AUTOR: Filip Wieczorek
Rewitalizacja linii kolejowej Belgrad–Nowy Sad była jednym ze sztandarowych projektów rządu Aleksandra Vučicia. 75 kilometrów linii kolejowej, po której pociągi jeżdżą z prędkością 200 kilometrów na godzinę, to tylko część wielkiego projektu rewitalizacji serbskiej kolei, w ramach którego znacząco skrócona ma zostać podróż w pierwszej kolejności z Belgradu do położonej przy węgierskiej granicy Suboticy, zaś w docelowej perspektywie szybkie pociągi mają przewozić osoby podróżujące do stolicy Serbii z Budapesztu. Już dziś, po realizacji pierwszej części całego planu, jest to jedyna linia dużych prędkości na całych Bałkanach. Wrażenie robi tym większe, że radykalnie kontrastuje ona z prezentowanym przez koleje na półwyspie obrazem nędzy, rozpaczy, przestarzałego taboru wlokącego się z prędkościami nierzadko nieprzekraczającymi 50 kilometrów na godzinę i wielogodzinnych opóźnień. Nic dziwnego, że krótki odcinek linii o podwyższonym standardzie, która w wielu krajach europejskich na nikim nie robiłaby wrażenia, stała się w pewnym sensie narzędziem serbskiego soft power jako cel podróży dla vlogerów kolejowych masowo nagrywających filmy w stylu This is the fastest train in the Balkans, wewnętrznie zaś stanowiła jeden z przedmiotów propagandy sukcesu. Optymistycznej atmosferze sprzyjał też fakt, że nikt nie zadawał trudnych pytań – no, przynajmniej nie w niemal całkowicie zawłaszczonych przez otoczenie Vučicia serbskich mediach; choć ilość kontrowersji otaczających projekt była tak wielka, że powinna stanowić dla dziennikarzy żyłę złota. Wszystko szło zgodnie z planem: Sokoły (jak handlowo nazywają się szybkie pociągi łączące Belgrad z Nowym Sadem) od 2022 r. łączyły dwa największe miasta w Serbii, pokrzykiwań krytyków nikt nie słyszał, a w niedalekiej perspektywie było otwarcie kolejnego odcinka do leżącej pod węgierską granicą Suboticy. Czar prysł wraz z nadejściem 1 listopada 2024 r. To wtedy zarwało się betonowe zadaszenie wejścia do świeżo wyremontowanego budynku dworcowego w Nowym Sadzie, w jednej chwili odbierając życie 13 osobom i obracając jedną z pereł w koronie rządzących Serbią przeciw nim samym.
Serbsko-chiński szwindel
Jakkolwiek niestosownie by to nie zabrzmiało, tragedia w Nowym Sadzie nikogo nie powinna dziwić. Projekt rewitalizacji linii Belgrad–Budapeszt i towarzyszącej jej infrastruktury prowadzony był bowiem dokładnie tak jak można było się tego spodziewać po współczesnej Serbii. Mówiąc wprost – liczba przekrętów, niejasności i przypadków cięcia kosztów tam, gdzie ciąć się ich zdecydowanie nie powinno, już od początku kazała pytać nie, czy do katastrofy dojdzie, tylko jak szybko ona nastąpi. Tak jak w przypadku większości realizowanych w ojczyźnie Vuka Karadžicia megaprojektów, przebudowę linii powierzono przedsiębiorstwom z Chin (choć w tym przypadku za część prac torowych odpowiedzialne były również Koleje Rosyjskie). To jeden z elementów prowadzonej przez Vučicia „wielowektorowej polityki zagranicznej”, która w założeniu polegać ma na równoważeniu wpływów największych światowych mocarstw, w praktyce jednak – cóż za szok i niedowierzanie – opiera się na pogardzaniu wszystkim, co zachodnie, i ochoczym oddawaniu swojej suwerenności Rosji oraz, przede wszystkim, Państwu Środka. Stosunki serbsko-chińskie stanowią modelowy przykład pełzającej wasalizacji zachodzącej za pełną zgodą i zadowoleniem mniejszego z „partnerów”. Inwestorzy z Dalekiego Wschodu skupują strategiczne serbskie przedsiębiorstwa – w ich rękach znajduje się m.in.: kopalnia miedzi w Borze oraz największy w kraju konglomerat hutniczy, które eksportują nad Sawę więcej towarów niż jakikolwiek inny kraj na świecie (przy okazji nic praktycznie nie importując, w 2024 r. sprzedali produkty o czterokrotnie większej wartości niż kupili), w końcu to oni właśnie odpowiadają za najważniejsze projekty infrastrukturalne w kraju, rzecz jasna finansowane kredytami zaciągniętymi w chińskich instytucjach finansowych. Co ma z tego Serbia? Przede wszystkim możliwość pokazania się Zachodowi z silniejszym kolegą, dla Vučicia – niespecjalnie na zachodzie uwielbianego – wizyty najwyższych chińskich oficjeli i słowa Xi Jinpinga o „przyjaźni ochrzczonej przez wspólnie wylaną krew” (podczas natowskich bombardowań w 1999 r. przypadkowo trafiona została ambasada Chin, śmierć poniosło 6 dyplomatów) są jak protekcja gimnazjalnych osiłków dla klasowego wymoczka, zmuszają do liczenia się z nim, jeśli nie przez to, kim jest on sam, to z racji na to, z kim się zadaje. Nie ma co ukrywać, wiele chińskich inwestycji faktycznie poprawiło jakość życia w Serbii, nawet jeśli kosztem politycznej zależności. Może i kolej do granicy z Węgrami czy autostrada do Cacka mają stanowić przede wszystkim część Inicjatywy Pasa i Szlaku, która łączy należący do Chińczyków port w Pireusie z resztą Europy, jednocześnie jednak realnie przyczynia się do poprawy wcześniej wołającego o pomstę do nieba stanu infrastruktury transportowej. Stąd społeczeństwo przez lata było w stanie bez większych protestów przełknąć korupcję na ogromną skalę oraz rosnące w skali logarytmicznej zadłużenie wobec Państwa Środka. Działania Chin spotykały się wręcz z powszechną aprobatą; wielu Serbów uznaje je za gwaranta rozwoju infrastrukturalnego, podobnie jak w Polsce postrzegana jest Unia Europejska. Gorzej sytuacja wygląda z jakością. Ta, według oficjalnych zapewnień, w niczym nie odstaje od standardów unijnych. W praktyce ze względów bezpieczeństwa pociągi na większości trasy Belgrad–Nowy Sad nie mogą jeździć szybciej niż 120 km/h (gwoli przypomnienia, linia oddana do użytku została trzy lata temu, a przewidywana maksymalna prędkość wynosi 200 km/h). Zlecony przez p.o. prezesa Infrastruktury Serbskich Kolei raport opisujący wszystkie zaistniałe dotychczas awarie liczy aż 135 stron, a niektórym usterkom towarzyszy adnotacja należy usunąć natychmiast, ponieważ zagraża życiu pasażerów. Rząd nie wykazywał jednak zainteresowania naprawą błędów popełnionych przez wykonawców z Chin oraz Rosji, zamiast tego wolał ustami byłej już premierki Any Brnabić chwalić się, że Serbia to teraz Europa zachodnia, a [od pasażerów Sokoła] najczęściej słyszę komentarz, że czują, jakby nie byli w Serbii. Dopóki negatywne konsekwencje zaniedbań kończyły się na opóźnionych pociągach, i tak jadących znacznie szybciej niż dekadę temu, nie wzbudzało to przesadnego oburzenia. Ani wykastrowana, podzielona opozycja, ani pogrążone w apatii społeczeństwo nie podejmowało większych akcji protestacyjnych. Dopiero ofiary śmiertelne na remontowanym w tym samym okresie co linia kolejowa dworcu w Nowym Sadzie sprawiły, że czara goryczy się przelała.
To władza dolała oliwy do ognia
W pierwszych dniach po katastrofie masowe zgromadzenia nie były skierowane przeciwko władzy. Ludzie zbierali się na ulicach Nowego Sadu, aby w milczeniu upamiętnić ofiary tragedii. Dopiero 3 listopada zgromadzenia jednoznacznie przerodziły się w antyrządowe protesty, a to z racji jak najbardziej słusznych podejrzeń, że władza bynajmniej nie robi wszystkiego, co w jej mocy, aby wyjaśnić przyczyny zawalenia się dachu i zapobiec podobnym dramatom w przyszłości. Według początkowej wersji wydarzeń głoszonej przez Vučicia, ministra transportu Gorana Vesicia i prorządowe media (czyli w zasadzie całą scenę medialną w Serbii), zawalone zadaszenie nad wejściem nie było objęte pracami remontowymi – stąd też za katastrofę nie można winić wykonawców prac. Ciekawy sposób tłumaczenia się, w końcu przyznanie, że przy renowacji pominięto część budynku, która zaraz potem się zawala, świadczyłoby o resorcie infrastruktury nawet gorzej niż obarczenie winą kontrahentów. Sporo to swoją drogą mówi o tym, jak doskonale Vučić i spółka odnajdują się w neokolonialnym położeniu swojego kraju, jeśli łapią się każdej możliwej opcji uniknięcia konfrontacji z Chińczykami. Jakby tego było mało, w internecie z łatwością można było znaleźć zdjęcia przedstawiające prace prowadzone przy renowacji zadaszenia. O jego złym stanie ostrzegał już w trakcie prac były kierownik remontu dworca, Zoran Đajić, którego sugestie zignorowano. Zamiast kompleksowej przebudowy struktury, zdecydowano się na tańsze, powierzchowne rozwiązanie, którego wybór wiązał się z koniecznością dociążenia jej dodatkową warstwą betonu, co w konsekwencji doprowadziło do katastrofy.

Tak rażący brak transparentności w obliczu śmierci 14 osób (w późniejszych miesiącach liczba ta wzrosła do 16) nie mógł pozostać bez reakcji nawet tak apatycznego społeczeństwa jak serbskie. 3 listopada mieszkańcy Belgradu zebrali się pod budynkiem Ministerstwa Transportu już nie tylko po to, aby upamiętnić zmarłych – tym razem wyszli na ulice z konkretnymi żądaniami. Protestujący postulowali ujawnienie wszystkich dokumentów związanych z przebudową budynku dworca oraz przeprowadzenie uczciwego procesu, w którym winnych pociągnięto by do odpowiedzialności. Odpowiedź rządu była dokładnie taka, jakiej należałoby się spodziewać po autorytarnym reżimie, który – jak wtedy jeszcze się wydawało – nie musi przejmować się żadnymi strajkami. Owszem, dwóch ministrów podało się do dymisji: minister transportu i infrastruktury Goran Vesić (który stwierdził: podaję się do dymisji, ale do winy się nie przyznaję) oraz minister handlu Tomislav Morimović (Jestem wdzięczny prezydentowi Vučiciowi za zaufanie i wyróżnienie, będę tu zawsze dla niego i Serbii), jednak fasadowość tych działań była bardziej niż oczywista. Ten pierwszy trafił nawet 21 listopada do aresztu, niecały tydzień później został jednak zwolniony (ale co zdążył w międzyczasie pokrzyczeć o prześladowaniach i rozpocząć strajk głodowy, to jego – Dariusz Matecki byłby dumny). Tego samego dnia Serbska Partia Postępowa (SNS) spuściła ze smyczy swojego naczelnego bulteriera. Vladimir Đukanović, poseł do Narodnej Skupstiny oraz jeden z bardziej prominentnych członków partii, który w swojej bogatej kartotece ma m.in. nawoływanie do fizycznego zwalczania opozycjonistów, oraz żywienie nadziei, że Serbowie wyjeżdżający na wakacje do Chorwacji wrócą z poprzebijanymi oponami i skopanym tyłkiem, nazwał osoby protestujące anarchoterrorystami, komunistycznymi pseudointelektualistami, pseudoelitami i szumowinami; zapostulował walkę z nimi za wszelką cenę. Jeśli wcześniej dla kogoś nie było jasnym, że żadnego pójścia na realny kompromis nie będzie, te słowa powinny pozbawić go wszelkich złudzeń.
Cała Serbia protestuje
Zaostrzenie retoryki przez władze nie było wyłącznie pokazem siły. Wręcz przeciwnie, SNS po raz pierwszy od objęcia władzy poczuł, że grunt zaczyna palić mu się pod nogami. Pod koniec listopada protesty przerodziły się bowiem w masowy, ogólnokrajowy ruch, za co największe zasługi przypisać należy studentom. 25 listopada, w reakcji na brutalne rozpędzenie protestu przez grupę nieznanych sprawców (niedługo później okazało się, że część z nich była członkami SNS), rozpoczął się strajk okupacyjny na belgradzkiej Akademii Sztuk Pięknych. Można by pomyśleć, że to jeszcze nic nie znaczy, w końcu ASP na całym świecie znajdują się w awangardzie progresywności. Tyle że już kilka dni wcześniej studenci protestowali w Leskovacu, mieście położonym na konserwatywnym, lojalnym władzy południu Serbii. Do końca roku do strajku przyłączyła się większość uczelni wyższych w kraju, w tym trzy największe uniwersytety – w Belgradzie, Nowym Sadzie, a także Niszu. To właśnie dzięki tak wielkiemu zaangażowaniu osób studiujących protestom w Serbii w niektórych mediach przypisuje się łatkę „protestu studentów”. Nie oddaje ona jednak rzeczywistego stanu rzeczy – na przełomie listopada i grudnia do demonstracji przyłączył się bowiem niemal cały kraj. W Nowym Sadzie na ulice wyszło 20 tys. osób, najwięcej w całej współczesnej historii miasta, natomiast bariera 100 tys. protestujących przekroczona została na belgradzkim Trgu Slavija. Tam, gdzie liczby nie były aż tak imponujące, nadrabiano strategią, polegającą na blokowaniu kluczowych arterii i mostów. Tutaj po raz kolejny ujawnia się zresztą przemocowa natura rządzącego SNS-u. W trakcie masowych protestów w Nowym Sadzie, w blokujących ulicę wjechała grupa kierowców, z których część należała do SNS. Na szczęście obyło się bez ofiar czy ciężko rannych; co jednak oburza, to sposób w jaki wydarzenia skomentował Vučić, który nawołującym do pociągnięcia kierowców do odpowiedzialności karnej kazał oblać się kubłem zimnej wody. W końcu, jak sam chwilę później stwierdził, oni po prostu chcieli przejechać z punktu A do punktu B. Nic dziwnego, że terroryści, bo takim mianem należy ich określić, znaleźli swoich naśladowców, samochody w tłum demonstrujących miały wjechać jeszcze wiele razy.
Jeśli chodzi o samych protestujących, szybko udało im się wysunąć konkretne postulaty. W Serbii udało się uniknąć błędu innych podobnych antyrządowych strajków polegającego na niesprecyzowaniu swoich żądań i zatracenia w ten sposób efektu masowości. Tutaj zostały one skonkretyzowane oraz podane do opinii publicznej już w styczniu, a brzmiały następująco:
– Publikacja pełnej dokumentacji przebudowy dworca w Nowym Sadzie
– Cofnięcie zarzutów wobec zatrzymanych i aresztowanych w związku z protestami
– Postawienie zarzutów sprawcom napaści na protestujących studentów i profesorów
– Zwiększenie nakładów na szkolnictwo wyższe o 20 proc.
Władza twierdzi, że zrealizowała wszystkie postulaty. W rzeczywistości podjęte przez nią koncesje trudno określić inaczej niż ochłapami, rzuconymi po to, aby uciszyć protestujących. W zasadzie jedyny postulat, jaki należy uznać za spełniony, to ten o zwiększeniu nakładów na szkolnictwo wyższe, zatem mający najmniejszy związek z samym sednem sprawy. Do pozostałych postulatów odniesiono się w sposób czysto tokenowy. Jeśli chodzi o dokumentację, władza twierdzi, że została udostępniona w całości już w grudniu, brakuje jednak dokumentów związanych z remontem zawalonego zadaszenia (gwoli przypomnienia, według oficjalnej wersji prace go nie obejmowały). Ruszyło również kilka procesów w sprawie ataków na protestujących. Wjeżdżający w nich kierowcy przestali się już spotykać ze zrozumieniem prezydenta, a zaczęli – z zarzutami o usiłowanie zabójstwa. Aby w pełni zadowolić niezadowolonych, do dymisji podał się premier Milos Vucević, co stało się po ataku na demonstrujących przed siedzibą SNS w Nowym Sadzie. Ba, przyznał nawet, że część napastników miała powiązanie z partią! Ale spokojnie, martwiących się o losy uciskanych członków rządu należy uspokoić, że na koniec wszystko zostało w rodzinie. Rezygnacja Vucevicia była mniej więcej takim samym zagrożeniem dla systemu jak odsunięcie ze stanowiska premierki Beaty Szydło, kluczowe decyzje i tak przecież zapadają wyżej. To, co się wydarzyło, trudno nawet nazwać przewrotem pałacowym, więcej wspólnego ma to z damage control. Protestujący nie są jednak tak głupi, za jakich miała ich władza – na plucie im w twarz zareagowali więc intensyfikacją działań. 15 marca (data nieprzypadkowa, na tamten moment liczba ofiar katastrofy w Nowym Sadzie wynosiła 15 osób) na ulice Belgradu wyszło około 300 tys. osób – najwięcej w całej historii kraju. To już nie był tylko ruch, którego nie można ignorować, to była mobilizacja większej liczby demonstrantów niż w 2001 r. kiedy obalony został reżim Slobodana Milosevicia. Reakcja rządu? Bez niespodzianek – na wpół przemilczenie, na wpół eskalacja przemocy, oczywiście w taki sposób, aby po fakcie można było się wszystkiego wyprzeć. Na przykład po tym, jak na wspomnianej demonstracji w Belgradzie najprawdopodobniej użyta została broń soniczna – urządzenie emitujące fale niezwykle intensywnego dźwięku – co doprowadziło do wywołania paniki w tłumie. Rząd najpierw zaprzeczał, że takową w ogóle posiada, potem przyznał, że owszem, posiada, ale nigdy nie użył, a dla uwiarygodnienia swojej tezy poprosił o ekspertyzę FBI i FSB. Zważywszy na to, że Rosja protesty potępiła, a USA ograniczyło się do stwierdzenia, że „potępiamy protestujących podważających rządy prawa albo zajmujących rządowe budynki” (co trudno skomentować inaczej niż śmiechem), nie jest bezpodstawnym stwierdzenie, że wiarygodne wyjaśnienie sprawy znajdowało się tu raczej nisko na liście priorytetów
Początek końca Vučicia?
Od katastrofy w Nowym Sadzie minęło już wiele miesięcy. Władzy ani prośbą, ani groźbą nie udało się stłumić protestów, na panewce spaliły również próby wzięcia ich na przeczekanie. Tymczasem demonstrujący mówią już wprost: chcemy przyspieszonych wyborów do Skupstiny. Przez większość swojego trwania na protestach nie poruszano wprost tematów związanych z polityką parlamentarną, z jednej strony po to, aby nie odstraszać niechętnej wobec szeroko pojmowanej polityki większości Serbów, z drugiej strony ze względu na nieprawdopodobną słabość partii opozycyjnych, a po części aby – oddalić płynące z kraju i ze wschodu oskarżenia o bycie wspieraną zza granicy (tu najczęściej przewijała się Chorwacja) „kolorową rewolucją”. Ten stan rzeczy uległ zmianie dopiero w maju, za co SNS może podziękować sama sobie. To Vučić i jego partia od początku robili wszystko, aby jak największa część społeczeństwa odebrała protesty jako atak na samo serce władzy, reagując na nie przemocą oraz pogardą. Arogancja rządzących biła wręcz po oczach, jak wtedy, kiedy były już premier Vucević powiedział, że protestujący nie mieliby prawa paraliżować kraju nawet, gdyby zginęło 1555 osób, a nie 15. Raziła też wówczas, gdy poparcie zagrzebskich studentów uznawano za dowód na zagraniczną ingerencję albo wtedy, kiedy udział w demonstracjach uznawano za zwykły pretekst do oderwania się od nauki. SNS przy każdej możliwej okazji krzyczał, że nie uda się odsunięcie go od władzy, z początku wynikało to z poczucia siły i chęci zmobilizowania elektoratu, później już chyba ze zwyczajnego strachu; trudno bowiem inaczej uzasadnić łukaszenkowskie pokrzykiwanie Vučicia, że aby pozbawić go stanowiska prezydenta, trzeba by go zamordować. No i doigrali się – strajkujący faktycznie zamierzają na poważnie zabrać się za odbieranie mu władzy, albowiem rozważane jest nawet powołanie wspólnego frontu opozycyjnego, który według niektórych sondaży miałby realne szanse na wygranie wyborów. Sytuacja na tyle wymknęła się spod kontroli, że przeciwko SNS obróciła się nawet duża część serbskiej budżetówki, dotychczas uznawanej za podstawę jej elektoratu.

Przeciw władzy SNS, choć nie bezpośrednio po stronie protestujących, opowiedziała się nawet Unia Europejska, której dotychczasowa reakcja rozczarowywała. Choć część paneuropejskich partii politycznych, mianowicie centrolewicowe S&D, Greens/EFA, socjalistyczna The Left oraz liberalne Renew Europe wydały stanowiska, w których poparły strajki – sama UE pozostawała powściągliwa. Z tego powodu na protestach próżno było uświadczyć powszechnych na polskich czy gruzińskich demonstracjach unijnych flag, a poparcie dla członkostwa Serbii we wspólnocie wręcz spadło. Brak zajęcia jasnego stanowiska postrzegano jako ciche poparcie dla rządu Vučicia. W końcu, jeszcze w październiku Ursula von der Leyen chwaliła prezydenta Serbii za wprowadzanie reform przybliżających jej członkostwo w Unii, nawet jeśli nie miało to prawie nic wspólnego z rzeczywistością. Presja, zarówno z wewnątrz UE, jak i ze strony samych protestujących, którzy m.in. zorganizowali 18-dniowy ultramaraton z Nowego Sadu do Brukseli oraz przejechali na rowerach ze stolicy Wojwodiny do Strasburga, zaczyna jednak przynosić skutki. Przyjęty w maju przez Parlament Europejski raport w sprawie Serbii i jej postępów w drodze do Unii obszernie porusza tematykę strajków oraz represji wobec osób w nich uczestniczących. Wstrzymano również wypłatę 111 milionów euro w ramach Planu Wzrostu. Po stronie Vučicia nie został już praktycznie nikt z demokratycznego świata. Jedyne, co mu zostało, to dalsze wpychanie kraju w ramiona Chin i Rosji oraz betonowanie autorytarnego systemu, czego coraz mniej osób w Serbii chce. Pytanie, czy w kluczowym momencie protestującym nie zabraknie zdolności organizacyjnych, bo o brak determinacji nie można ich posądzać.

