających na wakacje do Grecji, no może do Bułgarii albo nad Ohrid, jak trafi na jednostkę ciekawszą świata albo po prostu uboższą.

Pomnik korupcji

Belgradzki dworzec autobusowy jaki jest, każdy widzi. Wyobraźcie sobie warszawski Dworzec Zachodni na sterydach – jeszcze bardziej odrapany, z jeszcze bardziej odrzucającymi kiblami (tu już po turecku – na Małysza), otoczony jeszcze większymi chmarami taksówkarzy niekoniecznie zainteresowanych dowiezieniem pasażera do celu po najkrótszej trasie za cenę uczciwie wyliczoną przez taksometr. Tym bardziej surrealistycznie wygląda w tym otoczeniu dzielnica luksusowych apartamentowców. No tak, Beograd na Vodi. Dla zwolenników władz i niczego nieświadomych turystów dowód na to, że luksus i duch zachodu w końcu dotarły nawet do Serbii. Dla rządzących miastem i krajem złote źródło półlegalnych zysków, dla lokalsów i co bardziej świadomych ludzi z zewnątrz pomnik korupcji i dowód na to, że w Serbii nawet jak coś wygląda i brzmi dobrze, to gdzieś musi się kryć haczyk przekreślający wszystko, co pozytywne. Trzeba przyznać, sam zamysł zbudowania czegoś na terenach poprzemysłowych nad rzeką blisko centrum nie brzmi źle. Wypaliło na Powiślu, wypaliło na Friedrichshain, czemu miałoby nie wyjść nad Sawą? Cóż – chociażby dlatego, że całość serbski rząd zrealizował de facto bez żadnego trybu (a do momentu przejęcia władzy w ratuszu przez popleczników Vučicia wręcz wbrew woli miasta!) w partnerstwie z niezbyt transparentnym przedsiębiorstwem z Emiratów Arabskich. Przeciwko projektowi – w słusznej wściekłości – demonstrowało pół Belgradu za przepalanie miliardów dinarów na getto dla wyższej klasy średniej w sytuacji, kiedy reszta miasta się sypie, i w obawie przed gentryfikacją uchodzącej za kulturowe zagłębie okolicy. Budowa osiedla równoznaczna była z dokonaniem żywota przez idealnie usytuowany, spełniający swoją rolę od ponad stu lat dworzec kolejowy i zastąpieniem go wciąż niedokończonym potworkiem położonym z dala od wszystkiego. Rządzący Serbią populiści takimi drobiazgami się nie przejmowali – oni jak wszyscy ich odpowiednicy: jak już się rozpędzą, to drogę hamowania mają długą i zrealizują każdy swój pomysł zanim zdążą się zreflektować, że nie ma on najmniejszego sensu. Gdyby to chociaż było jakkolwiek ciekawe architektonicznie, w końcu autokraci lubią postawić sobie coś efektownego, żeby ludzie przyjeżdżali, fotografowali i oznajmiali reszcie świata na Instagramie, jaki to ich kraj nie jest nowoczesny. Gdzie tam, to zwykła deweloperka, paręnaście porozrzucanych bez ładu i składu wzdłuż przeskalowanych alei kilkunastopiętrowców i galerii handlowych. Trafił się nawet drapacz chmur, najwyższy zresztą w całej byłej Jugosławii i będący chyba jedynym jakkolwiek przyciągającym oko obiektem. Nikt z zewnątrz tam nie zagląda, bo nie ma po co – komu by się chciało oglądać przerośnięte Miasteczko Wilanów? Miejscowi zaś chcąc wydostać się ze swojej enklawy fajnoserbskości mogą wsiąść do jednego z jadących po karykaturalnie szerokiej (zważyszy na minimalny ruch) arterii elektrycznych autobusów, zakupionych i kursujących wyłącznie dla nich, wysiąść pod dworcem autobusowym, i zobaczyć, dlaczego reszta miasta tak bardzo sprzeciwiała się budowie ich osiedla.

Kula Beograd, najwyższy budynek w Serbii i dominata kompleksu Beograd na Vodi

„Idź fotografować ładne dziewczyny”

Nie dziwię się jej zupełnie. Na miejscu belgradczyków też czułbym się, jakby napluto mi w twarz, gdybym codziennie musiał patrzeć na tą oazę luksusu z perspektywy starej części centrum miasta. Nie należę do wybrednych, nie potrzebuję do szczęścia wymuskanych kamieniczek i szwajcarskiego ordnungu, wręcz przeciwnie, uwielbiam chaos i syf całym sercem. Mimo to, zarówno zaraz po przyjeździe, jak i przez resztę pobytu w stolicy Serbii, przez moją głowę niejednokrotnie przewijało się jedno pytanie.

K**wa, o co tu chodzi?

Po raz pierwszy zadałem je sobie już chwilę po wyjściu z dworca do tej „gorszej” części miasta. Chodnik w fatalnym stanie, wydzielone na pierwszy rzut oka torowisko okazuje się kolejnym pasem ruchu, zresztą nikt z lokalsów niespecjalnie przejmuje się tym, co jest chodnikiem, co jest drogą, a co przejściem dla pieszych. Belgrad to jedno z tych miast, w których czekanie na zielone światło i trzymanie się przejść jest dla frajerów. Tutaj schemat przechodzenia przez ulicę jest dużo prostszy: wchodzisz na skraj chodnika w dowolnym miejscu, patrzysz w lewo, stwierdzasz, że być może nic cię nie zabije i idziesz. Co najwyżej cię strąbią. Serbscy kierowcy nie tyle rzucają w tym aspekcie rękawicę swoim kolegom po fachu z Włoch, co kładą ich na deski w pierwszej rundzie. Architektura Belgradu jak najbardziej wpasowuje się w chaos otoczenia. Chyba najdobitniej widać to na Trgu Slavija, jednym z głównych placów miasta, a zarazem miejscu, w którym dosłownie nic nie trzyma się kupy. Z jednej strony parking, z drugiej sypiące się, niskie XIX-wieczne kamieniczki, a zaraz obok całkiem interesujący postmodernistyczny budynek Narodowego Banku Serbii. Naprzeciwko niego stoi opuszczony modernistyczny hotel i wielkomiejska kamienica z fasadą zasłoniętą gazpromowskim billboardem sławiącym przyjaźń rosyjsko-serbską, a na środku placu – tandetna fontanna niczym z IKEI dla rewitalizujących się po kosztach miast. Kontrast na pełnej, ale nie taki estetyczny, zmuszający do refleksji nad ewolucją definicji piękna, a raczej z tych zrodzonych z kompletnego braku panowania nad przestrzenią, która –niekontrolowana przez nikogo – zatraciła jakąkolwiek spójność. Ni stąd, ni zowąd, zaledwie 500 metrów od tego królestwa chaosu wyrasta Cerkiew Świętego Sawy. Nie byle jaka z niej świątynia, w końcu nazywają ją nową Hagią Sophią, i w przeciwieństwie do większości tego typu porównań, nie wynika ono wyłącznie ze słowiańskiego kompleksu niższości. Ten gargantuiczny budynek ukończony został dopiero w 2019 r. po ponad 80 latach od wmurowania kamienia węgielnego (choć trzeba w tym miejscu pamiętać, że w czasach komunistycznej Jugosławii budowa została przerwana na niemal pół wieku). Efekt końcowy, trzeba przyznać, robi wrażenie. Hram Svetog Save to istny pokaz siły Cerkwi Prawosławnej (nie tylko serbskiej – istotne środki w jej budowę włożyli Rosjanie, a na otwarciu pojawił się sam Putin). Wnętrze ocieka złotem i bogactwem od podłogi aż po szczyt głównej kopuły, co nieprawdopodobnie kontrastuje z pobliskimi zaniedbanymi kamienicami. A nie jest to bynajmniej podła okolica – Vračar należy do najmodniejszych dzielnic stolicy Serbii. Marta Szpala, ekspertka Ośrodka Studiów Wschodnich określiła ją w jednym z odcinków podcastu „Dział Zagraniczny” mianem „Belgradzkiego Mokotowa”. Nie oznacza to wcale mniejszego chaosu, wręcz przeciwnie, plany zagospodarowania przestrzennego zdają się tam być nie tyle sugestią, co checklistą zasad do złamania. Zabudowa Vračaru składa się w połowie przedwojennych kamienic z sypiącymi się fasadami, w połowie z domków jednorodzinnych, często jakby losowo powciskanych pomiędzy siebie. Gdzieniegdzie bez ładu i składu powstawiano w tą i tak bezładną tkankę miejską kilkupiętrowe nowoczesne apartamentowce, jeszcze bardziej potęgujące anarchistyczny eklektyzm okolicy przypominającej na pierwszy rzut oka raczej Azję Południowo-Wschodnią niż Europę. Chodzę po ulicach Vračaru, bezskutecznie próbując pojąć, jakim cudem tak – nazwijmy to wprost – brzydka część miasta należy zarazem do najdroższych i najpopularniejszych, gdy ni stąd, ni zowąd natrafiam na miejski targ. Nie chodzi o jeden z  biobazarów dla młodych, pięknych i bogatych, z cenami dwukrotnie wyższymi niż w osiedlowych warzywniaków. O nie! To rasowe targowisko, jakich pełno w całym Belgradzie, z sypiącymi się wiatami i podstarzałymi sprzedawcami o styranych twarzach. Pytam parę wracających z zakupów emerytów, czy mogę zrobić im zdjęcie z bazarem w tle. Idź lepiej fotografować ładne dziewczyny – w poetycki niemal sposób odmawia mi starsza, niemal bezzębna już kobieta. Jest w tym coś alegorycznego dla serbskiej stolicy. Nie bez powodu mnóstwo blogerów podróżniczych odradza podróże do Belgradu, twierdząc, że to po prostu brzydkie miasto. Cóż, patrząc z perspektywy przeciętnego zjadacza chleba, chcącego sobie po prostu pooglądać ładne stare budynki, faktycznie nie za bardzo jest tu co szukać.

Ścisłe centrum Belgradu, zaraz obok siedziby Banku Serbii

„Kad se vojska na Kosovo vrati…”

No bo ile można chodzić w tę i z powrotem po bulwarze Knježa Mihaila i Terazijach? To chyba jedyne miejsca, w których można się poczuć jak w ładnym mieście. Belgrad nie ma starego miasta w klasycznym tego wyrażenia rozumowaniu – po odzyskaniu niepodległości przez Serbię w 1871 r. niemal cała tkanka miejska wybudowana za czasów tureckiego panowania została wyburzona i zastąpiona nową, zaprojektowaną na modłę austro-węgierską. Najbardziej reprezentacyjną częścią nowego centrum został właśnie bulwar Knježa Mihaila, w którego miejscu szlak komunikacyjny wytyczony został jeszcze w starożytności. Ulica ta do dziś pozostaje wizytówką Belgradu, zupełnie odbiegającą swoim wyglądem od reszty miasta. Zadbane kamienice, w przyziemiach zamiast wszechobecnych kantorów, w których gastarbajterzy wymieniają zarobione w Unii euro na dinary, znajdują się sklepy największych światowych marek i dobre restauracje. Jak na zachodzie, aż chciałoby się powiedzieć. Przynajmniej aż do zawitania w którymś z licznych sklepów z pamiątkami. A tam, obok magnesów z panoramą miasta i koszulek w stylu I love Belgrade, na klientów czekają akcesoria z wizerunkiem Putina, naszywki z upiornym logo Grupy Wagnera, kubki przypominające przy porannej kawie, że Kosovo je Srbija i wiele więcej produktów, jakby żywcem wziętych z asortymentu sklepu internetowego prowadzonego przez ekstremistów. Nie ma lepszej pożywki dla wszelkich onetów tego świata, tylko czekających na pretekst do napisania kolejnego klikalnego artykułu o krwiożerczych Serbach ponad wszystko marzących o wiecznej przyjaźni z Rosją i popełnieniu kolejnego ludobójstwa. Delikatnie rzecz ujmując, nie jestem fanem tego rodzaju dziennikarstwa. W pogoni za wyświetleniami i sensacją kompletnie zapomina się o nakreśleniu tła i wspomieniu, że Zachód nie daje zbyt wielu powodów ku temu, żeby Serbia go kochała. W euroamerykańskiej narracji wciąż dominuje paternalistyczne traktowanie i wypominanie – w tym miejscu po prostu trzeba to przyznać – okrutnych zbrodni na Bośniakach, Chorwatach i Kosowianach. Zupełnie przysłania to fakt, że zwykli Serbowie również byli ofiarami bałkańskich wojen, a w bombardowaniach NATO ginęli cywile. Trzeba jednak przyznać, że Belgrad, pomimo mojej miłości do niego i próbie zrozumienia jego trudnej historii, nie jest miejscem dla wrażliwych na skrajnie prawicowe treści. Stolica Serbii pełna jest graffiti wyrażających nienawiść do innych bałkańskich narodów i miłość do Rosji. Na jednej z ulic Dorćolu, niecały kilometr od ścisłego centrum, znalazłem nawet graffiti poświęcone Darii Duginie (całe szczęście częściowo zamazane, jak widać ludzi dobrej woli również nie brakuje). Prorosyjskość (a może raczej powinienem powiedzieć – proputińskość) tutejszych nacjonalistów jest tak zaciekła, że zdarzały się nawet przypadki pobić rosyjskich uchodźców uciekających przed mobilizacją za niepopieranie rosyjskiego dyktatora.

Nie każdy Serb kocha Rosję i Putina

Numerem jeden w hierarchii wartości serbskich nacjonalistów pozostaje jednak kwestia Kosowa. Kraj ten uznawany jest przez nich za miejsce święte, traktowane nie tyle jak terytorium zamieszkiwane przez ludzi z krwi i kości niekoniecznie chcących żyć pod panowaniem Belgradu, lecz jak mistyczny byt, którego utratę porównuje się do utraty serca. Tutejsi narodowcy (jak wszędzie na świecie) to proste, zaślepione jednowymiarową wizją świata istoty, których nie obchodzą ani dziesiątkami lat zadawane przez Serbów cierpienia Albańczyków, ani wizja kolejnej wojny z NATO, do której doprowadziłaby próba odbicia dawnej zbuntowanej prowincji. Dla nich Kosovo je srce Srbije i kropka. Stąd przyśpiewki na stadionach w całym kraju, bogoojczyźniane pamiątki i rozsiane po całym Belgradzie graffiti, rzucające się w oczy nawet bardziej od wszechobecnych murali Crvenej Zvezdy i Partizana. Kad se vojska na Kosovo vrati… (tłum. Kiedy armia wróci do Kosowa…) – można przeczytać na murach niemal każdego osiedla we wszystkich większych serbskich miastach, nierzadko wespół z antyunijną i antynatowską symboliką. Oficjalnie to tylko pierwsze słowa pieśni patriotycznej wyrażającej tęsknotę za utraconym regionem. Nieoficjalne znaczenie murali jest znacznie mroczniejsze. W popularnej na serbskich stadionach i marszach narodowców przyśpiewce dalsza część brzmi bowiem Svaki Šiptar, Svaki Šiptar dobro će da plati, co oznacza Każdy Sziptar (obraźliwe określenie Albańczyków) dobrze nam zapłaci.

Idziesz kupić warzywa, wracasz z czetnicką flagą – takie rzeczy tylko w Belgradzie

„Mir, stabilnost, Vučić”

Większość serbskich mediów gra z nacjonalistami do jednej bramki. Patrząc na publikowane artykuły aż trudno uwierzyć, że nie chodzi o niszowe, skrajnie prawicowe pisemka, a mainstreamowe tytuły. Pejoratywne nazywanie innych narodowości i prorosyjska retoryka są tam na porządku dziennym. Bezprecedensowe szaleństwo Ustaszy! Zabraniają cyrylicy serbskim dzieciom – krzyczał nagłówek na pierwszej stronie Alo!, jednego z większych tabloidów w kraju. Informował o zatrzymaniu elementarzy napisanych cyrylicą na granicy z Chorwacją. Ukraina napadła na Rosję! – w ten sposób Informer, najpopularniejsza serbska gazeta, przedstawia zbombardowanie rosyjskiego terytorium na drugi dzień po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Komu przeszkadzają graffiti i przyśpiewki „Kad se vojsko na Kosovo vrati” – tak z kolei Politika (niegdyś szanowane pismo, od czasów rządów Miloševicia prorządowa gadzinówka) przedstawia protesty aktywistów przeciwko antykosowskim muralom. W dalszej części artykułu zarzuca owym aktywistom działanie na rzecz obcych interesów. Wszystkie wyżej wymienione tytuły, tak samo jak niemal wszystkie inne popularne serbskie gazety, łączy bezpośrednie powiązanie z Aleksandarem Vučiciem, prezydentem Serbii, bądź bliskimi mu ludźmi. Media, finansowane przez masowo reklamujące się w nich spółki państwowe, rozdrapują rany narodu i posypują je nacjonalistyczną solą. Opozycyjne narracje nie mają szans na przebicie się, podobnie jak na sąsiednich Węgrzech. Nie ma w Serbii oficjalnych organów cenzury – nie są do niczego potrzebne, wystarczy wykończyć nieprawomyślne tytuły finansowo. Te istniejące natomiast wychwalają rząd, Rosję i Chiny, szczują na skalę niemal przemysłową na wszystkich sprzeciwiających się Vučiciowi i zarzucają im działanie na szkodę interesów narodu. Ludzi takich nazywa się Drugosrbinama, coś na kształt pisowskiego „gorszego sortu Polaków”. Czy służy to czemukolwiek poza chwilowym podbiciem poparcia na poczuciu krzywdy i odsunięciu uwagi od (licznych przecież) afer? Oczywiście, że nie. Rządzący Serbią traktują głoszone przez siebie idee czysto instrumentalnie, ich wyimaginowani wrogowie są jednocześnie zbyt silni, żeby nimi nie straszyć, i zbyt słabi, żeby podejmować przeciwko nim realne działania. Nie będzie żadnego powrotu wojsk do Kosowa, nie zostaną podjęte realne działania przeciwko Chorwatom, bo nie jest to niczyim głównym celem. Co najwyżej przeszkodziłoby to rządowi w kręceniu brudnych interesów.

Paradoksalnie, sam rząd deklaratywnie stara się dążyć ku zachodowi i ma na celu dołączenie w przyszłości do Unii Europejskiej. Mało kto pamięta, ale Aleksandar Vučić doszedł do władzy na proeuropejskich postulatach. Jednocześnie nie przeszkadza mu to w utrzymywaniu bliskich stosunków z Rosją i Chinami oraz regularnym grożeniu Kosowu interwencją militarną. Efekty stawiania okrakiem na arenie międzynarodowej wyglądają z zewnątrz co najmniej śmiesznie. Symbolem nieudolności Vučicia było spotkanie w 2020 r. z Donaldem Trumpem, ówczesnym prezydentem USA, na którym wynegocjowane zostało porozumienie w sprawie normalizacji stosunków z Kosowem, jednocześnie zobowiązując Serbię do m.in. uznania Hezbollahu za organizację terrorystyczną, usunięcia chińskiej infrastruktury 5G oraz… przeniesienie ambasady w Izraelu do Jerozolimy. Hitem bałkańskiego internetu został wówczas mem przedstawiający Josipa Titę palącego cygaro w Białym Domu, zestawionego z Moniką Lewinsky i Vuciciem z podpisem „Samo tri osobe pušile su u Beloj Kući” (tłum. tylko trzy osoby paliły/obciągały w Białym Domu). Jednocześnie za każdym razem, kiedy zachodni świat mówi „sprawdzam”, serbski rząd odmawia jednoznacznego stanięcia po jego stronie. W końcu cały czas niemal wszystkie surowce naturalne sprowadzane są do kraju z Rosji, a jego najważniejszy koncern naftowy, NIS, znajduje się w rękach Gazpromu. Gigant z Petersburga posiada w Serbii nawet stacje benzynowe pod swoją marką, a w Belgradzie wywiesza billboardy przedstawiające splecioną flagę serbską i rosyjską z podpisem Zajedno (tłum. razem). Daleko tym stosunkom do równości obu stron, Rosjanie traktują w nich swojego partnera bardziej jako wasala, który za niskie ceny gazu będzie w stanie zrobić wszystko. Nic dziwnego, że Serbia nie zdecydowała się na nałożenie sankcji po rozpoczęciu inwazji na Ukrainę. Zbyt wiele by ryzykowała, wystarczy jedna decyzja Putina, aby preferencyjne ceny surowców przestały być preferencyjne, a rząd straciłby sojusznika w kwestii kosowskiej. Większości mieszkańców (przynajmniej tej głosującej, frekwencje wyborcze nie należą tu do najwyższych) zdaje się to jednak nie przeszkadzać. Może Serbia się rozwija znacznie wolniej niż chociażby sąsiadująca Chorwacja, może daleko jej do podmiotowości na arenie międzynarodowej, ale przynajmniej zagwarantowany jest pewien spokój. Mir, stabilnost, Vučić (tłum: pokój, stabilność, Vučić) – głoszą promujące aktualnego prezydenta plakaty. Niespełnienia obietnic trudno mu zarzucić, jest pokój, jest stabilność, nawet jeśli lepiej pasowałoby słowo „stagnacja”. No i jest Vučić na najważniejszym stanowisku w państwie. Pozostaje na nim od 2017 r., podobnie jego partia, SNS, która rządzi krajem już od 10 lat, pomimo wybuchających co kilka miesięcy wielkich antyrządowych protestów. Prawdę mówiąc, nie ma co potępiać godzących się na taki stan rzeczy. Po traumatycznych latach 90., które upłynęły pod znakiem wojny, kryzysu i sankcji, ci ludzie chcą po prostu spokoju. Bomby nie spadają na głowę, nikt nie każe im strzelać do dawnych przyjaciół. Tylko Serbów chcących zmiany szkoda.

Architektoniczne BDSM

Nie zawsze tak było. Jeszcze nie tak dawno Belgrad zamiast bycia matecznikiem nacjonalizmu, wojny i następującej po niej zapaści, znajdował się w awangardzie postępu. Okres od II wojny światowej do rozpadu Jugosławii był chyba najlepszy w dziejach miasta, które w zaledwie 40 lat urosło ponad dwukrotnie, z 380 tysięcy mieszkańców przed wojną do ponad miliona w latach 80. Za wielkim wzrostem ludności szły wielkie inwestycje, których wizytówkę stanowi Nowy Belgrad. Obecnie dzielnica ta kojarzona jest przede wszystkim z kompilacji zdjęć przedstawiających szare, sypiące się bloki i utrwalających stereotyp krajów słowiańskich jako skrajnie depresyjnych i brzydkich, obowiązkowo z lecącą w tle muzyką Molchat Doma. Tymczasem w drugiej połowie XX w., kiedy Nowy Belgrad wyrósł z zajmujących jego teren wcześniej bezludnych mokradeł na północnym brzegu Sawy, stanowił on szczyt futuryzmu i nowoczesnej urbanistyki. To nie miało być zwyczajne blokowisko mające na celu wyłącznie szybkie i tanie zapełnienie luki na rynku mieszkaniowym, a pokaz siły jugosłowiańskiego inżynierii i architektury. Każdy z „bloków”, jak nazywane są poszczególne kwartały, różni się od siebie pod względem architektury, standaryzowane nie były nawet budynki użyteczności publicznej. W efekcie w Belgradzie powstał prawdopodobnie największy zespół brutalistycznej architektury na świecie, zachwycający swoją surowością i betonowymi formami. Szkoda tylko, że przytłaczająca większość budynków ostatnie poważniejsze prace remontowe widziała jeszcze za czasów Tity, przez co dziś pozostają w co najmniej kiepskim stanie technicznym. Szczególnie skandalicznym można nazwać stan Zapadnej Kapiji Beograda, ikonicznego zespołu dwóch połączonych ze sobą brutalistycznych wież, jednej biurowej i jednej mieszkalnej, nad którymi góruje przypominająca spodek restauracja. 115-metrowy budynek, swego czasu najwyższy na całych Bałkanach, jednogłośnie zalicza się do największych arcydzieł modernizmu na świecie, w dodatku położony jest zaraz przy głównej arterii prowadzącej do Belgradu (stąd nazwa Zapadna Kapija, czyli„zachodnia brama”), można by się więc spodziewać, że stanowi jedną z wizytówek miasta. Nic z tych rzeczy. Restauracja i zasłonięta banerami reklamowymi wieża biurowa od lat pozostają opuszczone, a na odrapanej fasadzie i będącej w jeszcze gorszym stanie esplanadzie można przeczytać na przykład, że Srbija je Kosmet (skrót od Kosowa i Metohiji, jak rząd Serbii wciąż oficjalnie nazywa swoją dawną prowincję), a Svi Grobari (ultrasi belgradzkiego Partizana) su Hrvati. Brzmi to wszystko jak opis zdegradowanego, opanowanego przez gangi obszaru, czegoś na kształt johannesburskiego Hillsbrow. Paradoksalnie jest wprost przeciwnie – Nowy Belgrad to najbogatsza dzielnica w całej Serbii. Właśnie tutaj swoje biura posiada większość międzynarodowych korporacji, a na blokach, których nie zdążono zabudować za czasów Jugosławii, jak grzyby po deszczu wyrastają osiedla deweloperskie. A co z resztą – z tymi zapomnianymi przez Boga i rząd blokami? Cóż, toczy się tam po prostu normalne życie. Żadnych terroryzujących okolice gangów i handlarzy narkotykami. One owszem były, ale tylko w czasach najgłębszego kryzysu lat 90. Dziś mieszkają tam przede wszystkim zwykli ludzie i rodziny z dziećmi, w końcu to całkiem atrakcyjna lokalizacja. Cicho, blisko są szkoły i sklepy, mnóstwo zieleni, a że się sypie? Przecież cały Belgrad się sypie.

Ten tramwaj lata świetności ma już dawno za sobą, podobnie jak bloki w tle
Tu nawet przedszkola muszą być brutalistyczne

Można Nowy Belgrad kochać, można go nienawidzić. Ja należę zdecydowanie do tych pierwszych. Zwiedzanie tej okolicy ma w sobie coś z BDSM, ból przeplata się z rozkoszą, odpadający beton i wojna raczej kiepskiej jakości estetycznej graffiti Crvenej Zvezdy i Partizana przeplatają się z wizjonerskimi formami nadanymi zwyczajnym blokom i szkołom przez jugosłowiańskich architektów, co nadaje im niesamowitego klimatu upadłej utopii. Bo tym właśnie jest to miejsce. Ba, w zasadzie cała Serbia to taka upadła utopia, która w XX w. przeszła szybką drogę z piekła prowincjonalnego, ogarniętego wojnami kraiku, do nieba gwałtownego rozwoju i światłych wizji, tylko po to, żeby później równie szybko spaść z powrotem w czeluść. Potężne, betonowe wieżowce są niczym pozostałość po upadłej cywilizacji. Takiej, w której królowała idea bratstva i jedinstva, a skłócone ze sobą i niewiele dziś znaczące państwa stanowiły części liczącej się na arenie międzynarodowej i mającej świetlane perspektywy rozwoju całości. Nie sposób nie mieć takich myśli przemierzając jedno z najpotężniejszych dzieł Jugosławii. Nagle krajobraz zmienia się. Monumentalne bloki zastępują niskie kamieniczki, całkiem zresztą zadbane, robi się jakoś tak waniliowo, europejsko wręcz. To Zemun, wybudowane przez Węgrów miasto w mieście, jeszcze w latach 30., niemające z Belgradem nic wspólnego, a przed I wojną światową leżące w granicach innego państwa. Historycznie to już Wojwodina, kraina urokliwych, niskich domków, kościółków i węgierskiej secesji, całkiem nawet zadbana. Choć Węgrów praktycznie już tu nie ma, cały czas wyczuwalna jest odrębność Zemunu. Bałkański chaos łagodnieje na rzecz cekańskiego poukładania. Zamiast głośnych kafan i ćevabdžinic, partery zajmują klimatyczne kawiarnie i restauracje. Ogólnie można poczuć się jak na środkowoeuropejskim starym mieście. No i ten dodający jeszcze większego uroku Dunaj, szeroka jak jezioro królowa europejskich rzek, przy której warszawska Wisła to ledwie prowincjonalne książątko. W Belgradzie odizolowany od mieszkańców industrialnymi terenami, na Zemunie tętni życiem – nabrzeże pełne jest spacerowiczów wieczorami gromadzących się w licznych tawernach. Nie rozumiem tylko, skąd Johann Strauss wpadł na pomysł zatytułowania poświęconego rzece walca „Nad pięknym modrym Dunajem”, bo ten Dunaj to raczej tutaj brunatny i śmierdzący. Lokalsom i tak nie przeszkadza to w kąpielach – jak widać, temperatura przekraczająca 35 stopni w cieniu popycha do najbardziej desperackich kroków.

Jak widać, Belgrad to nie tylko bloki i chaos

Epilog

Avalski Toranj wygląda, jakby ktoś wyjął go żywcem z planu Gwiezdnych wojen. Trójnoga betonowa wieża telewizyjna do dziś zachwyca swoim futuryzmem, a w 1965 r., kiedy została wybudowana, musiała robić naprawdę ogromne wrażenie. Albo raczej – kiedy wybudowany został pierwszy budynek na jej miejscu. Oryginalna wieża runęła po bombardowaniach z 1999 r. Ta obecna jest dokładną, ale jednak repliką, ukończoną zaledwie 15 lat temu. To jedna ze stanowczo zbyt niewielu sytuacji, w których Belgrad otrząsnął się z tragicznej przyszłości i zrozumiał, że wieczne płakanie nad rozlanym mlekiem nie tylko nie pomaga, a wręcz szkodzi. Dziś Avala to jedno z najpopularniejszych miejsc wypoczynku dla mieszkańców miasta. Zielona, oddalona od centrum góra pozwala odpocząć od wiecznego chaosu stolicy Serbii, a wieża pozwala spojrzeć na nią z zupełnie innej perspektywy. Zero martyrologii, po prostu ludzie cieszący się życiem. U podnóża wieży stoi automat do zdjęć, jeden z tych, które za zdecydowanie zbyt wysoką cenę uwieczniają wizerunek turystów ze znanymi atrakcjami w tle. „Cheers” – mówi kiepsko nagrany głos do robiącej sobie zdjęcie kobiety z dzieckiem, przy czym nieświadomie wysyła wiadomość do całego miasta „uśmiechnijcie się, tam na dole nienawiść i wypominanie krzywd do niczego nie prowadzi, idźcie dalej w przyszłość i bądźcie przy tym weselsi, przecież potraficie”.

Bo Belgrad przecież naprawdę potrafi się zabawić. Wystarczy przejść się wieczorem na Skadarliję, niewielki kwartał w pobliżu Bulwaru Knjeza Mihaila, aby poznać radośniejsze oblicze tego miasta. Tamtejsze bary i restauracje z muzyką na żywo przyciągają nie tylko miejscowych, ale również turystów z całej Europy, chcących zasmakować bałkańskiego nocnego życia. Siadam przed swoim hostelem, wyciągam piwo – co teoretycznie jest na serbskich ulicach nielegalne, jednak w praktyce nikt nie zwraca na to uwagi – i obserwuję imprezową stronę Belgradu, który jak chce, potrafi wyleczyć się z historycznego kaca i oczarowywać cały świat swoją atmosferą. Może nadejdą czasy, kiedy reszta miasta dostosuje się do Skadarliji i Avali. Może kiedyś Belgrad przestanie być w Europie tylko formalnie, jak z charakterystycznym dla siebie gorzkim poczuciem humoru opisywał Serbię Đorđe Balašević, chyba najwybitniejszy jugosłowiański pieśniarz. Potencjał jest, trzeba go tylko umieć wykorzystać.