Autor: Filip Wieczorek
Granice Czech, w porównaniu z resztą Europy Środkowej, mogą uchodzić za oazę spokoju. Tak jak ich sąsiedzi przez wieki albo pełnili niewdzięczną funkcję autostrady pędzących z Zachodu na Wschód (i vice versa) wojsk, albo oktagonu, na którym bili się ze sobą Habsburgowie z Otomanami, tak otulona przez Sudety i Rudawy od północy i Szumawę od południa Bohemia odgrodzona jest od sąsiadów kreskami wytyczonymi na mapie już w XVI w. Nie istniało, co prawda, przez większość tego okresu coś takiego jak niepodległe Czechy, których terytorium długo należało do państwa Habsburgów. Sam jednak fakt przetrwania granic przez tak długi czas, niezależnie od tego, czy oddzielały od siebie kraje, czy tylko prowincje, świadczy o pewnej stabilności. Jakże odmienna jest to sytuacja od polskiej, w końcu nad Wisłą sama tylko II wojna światowa przyniosła utratę niemal połowy dawnego terytorium i przeniesienie środka ciężkości państwa o kilkaset kilometrów na zachód. A jednak doświadczenie zasiedlania opuszczonych przez Niemców po wojnie ziem wcale nie jest Czechom obce. Z tą różnicą, że pionierzy znad Olzy i Wełtawy zasiedlali przygraniczne tereny od wieków należące do swojego własnego kraju, gdzie przez setki wcześniejszych lat wcale nie mieli podstaw, aby czuć się jak u siebie. Niemców sprowadzano tam już w średniowieczu, za czasów panowania dynastii Przemyślidów. Schemat był prosty – Czesi nie chcieli osiedlać się na górskich terytoriach, władza wpadła zatem na pomysł osiedlenia tam Niemców. Z czasem rozprzestrzenili się oni po całym kraju, stając się jego integralną częścią i partycypując na równi z natywnymi mieszkańcami w tworzeniu państwowych instytucji, na czele z praskim Uniwersytetem Karola. Po opanowaniu Czech przez dynastię Habsburgów w XVI w. rola niemieckojęzycznej ludności naturalnie tylko się umocniła, wciąż jednak stanowiła ona większość wyłącznie w górskich rejonach o charakterze wiejskim. Z jednym wyjątkiem – niewielkim obszarem w Rudawach i Sudetach (od tego drugiego pasma górskiego wzięło się określenie „Niemcy sudeccy” używane w dwudziestoleciu międzywojennym do opisania całej mniejszości niemieckojęzycznej w Czechach). Powstało tu prężnie rozwijające się centrum gospodarcze, którego centrum stanowiła ciągnąca się przez kilkadziesiąt kilometrów policentryczna aglomeracja powstała wokół silnie uprzemysłowionych miast: Ústí nad Labem (Aussig an der Elbe), Teplic (Teplitz), Mostu (Brüx) oraz Chomutova (Komotau). Niemcy stanowili tam większość aż do końca II wojny światowej – dopiero po jej zakończeniu zostali wysiedleni. Nie zostawili po sobie spalonej ziemi – tak jak na polskich ziemiach zachodnich – a nieznacznie tylko zniszczony, gotowy do przejęcia przez nowych gospodarzy w zasadzie od zaraz zespół miejski, który z miejsca stał się jednym z najważniejszych centrów gospodarczych Czech. A tam gdzie pieniądze, tam jak grzyby po deszczu pojawiają się nowe, odważne projekty, szczególnie jeśli mowa o kraju autorytarnym, gdzie władza niespecjalnie musi się liczyć z głosem ludzi. Jako że do takich komunistyczna Czechosłowacja, a środków do działania brakowało jej zdecydowanie najmniej z całego bloku wschodniego (może poza NRD), następne lata przyniosły Severozapadowi wielkie inwestycje i równie wielkie zmiany.

Zbudujmy sobie miasto na nowo
Miasto Most to takie czeskie Tychy – tylko w wersji turbo, wybudowane przez kraj mogący pozwolić sobie na znacznie więcej niż PRL, który musiał radzić sobie w warunkach wiecznego oszczędzania na wszystkim. Obie miejscowości są wybudowanymi od zera już po wojnie, modelowymi i modernistycznymi miastami, dowodem ostatecznego triumfu socjalistycznego progresu nad kapitalistyczną tradycją. W Moście ten triumf potraktowano zresztą bardzo dosłownie. Samo miasto, choć pod względem tworzącej je tkanki bardzo młode, może pochwalić się całkiem długą historią sięgającą aż XI w. Swoje tysiąclecie w 2040 r. będzie już jednak obchodzić w zupełnie innym miejscu niż to, w którym zostało założone. Tam, gdzie niegdyś stał stary Most, znajduje się bowiem sporej wielkości… jezioro. Od wczesnych lat 70. do 1999 r. wydobywano tam węgiel brunatny, którego złoża odkryto akurat pod powierzchnią miasta. Można pomyśleć, że wyburzenie całkiem nieźle funkcjonującego ośrodka i przeniesienie go w zupełnie inne miejsce tylko po to, żeby przez niecałe 30 lat wydobyć trochę węgla brunatnego, brzmi jak najcięższe możliwe przestępstwo przeciwko środowisku naturalnemu – i to jest prawda. Cóż, czescy komuniści, mimo rządzenia jedną z najbardziej zateizowanych części Europy bardzo głęboko wzięli sobie do serca boskie przykazanie o czynieniu sobie ziemi poddaną. Przynajmniej ta sytuacja stała się pretekstem do wcielenia w życie jednego z najciekawszych projektów architektoniczno-urbanistycznych w powojennej Europie. Już na samym początku Most wita przyjezdnych niemal całkowicie przeszkloną bryłą modernistycznego dworca kolejowego projektu Josefa Dandy, naczelnego architekta czechosłowackiej kolei, autora w zasadzie każdej większej stacji powstałej w ČSRS, na czele z futurystycznym praskim Hlavakiem. Dalej jest jak u Hitchcocka z alternatywnego uniwersum, w którym postanowił zająć się planowaniem miast – zaczyna się od mocnego uderzenia, a im dalej w las, tym robi się bardziej modelowo i modernistycznie. Most to jedno wielkie socjalistyczne blokowisko wybudowane z całym dobrodziejstwem inwentarza. Są zatem olbrzymie zespoły kilkunastopiętrowców z – co wcale nie było takie oczywiste w erze wiecznych niedoborów – doskonale rozbudowaną infrastrukturą usługową i mnóstwem zieleni. Pomiędzy blokowiskami zaś przepływają szerokie arterie, tutaj na szczęście z siecią tramwajową w pakiecie, zatem niezupełnie samochodocentryczne. No i jest wściekła posttransformacyjna pasteloza. Ktokolwiek, kto nauczony latami mieszkania w Polsce wyobraża sobie blokowiska nie jako morza szarzyzny, a nieokiełznany szał niekoniecznie pasujących do siebie kolorów, poczuje się w Moście jak w domu.
Most posiada również coś, na co Tychy pozwolić sobie nie mogły – reprezentacyjne centrum. Serce miasta stanowi potężny plac, na którym znajdują się jego najważniejsze i najciekawsze budynki. Jest olbrzymi, modernistyczny teatr z marmurową fasadą, zupełnie nieprzystający do posttransformacyjnych czasów urynkowienia kultury i swoją skalą pasujący do znacznie większego ośrodka niż 60-tysięczny Most; mamy reprezentacyjny kilkunastopiętrowy hotelowiec wciąż spełniający swoją rolę, co wcale nie jest w przypadku socmodernistycznych hoteli takie oczywiste; w końcu jest i stanowiące symbol miasta centrum kultury i planetarium przechodzące obecnie generalny remont. Radykalnie modernistyczny w swojej formie obszar zupełnie zrywa z tradycyjną koncepcją centrum miasta – zamiast tradycyjnych ulic postawiono na oddzielone od siebie korytarze piesze i samochodowe, duże place oraz rozległe parkingi. Koncepcja ta, w swoich czasach uznawana za nowatorską i rewolucyjną, pomimo niewątpliwych walorów estetycznych samych budynków urbanistycznie źle się zestarzała. Zabetonowane, zastawione samochodami centrum zwykle zionie pustkami, słusznie sprawiając wrażenie przeskalowanego i nieefektywnie wykorzystującego przestrzeń. Tego stanu rzeczy nie zmieniły nawet podjęte w ostatnich dekadach próby dogęszczania okolicy. Życie społeczne w Moście toczy się raczej wewnątrz blokowisk, które próbę czasu przetrwały zdecydowanie lepiej. Do centrum nie ma specjalnie po co jeździć, no bo raczej nikogo nie przyciąga ani otwierany zaledwie po kilka razy w miesiącu teatr, ani wybudowany z myślą o minionych czasach świetności hotel. Brakuje miejsca, gdzie można by po prostu usiąść, zjeść smažený sýr zapijany czeskim piwem, zajrzeć do sklepu. Mało które miejsce pokazuje tak dobitnie, dlaczego modernistyczną urbanistykę w jej najbardziej dogmatycznym wydaniu należy uznać za porażkę.

Eksperyment udany połowicznie
Ústí nad Labem – niespełna 100-tysięczna stolica Kraju Usteckiego, nieformalnie główny ośrodek całego czeskiego Severozápadu, również nie należy do miast wolnych od kontrowersyjnych architektonicznych eksperymentów. Nie spotkała go może tak radykalna transformacja jak Mostu, jednak również tutaj postanowiono całkowicie przebudować centrum miasta na modernistyczną modłę. Zgodnie z planami komunistycznych urbanistów ze starego miasta zostać miała tylko katedra, cała reszta miała zostać wyburzona i zastąpiona gmachami urzędów i blokami dla partyjnych dygnitarzy. Plan zrealizowano tylko częściowo – brak czasu i środków nie pozwolił na ukończenie radykalnej transformacji, ta jednak osiągnęła na tyle zaawansowany etap, że zdołała wzbudzić całkiem spore kontrowersje. Adam Something, jeden z najpopularniejszych youtuberów poruszających tematy związane z urbanistyką, a swego czasu mieszkaniec Ústí nad Labem, projekt przebudowy centrum miasta wprost określił mianem barbarzyństwa. Odważne słowa – owszem, z dzisiejszej perspektywy można zwrócić uwagę na niepotrzebne marnowanie zasobów (chociaż w latach 70., a już szczególnie w latach 70. w Czechosłowacji, mało kto zwracał na to uwagę), jednak jakby się głębiej nad tym wszystkim zastanowić, nie zniszczono nic specjalnie cennego. Ustecka starówka była może i niebrzydkim, ale jednak niczym niewyróżniającym się centrum miasta, jakich w Czechach nie brakuje. Tego samego nie można jednak powiedzieć o wybudowanych w jej miejscu perełkach modernizmu, stanowiących niekwestionowaną wartość dodaną dla kultury miasta i kraju. Mieszkańców przestarzałych kamienic przesiedlono zaś do nowoczesnych wówczas blokowisk, które ulokowano na wzgórzach, co jest zupełnie zrozumiałe w przypadku położonego w dolinie przemysłowego miasta (kto miał wątpliwą przyjemność oddychać zimowym powietrzem w Katowicach, ten doskonale wie, o co chodzi). Jeśli tak ma wyglądać barbarzyństwo, to na co nam w sumie cywilizacja, szczególnie kiedy ta ma się opierać na skostniałym konserwatyzmie i łopatologicznym wartościowaniu na zasadzie stare – dobre, nowe – złe. Szczególnie, że przecież koniec końców wyszło mniej radykalnie, niż zakładały początkowe plany. W efekcie usteckie centrum zupełnie niezamierzenie stało się miejscem, gdzie przeplata się ze sobą kilkaset lat historii czeskiej architektury. Za symbol tutejszych kontrastów posłużyć może Lidické náměstí, długi, zazieleniony plac, z jednej strony zamknięty neobarokowym gmachem Teatru Północnoczeskiego, z drugiej monumentalnym budynkiem miejskiego ratusza, wybudowanym w charakterystycznym dla powojennej czeskiej architektury stylu brukselskim. Zaraz obok historia się powtarza, tym razem na ulicy Dlouhej. Ciąg pohabsburskich kamienic ustępuje tam w pewnym momencie brutalistycznemu gmachowi wybudowanemu dla partii komunistycznej, a dziś wykorzystywanemu przez władze Usteckiego Kraju. Budynek jest pieszczotliwie nazywany „wanną” przez lokalsów z uwagi na charakterystyczny kształt sali kongresowej. Ustecki eksperyment po latach okazał się znacznie większym sukcesem niż mostecki, może właśnie ze względu na takie kontrasty, a może dlatego, że upakowanie centrum na niewielkim obszarze między linią kolejową a wzgórzami niespecjalnie pozwalało na urbanistyczne szaleństwa. O to już mniejsza – ważne, że centrum miasta żyje. Szczególnie w weekendy, kiedy Czesi oddają się swojej ulubionej rozrywce, czyli popijaniu piwa w jednym z licznych barów.

Zaraz za ścisłym centrum robi się już typowo czesko w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Pagórkowaty teren, XIX-wieczne kamienice, krajobraz powtarzający się jak Czechy długie i szerokie, od Karlowych Warów po Brno. No i te kolory. Wściekłe, jaskrawe, kontrastujące ze sobą kolory. Odnowione w większości kamienice, każda jedna inaczej pomalowana, a na nich szyldy i reklamy, równie wszechobecna jak w Moście pasteloza na blokowiskach, czerwone tablice z nazwami ulic – wszystko to atakuje wymykającą się spod jakiejkolwiek kontroli feerią barw. Zupełne przeciwieństwo szarości i beznadziei polskiej prowincji. Totalnie inaczej też niż w byłym NRD, gdzie choć każdy, kto może, ucieka na Zachód albo do Berlina, to nawet najbardziej wymierające miasteczka wystroiły się na swój własny pogrzeb jak szczur na otwarcie kanału. Czuć jednak w Czechach tę jakże znaną z Polski anarchię przestrzenną. Być może nie w aż takim stopniu, jednak do dostrzeżenia powtarzających się grzechów nie trzeba mieć magisterki z gospodarki przestrzennej. Reklamoza ma się na usteckich ulicach całkiem dobrze – szyldy w żaden sposób nie współgrają z fasadami kamienic, a wręcz starają się z nimi kontrastować. Trochę jak w bajkach dla dzieci, z których Czechy jeszcze niedawno tak bardzo przecież słynęły: kolorowe domki, a na nich wyróżniające się napisy, żeby dziecko nie miało problemów ze zrozumieniem, że tu jest poczta, tu szkoła, a tu fryzjer. Słowiański duch dzielnie bije się z dziedzictwem austroniemieckiej Mitteleuropy i bynajmniej nie stoi w tej walce na przegranej pozycji.

Moralna porażka
Podobnie jak dziś, słowiańszczyzna walczyła w Ústí z niemiecczyzną również 80 lat temu, tym razem w znacznie bardziej dosłownym i krwawym tego słowa znaczeniu. Po zakończeniu II wojny światowej nowe władze Czechosłowacji z miejsca uznały Niemców sudeckich za konia trojańskiego, którego należy jak najszybciej pozbyć się z odbudowującego się państwa. Fakt faktem, wielu wykazywało otwarcie antypaństwową postawę. Dość powiedzieć, że w wyborach w 1935 r. (ostatnich przed II wojną światową) aż 60% z nich oddało głos na nazistowską Partię Sudeckich Niemców, czyniąc ją nawet największą pojedynczą frakcją w parlamencie. Nic jednak nie usprawiedliwia tego, co wydarzyło się w Usti nad Labem 31 lipca 1945 r. Zaczęło się od eksplozji składu amunicji na przedmieściach, w której zginęło 27 osób, pośród których było siedmiu Czechów. Tragedia stała się pretekstem do linczu na Niemcach, których identyfikację znacznie ułatwiał wymóg noszenia przez nich białych opasek z literą „N” na ramieniu. Nie wiadomo, ile dokładnie osób zginęło tamtego dnia. Współczesne czeskie źródła szacują liczbę ofiar na około 100. Po latach wyszło na jaw, że zarówno eksplozja, jak i masakra najprawdopodobniej sprowokowane zostały przez służby specjalne. Próbowały one przekonać zebranych w tamtym okresie na konferencji poczdamskiej Aliantów, że współżycie narodu czeskiego i niemieckiego nie jest możliwe, a co za tym idzie, Niemców należy deportować. W okresie komunistycznej Czechosłowacji zabronione było nawet wspominanie o masakrze, przez co wielu młodszych mieszkańców Ústí nawet nie wiedziało, że miała ona w ogóle miejsce. Do debaty publicznej temat zamieszkujących miasto Niemców i powojennego pogromu powrócił dopiero po transformacji. W 2005 r. na moście, z którego zrzucona została jedna z pierwszych ofiar, odsłonięto tablicę pamiątkową, natomiast cztery lata temu w miejskim muzeum otwarta została stała wystawa „Naši Němci” poświęcona historii niemieckojęzycznych mieszkańców Ústí.
W 1999 r. miasto znów znalazło się na ustach całego świata i znów chodziło niestety o wydarzenia na tle narodowościowym. Tym razem miejsce Niemców w roli niechcianej grupy zajęli Romowie. Do Usteckiego Kraju zostali przesiedleni przymusowo, przede wszystkim ze wschodniej Słowacji, pod pretekstem wsparcia w integracji z czeskim społeczeństwem. W rzeczywistości jednak zamiarem władz było rozbicie starych komórek społecznych i pozyskanie taniej siły roboczej, szczególnie potrzebnej w zindustrializowanym i wyludnionym z Niemców Severozápadzie. Nigdzie w Czechach nie ma tak wielu Romów, co w Kraju Usteckim – ich populację szacuje się na ok. 7% całego regionu. Już w czasach komunistycznych byli oni aktywnie gettoizowani przez władze, czego skrajny przypadek stanowi osiedle Chanov w Moście. Niewielkie blokowisko oddalone o kilometr od najbliższych zabudowań, wciśnięte pomiędzy linię kolejową, stację uzdatniania wody i drogę ekspresową z Teplic do Chomutova przywodzi na myśl najgorsze praktyki polityki społecznej rodem z koszyckiego Luníka IX czy nawet warszawskiego Osiedla Dudziarska. W Ústí nie podejmowano tak ostentacyjnych prób izolacji społeczności romskiej, choć oczywiście daleko było im do równego traktowania. Romowie byli bowiem pierwszymi do zwalniania w okresie transformacji, stanowili również, podobnie jak w przypadku reszty Czech, cel regularnych ataków ze strony skrajnej prawicy i neonazistów. Wtedy nadszedł rok 1999 i skandaliczna decyzja o zbudowaniu dwumetrowego muru wzdłuż ulicy Matiční. Władze miasta usprawiedliwiały się, nazywając go „barierą dźwiękoszczelną” (ciekawy pomysł, zbudować barierę dźwiękoszczelną z przerwami między sztachetami, że też nikt wcześniej na to nie wpadł) i uzasadniając jego budowę ochroną biegających po ulicy dzieci. Nie trzeba, delikatnie mówiąc, posiadać intelektu Einsteina, żeby dojść do wniosku, że chodziło tak naprawdę o fizyczne oddzielenie „białej” strony ulicy od tej „romskiej”. Narracji o dziurawej barierze dźwiękoszczelnej nie kupiły też media – w ten sposób na całym świecie dowiedziano się o istnieniu średniego miasta gdzieś między Dreznem a Pragą, gdzie stosuje się metody rodem z amerykańskiego Deep South w latach 50. Nie kupiła jej też Unia Europejska, grożąca zaburzeniem procesu wstąpienia Czech do wspólnoty. Ostatecznie mur został zdemontowany jeszcze w tym samym roku. Czy doprowadziło to do jakiejkolwiek pozytywnej zmiany sytuacji Romów z Severozápadu? Oczywiście, że nie. Dzieci z Chanova jak żebrały na mosteckim dworcu, tak żebrzą. Ten sam dworzec pozostaje jedynym budynkiem w mieście, do którego mogą dojść, nie ryzykując zamienienia się w kupę flaków przez pędzącą ciężarówkę. W Ústí może i nie buduje się już murów, za to w 2018 r. koalicję rządzącą miastem wespół z populistycznym ANO utworzyła lokalna partia UFO startująca pod hasłem „Miasto bez pasożytów”. Rok później przegłosowano uchwałę wyłączającą nowych mieszkańców całego miasta z możliwości starania się o dodatek mieszkaniowy, aby zapobiec rzekomo masowej turystyce socjalnej, choć zgodnie z czeskim prawem możliwość ta zarezerwowana powinna być wyłącznie dla obszarów o wyjątkowo trudnej sytuacji społecznej. Rozwiązań systemowych zaś jak brakowało, tak brakuje.

Sprawiedliwsza transformacja
Odrapane kamienice, sypiące się PRL-owskie projekty stanowiące niegdyś dumę miasta, powietrze, które szczególnie zimą można kroić nożem – wszyscy znamy ten obraz. Historie ośrodków przemysłowych praktycznie z dnia na dzień zmuszonych do poradzenia sobie z kapitalistyczną rzeczywistością i przegrywających nierówną walkę z wolnym rynkiem aż nadto wryły się w obraz III Rzeczpospolitej i były chyba jej największą porażką. Dominująca nad Wisłą narracja głosi, jakoby tak gwałtowny upadek industrialnych obszarów był ofiarą konieczną do poniesienia w celu modernizacji i zwiększenia konkurencyjności gospodarki. Tymczasem Severozapad, jak na jednoznacznie nastawiony na przemysł obszar w Europie Środkowej, trzyma się zaskakująco nieźle. Może i przesadą będzie stwierdzenie, że przeszedł przez lata 90. suchą stopą – aglomeracja Usti-Chomutov należy do najbiedniejszych regionów w kraju z relatywnie wysoką stopą bezrobocia, niezbyt wysokimi zarobkami i wyróżniającym się na czeską skalę spadkiem populacji. Bardzo daleko im jednak do falloutowego klimatu Bytomia czy Wałbrzycha. Większość budynków utrzymanych jest w całkiem dobrym stanie, duża część wielkich zakładów wciąż funkcjonuje, choć na mniejszą skalę niż kiedyś, a usteckiej infrastruktury wciąż może pozazdrościć wiele teoretycznie lepiej rozwiniętych regionów Europy Środkowej. Po ulicach Mostu jeżdżą nowoczesne, niskopodłogowe tramwaje, a w jego granicach znajduje się tor wyścigowy spełniający wyższe kryteria niż jakikolwiek obiekt tego typu w Polsce. Teplice pochwalić się mogą największym w kraju poza Pragą stadionem piłkarskim, Usti zaś to po prostu całkiem nieźle rozwinięte miasto posiadające swój uniwersytet, ikonę czeskiej architektury współczesnej w postaci Mostu Mariańskiego i wciąż prężne działający przemysł ciężki. W przyszłości mają się tu nawet zatrzymywać pociągi KDP z Berlina do Pragi. Może i w Czechach nie wystarczy to nawet do średniej, jednak z pewnością regionu nie spotkał ten sam los, co polskich upadłych ośrodków, po których zabiciu nie wysłano nawet przysłowiowej śmieciarki, żeby zgarnęła trupa.


