AUTORZY: Tytus Dunin, Zofia Oleksiak, Maciej Bystroń-Kwiatkowski
Przykro jest nam to stwierdzić, ale tekst ten tak naprawdę nie omawia wszystkich możliwych oblicz kampanii w wyborach prezydenckich 2025 r. Nie omawia nawet większości, prawdopodobnie nawet nie połowy. Opisuje za to kilka wybranych kwestii kampanii prezydenckich, które redaktorzy „Magla” uznali za najbardziej interesujące. Dlaczego więc artykuł ten zatytułowany został „Wszystkie oblicza kampanii”? Cóż – chcieliśmy tym gestem pokazać, że publicystyka rządzi się podobnymi prawami co polityka. Tutaj liczy się estetyka i chwytliwy slogan; suchy fakt czy nawet najbardziej zaskakująca statystyka są nie tylko mało skuteczne – w kompetetywnej atmosferze kampanii mogą nawet działać na niekorzyść posługującego się nimi kandydata.
1 czerwca 2025 r. odbyło się ponowne głosowanie w wyborach prezydenckich. Zwycięzcą II tury okazał się ostatecznie Karol Nawrocki, natomiast wynik był niepewny do samego końca. Wynik sondażu exit poll, choć dawał nieznaczną przewagę Rafałowi Trzaskowskiemu, nie dawał żadnej pewności co do tego, kto tak naprawdę zwycięży w wyborach – nie przeszkodziło to wprawdzie Trzaskowskiemu przedwcześnie ogłosić zwycięstwo. Kiedy jednak nazajutrz Państwowa Komisja Wyborcza wydała oficjalne oświadczenie, spełnił się najgorszy koszmar sztabowców obecnego prezydenta Warszawy – jego przeciwnik wygrał różnicą ok. 300 tys. głosów. Była to najmniejsza różnica w wyborach prezydenckich w całej historii III RP.
Różnica ta jednak rozpala ciekawość co do szaleństwa, jakie doprowadziło do tego wyniku – kampanii wyborczej. O tym, jak działa jej jednocześnie precyzyjny i chaotyczny mechanizm, co jej przebieg świadczy o współczesnej polskiej kulturze politycznej i jakie wnioski możemy wyciągnąć z niej na przyszłość – opowiemy w niniejszym artykule.
FARMAKOKINETYKA PREZYDENCKA. CZĘŚĆ I
Tytus Dunin
Opowiem teraz dwie historyjki. Obie równie prawdziwe.
W 1969 r. senator John Pastore przewodniczył przesłuchaniu kongresowemu na temat przyszłości mediów publicznych w Stanach Zjednoczonych. Administracja Richarda Nixona poszukiwała cięć budżetowych na rok 1970 – chciano wówczas zredukować m finansowanie publicznej korporacji CPB (Corporation for Public Broadcasting) z rekomendowanych przez administrację Lyndona B. Johnsona 20 milionów dolarów do jedynie 10 milionów. CPB współtworzyła telewizję publiczną NET (przekształconą później w funkcjonujący do dzisiaj PBS) i rok później miała utworzyć publiczne radio NPR. Proponowane cięcia budżetowe stanowiły jednak poważne zagrożenie dla rozwoju mediów publicznych.
Senator Pastore, sceptyczny i bezlitosny recenzent dotychczasowych wystąpień ekspertów i przedstawicieli CPB, oddał na przesłuchaniu odbywającemu się 1 maja głos bliżej nieznanemu twórcy programów dla dzieci, Fredowi Rogersowi. Rogers jednak, zamiast czytać przygotowane wcześniej oświadczenie, decyduje się w ostatniej chwili na otwartą i szczera rozmowę z senatorem. Opowiada wówczas o swoim doświadczeniu ze współtworzeniem programów edukacyjnych dla dzieci, o tym, jaka jest jego misja i dlaczego chciałby ją kontynuować:
– I give an expression of care every day to each child, to help him realize that he is unique. I end the program by saying, „You’ve made this day a special day, by just your being you. There’s no person in the whole world like you, and I like you, just the way you are.” And I feel that if we in public television can only make it clear that feelings are mentionable and manageable, we will have done a great service for mental health.
Ku jeszcze większemu zaskoczeniu senatora, Rogers jeszcze bardziej oddala się od „rzeczowej”, suchej dyskusji na temat finansowania telewizji i oferuje zadeklamowanie słów jednej z piosenek powstałych na potrzeby jego programów.
Cała sala pełna ekspertów wsłuchuje się wówczas w słowa piosenki dla dzieci What do you do with the mad that you feel? deklamowane przez bliżej nieznanego słuchającym aktora.
(Naprawdę polecam każdemu obejrzenie tego przemówienia – moja żałosna próba przelania niezwykłego napięcia rozbrajanego przez łagodny głos Rogersa na papier nawet nie umywa się do oryginału.)
Po zakończeniu przemówienia, senator Pastore kończy przesłuchanie znamiennymi słowami:
– I think it’s wonderful. I think it’s wonderful. Looks like you just earned the 20 million dollars.
Fred Rogers, który przez kolejne 34 lata swojego życia zbuduje w Ameryce wizerunek zawsze pogodnego i czułego prezentera programów dla dzieci, uratował w tym momencie całą amerykańską telewizję publiczną.
***
W roku 2025 w Polsce natomiast odbyło się kilka publicznych debat prezydenckich. Wiele z nich odbyło się w niekompletnym składzie kandydatów – jedynie dwie zebrały wszystkich kandydujących w danej turze. Były to debaty prezydenckie TVP, które odbyły się 12 i 23 maja. Na debacie przed I turą spotkało się aż 13 kandydatów, co spowodowało, że debata ta trwała prawie 4 godziny. Debata przed II turą była zdecydowanie bardziej przewidywalna i mieściła się w przedziale czasowym umożliwiającym obejrzenie jej nawet przez osoby umiarkowanie zainteresowane polityką. Miłym smaczkiem było to, że obaj kandydaci pojawili się na tej samej debacie – bo po doświadczeniach sprzed 5 lat to nie było gwarantowane.
Co do samego przebiegu debat – w porównaniu z poprzednimi ich wartość emocjonalna była nieco większa. Kandydaci ochoczo zadawali sobie nawzajem pytania i oferowali cięte riposty, chcąc wykreować dobre fragmenty do użycia w ostatniej fazie pierwszoturowych kampanii. Zdecydowanym zaskoczeniem była wymiana uszczypliwości między prezenterką, Dorotą Wysocką-Schnepf a Krzysztofem Stanowskim. No właśnie – z pewnością powiewem świeżego powietrza w tej kampanii były kandydatury o wyraźnym zabarwieniu satyrycznym, czyli te Joanny Senyszyn i Stanowskiego właśnie. Choć spodziewano się po nich wprowadzenia znacznego zamętu w nieco monotonnych procedurach polskich wyborów prezydenckich, a także bezlitosnego punktowania pozostałych kandydatów – w końcu, kto lepiej obnaży hipokryzję poważnych kandydatów niż ten, kto nie ma nic do stracenia w tych wyborach? – skończyło się tylko na kilku słabych przytykach i niezbyt dosadnych przemowach o bezsensowności ogólnopolskich wyborów prezydenckich. Mimo to, pozytywnie oceniłbym reakcję pozostałych pretendentów na kandydatów satyrycznych. Zamiast umiejszać im i pompować powagę kampanii, współpracowali oni z nimi w rozładowaniu jej napięcia. Choć mojego stosunku do Stanowskiego nie mógłbym określić jako do końca pozytywnego – a jego „kampanii” jako na tyle symetryzującej, na jaką chciałby ją kreować – to oceniam jego eksperyment jako umiarkowanie udany i godny powtórzenia, acz w lepszej wersji. Kandydatura Senyszyn natomiast nie była całkowicie satyryczna – miała ona koherentne postulaty i faktycznie walczyła o głosy, nawet jeśli z humorystycznym zacięciem.
Poza tym, w tej kampanii niewiele było właściwej dyskusji o planowanej przez kandydatów strategii politycznej, ich obietnice zaś wydawały się jeszcze mniej wiarygodne niż przed pięcioma laty. Dyskurs skupiał się zatem na personalnych jakościach i wadach kandydatów. Można by na podstawie tego wysunąć pochopną tezę o upadku kultury politycznej w Polsce i zredukowaniu wyborów prezydenckich do konkursu piękności. Dlaczego jednak pochopną?
Nie bez powodu obok tytułu Farmakokinetyka prezydencka widnieje napis Część I – widzimy się za dwie strony.
Generacja Z vs wybory prezydenckie
Zofia Oleksiak
Młodzi zaskoczyli wszystkich. Prognozy wyborcze nie dawały nam zbyt dużej sprawczości. Ostatecznie, osoby od 18 do 29 roku życia miały prawie największą frekwencję ze wszystkich grup wiekowych. Aż 76% pełnoletnich Zetek udało się do urn. W pierwszej turze w większości oddali głos na Sławomira Metzena, w drugiej – poparli Nawrockiego.
Skręcamy w prawo przez TikToka?
To nie takie proste. Faktycznie, social media odegrały w wyborach kluczową rolę, jeśli chodzi o młodą grupę docelową. Internet stał się naszym naturalnym środowiskiem do życia. Naturalnie sięgamy po informacje na portale, takie jak X, Instagram czy Facebook. Algorytmy nas rozpieszczają. Pokazują treści w obrębie pewnej bańki, w której się aktualnie znajdujemy.
Najlepszą kampanię internetową prowadził Sławomir Mentzen z Konfederacji oraz Adrian Zandberg z partii Razem. Pokazały to wyniki I tury. Mentzen grillował na YouTubie, był na bieżąco z tiktokowymi trendami. Zandberg grał w Minecrafta i Dark Soulsy, a sztab zmontował kilka wyborczych piosenek pod hasłem „adrianwave”, aby wypromować jego postulaty polityczne.
Mimo niskiego wyniku, Joanna Senyszyn też skradła serca generacji Z. Słynny zwrot „kochani” i czerwone korale szybko stały się popularnym obiektem memów. Co zrobiła Pani Profesor? Publikowała je na swoim profilu. Prawdziwa imperatorka galaktyki.
Infantylność?
Raczej chodziło tu o autentyczność. Rafał Trzaskowski był kreowany na człowieka idealnego, nieomylnego. Do każdej debaty perfekcyjnie przygotowany. Wysoko wykształcony. Młodzi wyborcy od początku widzieli w tym fałsz. Ciężko jest utożsamić się z kimś pretendującym do perfekcji – tacy ludzie po prostu nie istnieją.
Karol Nawrocki początkowo nie radził sobie z tym wcale lepiej. Podczas kampanii wyszło na jaw sporo negatywnych aspektów jego przeszłości. Sprawa mieszkania, ustawki kibiców – jednak niekoniecznie mu to zaszkodziło aż tak, jak wszyscy przewidywali. Ostatecznie, to jego w większości wolała generacja Z.
PiS, PO – jedno zło
To slogan, który łączył Zandberga i Mentzena. Obydwaj kandydaci określali się jako opozycjoniści. Mocno krytykowali działania obecnego i poprzedniego rządu. W październiku 2023 r. to głosy młodych wyborców zadecydowały o odsunięciu Prawa i Sprawiedliwości od władzy. Swój kredyt zaufania dali nowej koalicji. Jednak po prawie dwóch latach czują się rozczarowani. Ze słynnych stu obietnic Donalda Tuska zrealizowano ich kilka, może kilkanaście. Dlatego zetki postanowiły dać szansę nowym opcjom.
PiS i PO mają swoje stałe mocne elektoraty. Popularny był też trend w głosowaniu za kandydatem lub koniecznie przeciwko danemu kontrkandydatowi. Powstawały hasztagi w stylu #ByleNieTrzaskowski. Generacja Z miała już dość duopolu politycznego, wybierania pomiędzy „złem a mniejszym złem”. Wyłamali się z klasycznej polaryzacji politycznej.
Trzeba pamiętać, że raczej nie należymy do wspomnianych stałych elektoratów. W większości były to dla nas pierwsze lub drugie wybory prezydenckie, wcześniej ewentualnie parlamentarne, które jednak mają nieco inny charakter. Jako świeżo upieczeni wyborcy dopiero wchodzimy w świat polityki i kształtujemy swoje poglądy – niektórzy szybciej, inni wolniej.
Nie tylko media społecznościowe i algorytmy odpowiadają za utrwalanie naszych wyborów. Spore znaczenie ma środowisko, w którym wychowujemy się i dorastamy. Często poglądy wynosimy jeszcze z domu rodzinnego – ale nie zawsze idzie to wprost proporcjonalnie. To, że nasi rodzice są za Prawem i Sprawiedliwością, wcale nie prognozuje pójście w ich ślady. Złe relacje z bliskimi mogą spowodować odwrotną tendencję. Większe znaczenie ma dobór znajomych.
Ignorowanie potrzeb młodych
Generacja Z została zaniedbana. Większość postulatów polityków były skierowane do starszego elektoratu. Problemy młodego pokolenia poruszali w swoich kampaniach ci, którzy uzyskali od niego najwięcej głosów.
Sławomir Mentzen poruszał temat wolności słowa w przestrzeni internetowej. Przyciągał sloganami o wysokich kosztach życia, tworzył treści edukacyjne na temat podatków. Mówił o polityce imigracyjnej. Zandberg skupił się na prawach pracowniczych, które są mocno naruszane w stosunku do początkujących pracowników. „Umowy śmieciowe” to codzienność u studentów. Wielu pracodawców wykorzystuje najmłodszych w zespole.
Pomimo reprezentowania zupełnie innych stron politycznych, łączyło ich dobre zorientowanie się na nasze potrzeby. Poruszali sprawy drogiego mieszkalnictwa i krytykowali stan polskiej edukacji – w której wiele z nas nadal się znajduje. Podniecali też niechęć do panującego duopolu, oskarżali PiS i PO o „kolesiostwo” i zarzucali im pewnego rodzaju nepotyzm. Z tymi obietnicami wyborczymi dużo łatwiej było nam się utożsamić i je w pełni zrozumieć.
Być może polityka nie jest głównym tematem codziennych rozmów, ale naiwne jest stwierdzenie, że w ogóle się tym nie interesujemy. Zarówno wybory parlamentarne w 2023 roku, jak i tegoroczne prezydenckie, pokazały siłę i motywację młodych wyborców do wyrażania swojego politycznego zdania. Coraz mocniej zwracamy na siebie uwagę. Społeczeństwo się starzeje, a stały elektorat dwóch największych partii maleje.
Gdyby to tylko generacja Z miała wybierać prezydenta, druga tura wyglądałaby zupełnie inaczej. Wyniki exit pollu zwróciły medialne oczy w naszym kierunku. Co teraz zrobią politycy?
LWEM I LISEM
Maciej Bystroń-Kwiatkowski
Szaleństwem jest, ponoć, czynić ciągle to samo i oczekiwać innych rezultatów. Jednak gdy Koalicja Obywatelska zdecydowała się po raz drugi wystawić Rafała Trzaskowskiego w wyborach prezydenckich, nastroje w sprzyjającej mu części partii i wiernym elektoracie KO były bardziej niż optymistyczne. Trzaskowski mógłby nawet pijany przejechać tę zakonnicę w ciąży na pasach i wciąż odnieść zwycięstwo!
2 czerwca 2025 roku. Różnicą 369 591 głosów w II turze wyborów zwycięża Karol Nawrocki.
Polski książę
Nikt nie oddaje istoty bycia skutecznym politykiem lepiej niż Niccolo Machiavelli. W swoim Księciu napisał: Ponieważ więc książę obowiązany jest umieć używać bestii, powinien sobie wybrać lisa i lwa, lew bowiem nie poradzi przeciw sieciom, lis nie poradzi przeciw wilkom. Należy więc być lisem, aby się poznać na sieciach, i lwem, aby odstraszać wilków.
Rafał Trzaskowski nie był ani lisem, ani lwem. To człowiek wszechstronnie wykształcony, człowiek z inteligenckiej rodziny, jednak o sylwetce bardziej administratora niż polityka. Nie oceniam go prywatnie – z lektury książki Rafał wyjawia się obraz interesującego gościa.
Ale tu się pojawia główny mankament – to jedyne, czego dowiedzieliśmy się o Trzaskowskim w kampanii; a my nie wybieraliśmy kumpla, tylko prezydenta. Kandydat nie prowadzi swojej kampanii sam. Sztab zawiódł. Sztab składający się z uśmiechniętego grona przyjaciół wierzących, że sama „fajność” Trzaskowskiego zatriumfuje. Sztab ludzi, którzy bardziej marzyli o ciepłych posadkach w Kancelarii Prezydenta niż o zwycięstwie – to wszak miało być pewne i automatyczne.
Trzeba wysiłku, by ponieść porażkę, i wysiłek ten Platforma Obywatelska z pewnością poczyniła, nie po raz pierwszy zresztą. Nikt inny nie zna przepisu na przegrywanie wyborów prezydenckich lepiej niż PO. Na pięć prób udało im się odnieść wątpliwy sukces aż w czterech. Grajcie, Platformo, wciąż na tych samych zasadach, a Karol Nawrocki zostanie z nami do 2035 roku.
Co poszło nie tak?
Należało wyjść ze swojej bańki. Pierwsza zasada – dostosowanie języka do obiorcy. Przemawianie w Kanale Zero, u Mentzena, na telewizyjnych debatach czy nawet wiecach jak do grupy studentów na wykładzie to gorzej niż błąd; to głupota. Wprawny słuchacz wyłapie, że Trzaskowski często starał się wyłożyć wszystkie aspekty, za i przeciw każdego problemu, jednak dla większości sprawiał wrażenie krętacza niepotrafiącego zająć jednego stanowiska.
Niestety, PO, którego Trzaskowski jest wiceprzewodniczącym (z czego, notabene, powinien był na czas kampanii zrezygnować), samo położyło fundamenty pod to wrażenie. Oto przepis na porażkę: staraj się zadowolić wszystkich. Ani Platforma, ani Trzaskowski nie opanowali umiejętności krótkiego i stanowczego przedstawiania problemów. Być może Trzaskowski zyskałby na wiarygodności, gdyby odciął się od PO. Od Donalda Tuska powołującego się na Jacka Murańskiego, od Kingi Gajewskiej i jej żenującego zdjęcia ziemniakowego. Niestety, do tego nigdy nie doszło i niechęć Polaków do PO ciągnęła się za jej kandydatem.
Pokłosie
Szkoda, że sztabowcy nie zrozumieli zawczasu, że klęska nie jest jedyną karą za lenistwo – jest nią także sukces innych. Prezydentem nie został lis czy lew, ale wilk z niebezpiecznymi powiązaniami. Czeka nas kohabitacja i wojna domowa, której pokłosiem będzie wyłącznie dalsze osłabienie rangi Polski na arenie międzynarodowej.
Mogliśmy mieć prezydenta, który zagwarantuje nam silną i liczącą się pozycję w Europie i innych stosunkach międzynarodowych, stabilność wewnętrzną i zastopowanie atrofii struktur państwowych. Tej gwarancji teraz nie będzie.
PiS kampanię przeprowadziło na najwyższych obrotach. Zgodnie z politycznymi podstawami wykreowali kandydata od zera. Zrobili Karola Nawrockiego z nikogo. Wytrenowali go w przemówieniach, aktywnie promowali go na poziomie lokalnym. Przy kolejnych aferach stali za nim murem. Stawka była za wysoka, by zatrzymać jakiekolwiek karty – można było grać tylko va banque.
PO lokalnie nie działało i aż żal patrzeć na mapę odwiedzonych przez Trzaskowskiego powiatów. Mimo to różnica wyniosła zaledwie 370 tys. – niech to posłuży za najlepsze przedstawienie, jak choćby minimalnie lepsza kampania mogła zmienić wynik wyborów.
Ignorancja polityków
Trzaskowski byłby świetnym prezydentem, lecz był kiepskim kandydatem. Wkurza nieudolność Platformy. Każda moneta ma jednak dwie strony.
Od początku wiadomo było, że w II turze zmierzą się Trzaskowski i Nawrocki – naiwnym był każdy, kto twierdził inaczej. Ciężko też więc nie winić Szymona Hołowni i Magdaleny Biejat za agresywną kampanię wymierzoną w Trzaskowskiego. Cel uświęca środki, lecz jeżeli celem było dobro państwa, a nie personalny sukces – jak sami kandydaci twierdzili – to krytyka ta mogła pozostać stonowana.
Narracja o tym, że „wyborców się nie przekazuje” jest w całości infantylna i żal jej słuchać na poważnie. Pytanie po I turze było proste: Skoro zostało dwóch kandydatów, na którego z nich Pani/Pan zagłosuje? Rozumiem motywację Adriana Zandberga, ale jeżeli nie wspiera się niechodzenia na wybory, to na kogoś głos został oddany. Jeśli się mylę i Zandberg II turę odpuścił, to czemu my mamy pójść głosować na niego?
Ignorancja młodych
Można zrozumieć wyborców Nawrockiego, którzy kojarzą rządy PiS z poprawą ich sytuacji. Elitarystyczne ataki wymierzone jako pogarda w stylu: prezydenta wybrali nam ludzie z wykształceniem podstawowym, są obrzydliwe i godne wyłącznie potępienia.
Zadziwia jednak polityczna ignorancja młodych ludzi.
Kompetencje Prezydenta są w tym kraju małe, jednak przypisano mu jedną kluczową zdolność: niszczenia. Jak długo będzie trwać wroga kohabitacja, tak długo w tym kraju nic się nie zmieni.
Współczesny świat promuje jednak myślenia emocjami, a nie rozumem. Rolka z TikToka czy zabawny komentarz Krzysztofa Stanowskiego mają większą wartość niż zróżnicowanie źródeł informacji i zagłębienie się w temat. Rząd Donalda Tuska – dla przypomnienia osobom zwiastującym zabetonowanie systemu składającego się z 4 głównych partii i 6 mniejszych – nie zrealizował wielu obietnic, czym zranił uczucia wyborców. I popieram pokazanie im za to niechęci w wyborach parlamentarnych w 2027 roku, jeżeli taka będzie konieczność – ale to nie były wybory na tę manifestację.
Chwyciło hasło o rzekomym duopolu. Duopol mamy w Stanach Zjednoczonych, u nas istnieją dwa największe ugrupowania. Do czego chcemy wrócić? Do wyborów, gdzie największy komitet ma 62 mandaty? Do rządu mniejszościowego w stylu Jana Olszewskiego?
I tura była idealna na wyrażenie poglądów – II tura to pragmatyzm. Tak, czasem trzeba wybrać mniejsze zło. Tak, nie zawsze będzie idealnie. Niektórzy powinni wreszcie pogodzić się z tym, że w wyborach można głosować za powolną zmianą, utrzymaniem status quo albo za zacofaniem i zniszczeniem postępu. W 2025 roku wybór był między drugą opcją i trzecią – wciąż nie widać różnicy?
Jeżeli mam wybierać pomiędzy jednym złem a drugim, to wolę nie wybierać wcale napisał Andrzej Sapkowski, a cytat ten jest powielany przez wielu, którzy na II turę iść nie chcieli. Jeżeli utożsamiacie się z nim, przeczytajcie resztę opowiadania – utworu, w którym Sapkowski wyłożył, jak bardzo to podejście prowadzi do chaosu, destrukcji, a na końcu i tak ktoś wybierze za nas.
Korzystajmy z różnych źródeł, weryfikujmy informację. Współcześnie lepiej wiedzieć, niż żeby ktoś wiedział w naszym imieniu.
FARMAKOKINETYKA PREZYDENCKA. CZĘŚĆ II
Tytus Dunin
Wrócę teraz do historii opowiedzianych w części pierwszej. Dlaczego powiedziałem, że obie są równie prawdziwe? Cóż…
Wydarzenia z przesłuchania kongresowego w 1969 r., które opisałem w pierwszej części, są jak najbardziej prawdziwe – to jednak, co zakrzywia obraz tego przesłuchania, to ramowanie wyżej przytoczonej historii, która, niestety, w tej zakrzywionej wersji weszła do kanonu amerykańskiej retoryki. Choć historia o uwielbianym prezenterze telewizyjnym, który siłą dobroci przekonuje do siebie bezkompromisowego senatora, jest jak najbardziej wzruszająca, to brzmi ona nieco banalnie. A jest tak dlatego, że pomija się kluczowy dla niej kontekst.
Prawdziwa jest często powielana teza, że Pastore uważał telewizję za medium pełne przemocy – pomija się jednak fakt, że właśnie dlatego był on jednym z najbardziej otwartych proponentów utworzenia mediów publicznych. To m. in. dzięki jego wysiłkom legislacyjnym powstały one podczas prezydentury Johnsona.
Pastore zatem szukał na tych przesłuchaniach dobrej historii, która „sprzedałaby” uchronienie mediów publicznych przed cięciami administracji Nixona. Chcąc osiągnąć zamierzony cel, musiał liczyć się z uwarunkowaniami własnego środowiska i wykorzystać je na własną korzyść – a narracja wykorzystująca serdeczną wypowiedź Rogersa nadawała się do tego idealnie.
Dlatego właśnie zatytułowałem moją część tego artykułu zbiorowego Farmakokinetyka prezydencka. Farmakokinetyka bowiem jest działem farmakologii badającą wpływ organizmu na przyjęty lek. Bliźniaczym jej działem jest farmakodynamika – ta zaś zajmuje się wpływem leków na organizm. Gdyby przyrównać obie te dziedziny do dynamiki zachodzącej wewnątrz kampanii prezydenckiej, w której metaforycznym „lekiem” byłby kandydat, pokusiłbym się o stwierdzenie, że dużo większą wagę przywiązuje się we współczesnym dyskursie do farmakodynamiki niż farmakokinetyki. Jak często słyszymy „co kandydatura X oznacza dla Polski”, a jak często „co spowodowało takie, a nie inne zachowanie kandydata X”?
Chcielibyśmy wierzyć, że oddając głos na karcie wyborczej, popieramy człowieka. Cóż – może to zabrzmieć absurdalnie rażąco, ale politycy to (w większości) nie są ludzie. Możemy zyskać dużo lepszy ogląd sytuacji, rozważając poszczególne kandydatury jako mechanizmy, wewnątrz których przyjęta ideologia, afiliacje, poprzednie wypowiedzi i czyny oraz – mimo wszystko – ludzkie emocje dyktują następny ruch pod wpływem danych bodźców. Debaty prezydenckie w obecnej formie pozwalają na dosyć łatwe rozłożenie tych mechanizmów na części pierwsze, ponieważ dla każdego wątku przewidują maksymalnie trzy akcje (pytanie, odpowiedź, riposta) – a jak wiemy z teorii szachowej, im mniejsza liczba rozważanych ruchów, tym łatwiej jest wyłonić z nieogarnialnej umysłem liczby unikalnych ruchów w szachach zwięzły ich kanon dla danej sytuacji. Dlatego właśnie teoria szachowa jest bardziej rozwinięta dla otwarcia i gry końcowej.
Z chęcią wyłoniłbym po proppowsku dla każdego z kandydatów taki „kanon otwarć” wraz z opisem tego, które kwestie są dla danego kandydata słabością lub mocną stroną i pokazał przy tym nużącą przewidywalność, jaka biła w mojej opinii od kandydatów w debatach TVP. Zdaje się jednak, że dla przeciętnego czytelnika nie byłoby to zbytnio interesujące.
Gdybym miał jednak zakończyć ten tekst jedną myślą, którą chciałbym posłać w Polskę po wyborach, to zachęciłbym nas wszystkich do myślenia niekoniecznie o tym, jak polityka wpływa na nas (choć to też jest ważne), ale o tym, jak nasze zachowania kształtują polityków i jak możemy wykorzystać to do naszych celów. Nie bądźmy naiwni – nie żądajmy od polityków prawdy (bo na nią mogą pozwolić sobie ci, którzy nie liczą na bezpośrednią władzę – czyli satyrycy i partie poza koalicją), ale twórzmy dla nich takie środowisko, w którym ich teatr wprowadzał będzie realne zmiany na korzyść państwa – tak jak zrobił to senator Pastore 1 maja 1969 r.

