,

Przeszli!

Dwa oblicza świętowania, dwie wizje Polski, dwa bieguny sceny politycznej, choć wszystko w jednym mieście. Dwa marsze, dwa światy – o dwóch pochodach w Narodowe Święto Niepodległości.

,

Przeszli!

Dwa oblicza świętowania, dwie wizje Polski, dwa bieguny sceny politycznej, choć wszystko w jednym mieście. Dwa marsze, dwa światy – o dwóch pochodach w Narodowe Święto Niepodległości.

AutorZY: Filip Wieczorek, Tytus Dunin Zdjęcia: Aleksander Jura, Kacper Pawłowski

Choć na pierwszy rzut oka tego nie widać, 11 listopada 2024 roku przez ulice Warszawy przeszły dwa marsze. Jeden, najbardziej kojarzony z tym dniem, organizowany przez Stowarzyszenie Marsz Niepodległości i skupiający środowiska prawicowe, przeszedł od Ronda Dmowskiego aż pod Stadion Narodowy. Zdaniem organizatorów uczestniczyło w nim 250 tys. osób, Ratusz zaś liczbę uczestników szacuje na 90 tys. Na dokładniejsze statystyki musimy jeszcze poczekać – nie zmienia to jednak faktu, że była to najliczniejsza edycja tego wydarzenia od lat, jeśli nie największa w jego historii. Drugi marsz przeszedł od placu Unii Lubelskiej do placu Trzech Krzyży. Skupiał on środowiska lewicowe, uczestniczyło w nim zaś ok. 2000 osób. Głównie z powodu tak kolosalnej różnicy we frekwencji, ale też ze względu na niemedialny charakter – a może paradoksalnie medialny? – wydarzeń podczas marszu w Alejach Jerozolimskich, media skupiły się na tym głośniejszym wydarzeniu.

TD: Planowaliśmy na początku zrobić jedną, wielką relację z wydarzenia na rondzie Dmowskiego, jednak w ostatniej chwili rozłączyliśmy się – Filip pojechał fotografować Marsz Antyfaszystowski, ja zaś zostałem z… właśnie, kim? Rodzinami z dziećmi, kibolami, prawicowymi ekstremistami, polityczną śmietanką Prawa i Sprawiedliwości? Właściwie ze wszystkimi. Jak już zdążyłem wspomnieć w artykule Jak maglowano Marsz?, Marsz Niepodległości jest wydarzeniem wybitnie niespójnym – takim, którego praktycznie nie da się zinterpretować w kilku słowach tak, aby na język nie cisnęły się dziesiątki wyjątków.

Rac miało nie być… ale wiadomo było, że będą

Do Śródmieścia jechałem pociągiem z Radomia, w którym atmosfera dużo bardziej przywodziła na myśl autokar podczas wycieczki szkolnej niż standardowy kurs Kolejami Mazowieckimi. Zamiast standardowej ciszy, pierwszy wagon wypełniał podekscytowany gwar polityczny: 

Mówię ci, coś się stanie… Coś się spali, ktoś dostanie wp****ol… Nasi nie, nasi to się na pewno porządnie zachowają, ale tamci… Będzie prowokacja, na pewno!

Ja Czarnka lubię, Czarnek jest młody, ale Czarnek jest radykałem. Wiesz, my to rozumiemy, ale centrum…

Jeden mężczyzna wstał i krzyknął:

TUUUSK TO JEST PAJAAAC! .

Cicho, cicho... – ze śmiechem próbowała uciszyć go jego żona.

fot. Aleksander Jura

Dotarłem na rondo Dmowskiego około godziny 13:40. Ścisk był niemiłosierny. Nad głowami tłumu, oprócz niezliczonych biało-czerwonych flag trzepotały bandery Konfederacji Korony Polskiej. Gdzieś w tle mignął mi krzyż celtycki. Po dobrych kilkunastu minutach przecisnąłem się wreszcie przez tłum skupiony w ścisłym centrum wydarzenia i przez ul. Widok dotarłem na skrzyżowanie Kruczej z Alejami Jerozolimskimi. Stamtąd przedostałem się na front Marszu, gdzie spotkałem się z Aleksandrem i Kacprem, z którymi kontynuowałem relację. Trzymaliśmy się na ścisłym przedzie przez cały Marsz – po części był to jednak błąd taktyczny. Front, jako część najbardziej reprezentacyjna, była najlepiej chroniona przez organizatorów i najbardziej medialna (a może właśnie najbardziej niemedialna?). Nie było tam znanych osób, race występowały sporadycznie, a wszelkie skandowane slogany szybko umierały w tłumie. Można powiedzieć, że największym zaskoczeniem była relatywna cisza. Składała się ona paradoksalnie z ciągłego szumu stukających, maszerujących butów, którego rytm ustanawiał puszczany na okrągło z głośników wygenerowany przez sztuczną inteligencję szlagier Ruda wrona orła nie pokona i którą to sporadycznie przerywał huk odpalanych petard (tym razem łaskawie wyrzucanych za barierki mostu), ale jednak – cisza. Nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale jako swego rodzaju audialna pustka, foniczny niedosyt.

fot. Aleksander Jura

Żaden Marsz Niepodległości nie może obyć się bez dekoracji, które  wywieszają mieszkańcy Alei Jerozolimskich. W tym roku jednak poskąpili (cwaniaki!). Na rogu Kruczej wprawdzie jeden balkon został ozdobiony transparentem Prawdziwi patrioci nie maszerują z faszystami, obleczono go jednak siatką, zatem żadna patriotyczna raca nie zdołałaby nawet ukarać prowokatorów. Próbowano petardami atakować jedno mieszkanie, w którego oknie zawisła tęczowa flaga, ale bezskutecznie – okno było zbyt wysoko. Z drugiej strony politycznej barykady, w jednym z okien mieszkania na Powiślu pokazał się mężczyzna z gaśnicą i w masce Grzegorza Brauna – rzecz o tyle kuriozalna, że na samym marszu obecny był prawdziwy Braun.

fot. Aleksander Jura

Na moście Poniatowskiego zaczęło już zmierzchać, toteż uczestnicy coraz śmielej odpalali race. Było to co prawda explicité zabronione przez organizatorów, ale wiadomo przecież, że pirotechnika to nieodłączny element Marszu Niepodległości. Także większość zatrzymań dokonanych przez Policję dotyczyła właśnie materiałów pirotechnicznych. Trzeba jednak przyznać, że było ich znacznie mniej niż na poprzednich edycjach tego wydarzenia. Skąpany w jaskrawoczerwonym świetle marsz ospale skręcił na łącznik i wylał się na błonia Stadionu Narodowego. Stamtąd, uczestnicy powoli rozproszyli się po wybranych środkach komunikacji. Niewielu zostało na tzw. Scenie Niepodległości.

Inna niepodległa jest możliwa

FW: 11 listopada całe centrum Warszawy zostało podbite przez nacjonalistów. Całe? Nie! Jedna wioska, zamieszkała przez antyfaszystów, wciąż stawia opór prawicy. Niestety była to wioska całkiem dosłowna – gdyby wszystkie osoby uczestniczące w Marszu Antyfaszystowskim miały założyć swoją osadę, praw miejskich raczej by nie otrzymała. Z placu Unii Lubelskiej wyruszyło zaledwie około dwóch tysięcy osób, niemal pięćdziesięciokrotnie mniej niż na głównej imprezie tego dnia. Marsz, zorganizowany przez Koalicję Antyfaszystowską, od lat odbywa się pod tym samym hasłem – Za wolność waszą i naszą. W tym roku zostało ono potraktowane wyjątkowo poważnie, szczególnie w kontekście ludobójstwa w Strefie Gazy. Palestyńskie flagi przewijały się przez całą kolumnę, tym razem przyćmiewając symbole narodowe Ukrainy (tych jednak bynajmniej nie zabrakło), gdzieniegdzie dostrzec można było również biało-niebiesko-białe sztandary używane przez opozycję w Rosji. Brakowało tylko jednego – flag Polski. Pojawiło się ich tylko kilka, z czego na jednej z nich kolor czerwony zastąpiony został barwami tęczy. Rzecz – zdawałoby się – niewyobrażalna na imprezie upamiętniającej odzyskanie niepodległości. Z tym że Marsz Antyfaszystowski nigdy na taką się nie kreował. Zawsze przybierał raczej formę protestu przeciwko działaniom prawicy, czy to w polskiej polityce, czy to na arenie międzynarodowej. Zamiast patriotycznych haseł osoby uczestniczące skandowały From the river to the sea Palestine will be free, Wolna Ukraina, wolna Palestyna, czy skierowane do skrajnych formacji z całego świata Alerta alerta antifascista. Pośród okrzyków pojawiło się też obowiązkowe Solidarność naszą bronią. Często przewijającym się motywem była również kwestia prawa do azylu, szczególnie zagrożonego po ostatnich zapowiedziach „czasowego zawieszenia prawa do azylu na określonym terytorium”. Zawiesić to można firankę, nie prawa człowieka – tak, raczej jednoznacznie, do planów Tuska ustosunkowały się osoby reprezentujące partię Razem na stworzonym przez nie transparencie … z firanki właśnie.

Atmosfera przypominała raczej tą znaną z południowoamerykańskich stadionów. Pomimo relatywnie niewielkiej skali demonstracji każda ekipa skandowała swoje hasła, a spora część osób ograniczała się  po prostu do niesienia transparentów lub flag. Szczególnie wyróżniała się socjalistyczna organizacja Czerwoni. Pomimo maszerowania w środku pochodu stanowiła najbardziej zwartą i najgłośniejszą ekipę, gdzie każdy niósł czerwoną flagę z logo ugrupowania i krzyczał przez cały marsz. Niezależnie od tego, czy podziela się ich poglądy czy nie, trzeba przyznać – robiło to wrażenie. Sekcja Czerwonych najbardziej przypominała rasową, lewicową manifestację rodem z krajów Europy Zachodniej. Zauważamy, że zmienia się narracja, coraz więcej ludzi dostrzega słabości kapitalizmu. Trzeba działać, przede wszystkim wśród pracowników, w związkach zawodowych – opowiada jedna z czołowych postaci organizacji. Jak wszyscy inni Czerwoni ma twarz zasłoniętą czerwoną maską, nie chce podać swoich personaliów, a na rozmowę zgadza się pod warunkiem, że nie będzie nagrywany. Jak powiedział, To jeszcze nie jest ten czas, żeby działać otwarcie, wielki kapitał nadal jest zbyt silny, poza tym mamy rosnącą skrajną prawicę. Od razu wrócił do skandowania haseł Tusk do roboty za 3 tysiące złotych i Donald matole, twój rząd obalą robole, regularnie powtarzanych przez niemal cały marsz.

Czy wreszcie oswojono Marsz Niepodległości?

TD: Na moście Poniatowskiego natomiast wybrzmiało przez chwilę do złudzenia podobne hasło: Donald matole, twój rząd obalą kibole. Jednak wybryków, charakterystycznych dla środowisk pseudokibicowskich, na tegorocznej edycji raczej nie było. Ze zdwojoną siłą natomiast powróciła niechęć do obecnego rządu – swoją drogą była to chyba jedyna cecha charakterystyczna, która łączyłaby ten marsz z Marszem Antyfaszystowskim. W przeddzień tegorocznego Marszu Niepodległości zastanawiałem się, czy powrót Platformy Obywatelskiej do władzy oznaczać będzie powrót „incydentów” znanych z 2011 roku. Jak słyszałem w pociągu, zastanawiali się nad tym też sami uczestnicy. Wydaje się jednak, że wydarzenia sprzed ponad dziesięciu lat spowodowane były raczej porażką organizacji niż nastrojami politycznymi. Największe „incydenty” miały miejsce w 2011 i 2020 r. – w tym pierwszym przypadku frekwencja na marszu przerosła oczekiwania organizatorów, a w tym drugim przyczyną był chaos związany ze statusem prawnym Marszu. Organizatorzy tegorocznej edycji natomiast spodziewali się ogromnej liczby osób i zaplanowali ochronę wydarzenia stosownie do okoliczności. Sami uczestnicy, jak się zdaje, zaczęli też brać pod uwagę reprezentacyjny charakter marszu: im więcej „incydentów” pojawi się na tegorocznej edycji, tym gorszy stanie się powszechny wizerunek polskiej prawicy – nie tylko w Polsce, ale i na świecie.

Taki przebieg tegorocznego Marszu Niepodległości odsłania jednak niebezpieczną tendencję we współczesnej polityce. Jest to izolowanie się stronnictw na polskiej (i nie tylko) scenie politycznej. Od paru dobrych lat relatywny spokój na rokrocznych Marszach Niepodległości powoli wygasza debatę na temat politycznego charakteru tego marszu i stosowności uczestnictwa w wydarzeniu wraz z grupami reprezentującymi ekstremalne poglądy. Jego przeciwnicy zostają w domach, dołączają do Marszu Antyfaszystów albo świętują Dzień Niepodległości gdzieś zupełnie indziej. Przeciwnikom politycznym nie chce się już nawet obrażać siebie nawzajem (nie mówiąc o kłóceniu się), wolą pielęgnować spokój ducha we własnych bańkach informacyjnych. Można powiedzieć, że Polska (jak to zwykle bywa) powoli podąża za zachodnimi trendami – w USA Republikanie i Demokraci nie są zgodni co do najbardziej podstawowych faktów. W pewnym sensie błagania symetrystów zostały spełnione – Polacy już dawno przestali się między sobą kłócić. Lewica zarzuciła już jakiekolwiek próby przekonywania umiarkowanej prawicy i toczy nieskończone wojny między sobą, atomizując się coraz bardziej. Po prawej stronie politycznego spektrum zaobserwować można rosnącą konsolidację – ekstremiści ochoczo korzystają z zasłony, jaką są tłumnie przybywający na Marsz rodziny z dziećmi, umiarkowana prawica natomiast nie widzi problemu z asymilacją ich bardziej radykalnych pobratymców. Pod podszewką jesteśmy jednak bardziej różni niż kiedykolwiek wcześniej. Jeśli szturm na Kapitol z 2020 r. ma być jakimkolwiek zwiastunem dla przyszłości polskiej polityki, to za parę lat obudzimy się już nie z ręką, a z twarzą w nocniku.

fot. Aleksander Jura

Lewica (jak zwykle) rozmnaża się przez podział

FW: Szkoda, że nawet teraz lewica nie potrafi się zjednoczyć, tylko każdy swoją imprezę organizuje – opowiada starsza kobieta, weteranka marszów antyfaszystowiskich. Chodzi na nie od początku, już ponad 15 lat, i nie ma pozytywnych wniosków na temat kondycji imprezy. Kiedyś więcej ludzi chodziło, teraz jest znacznie mniej, długi weekend to wszyscy się porozjeżdżali – dodaje. Nie uważa wszystkich uczestników Marszu Niepodległości za faszystów, twierdzi, że większość z nich to faktycznie zwyczajne rodziny z dziećmi, niezdające sobie sprawy, że maszerują w jednym szeregu ze skrajną prawicą. Szczególnie, że nie ma dla niego realnej alternatywy, bo Marszu Antyfaszystowskiego nie można niestety taką nazwać. Poza Partią Razem (a i ona reprezentowana była raczej przez szeregowe osoby członkowskie, czołowych postaci nie szło uświadczyć) żadna parlamentarna siła na lewo od centrum nie wysłała swoich przedstawicieli. Nie żeby byli tam specjalnie mile widziani, o Nowej Lewicy mówiło się negatywnie albo wcale, a ministra pracy, Agnieszka Dziemianiowicz-Bąk, doczekała się nawet skierowanego w swoją stronę okrzyku hańba! z racji na sprzeciw wobec obowiązkowego oskładkowania umów zlecenie i o dzieło. Z organizacji pozarządowych bliższych centrolewicy obecna była wyłącznie Akcja Demokracja. Pytam jedną z jej członkiń, jakie odczucia żywi wobec nowego rządu: Nie czuję się zawiedziona, bo nie miałam wygórowanych oczekiwań. Wiadomo było, że PSL z Hołownią będą blokować progresywne ustawy, a Tusk nie idzie ani w tą, ani w tą, cały czas się waha. Ja już nie protestuję dla siebie, tylko dla córki, wnuczki, bo prawa do aborcji cały czas nie ma, PiS dalej szczuje na mniejszości – skomentowała, jasno dając do zrozumienia, że wraz ze zmianą władzy powody do demonstrowania bynajmniej nie zniknęły. W tym samym czasie Czerwoni krzyczeli Kto nas zdradził? Socjaldemokraci! tak głośno, że niewiele więcej szło z jej wypowiedzi usłyszeć. Czy to radykalność haseł odstrasza osoby bliżej centrum politycznego spektrum do liczniejszego uczęszczania na antyfaszystowski marsz? Byłoby to stwierdzenie co najmniej odważne, biorąc pod uwagę, że maszerującym w Alejach Jerozolimskich dziesiątkom tysięcy osób o poglądach bardzo często umiarkowanym nie przeszkadza przebywanie w jednym szeregu z faszyzującymi nacjonalistami. Niemniej brak jedności nie pomaga. O imprezie mało kto spoza głębokiej lewicowej bańki słyszał, bo od kogo miał usłyszeć? Raczej nie od mainstreamowych mediów, ograniczających się do sporządzenia krótkiej notki po fakcie, że coś takiego się w ogóle odbyło. Tego można było się spodziewać – gorzej, że takiej informacji próżno było szukać również w większości środowisk ideologicznie bliskich marszowi. Boli postawa lewicy, nawet nie próbującej rzucić rękawicy nacjonalistom i jeszcze bardziej potęgującej stereotyp wiecznie siedzącego w swojej bańce lewaka-sektarianina. Inna sprawa, czy jest do kogo w ogóle wychodzić. W kraju, w którym po raz ostatni formacja z lewicą w nazwie kierowała rządem za czasów Adama Małysza, kultura protestu leży i kwiczy, do uchodźców duża część Polaków chce strzelać, a milcząca większość akceptuje rządy prawicy, czy to narodowo-kościelnej, czy fajnopolskiej, trudno jest tak jednoznacznie osadzonym na osi politycznej formacjom wyjść do szarego człowieka. Nawet nacjonalistów marsz nie obchodził na tyle, żeby okazać mu jakąś szczególną wrogość. Spotkanie w Alejach Ujazdowskich z przedwcześnie wracającymi z Marszu Niepodległości osobami było wyjątkowo… spokojne, większość po prostu spokojnie przechodziła obok. Tylko jeden starszy mężczyzna krzyknął coś o „faszystach z tęczowymi flagami”. Na ten moment prawdziwej, zachodnioeuropejskiej lewicy (nie mylić z post-SLD-owskimi socjalliberałami) nad Wisłą po prostu nie ma. Szkoda, bo powodów do protestu nie brakuje. Trudno sobie wyobrazić, żeby w innych okolicznościach pod znajdującą się na trasie przemarszu ambasadą amerykańską zebrało się dwa tysiące osób skandujących hasła o wolnej Palestynie, równie rzadko zdarzają się okazje do jak najbardziej słusznego wytknięcia rządowi Tuska braku jakichkolwiek realnych działań mających na celu poprawić sytuację pracowników. Na co dzień pod przedstawicielstwem USA stoi buda antyzachodniego ugrupowania, na której obok flag Palestyny wiszą symbole Rosji i Iranu, a nawet hasła popierające dyktatora Syrii, Baszara al-Assada. Jaki kraj, taki protest.