Tekst: Kacper Koźluk
Każde wybory – także samorządowe 7 kwietnia – to miesiące wytężonej pracy nie tylko kandydatów, ale przede wszystkim ich całego sztabu. Zapraszam na spacer po Mokotowie, za kulisy pracy jednego z warszawskich komitetów.
Zawiąż buty
Niedzielny poranek pod koniec lutego, na dworze raptem siedem stopni – cieplej zrobi się dopiero za dwie godziny, kiedy niskie jeszcze słońce wyjdzie ponad linię budynków. Idę szybkim krokiem od Metra Politechnika, w dół al. Niepodległości, za skrętem w Narbutta wyłania się szyld kina Iluzjon – to pierwszy przystanek.
Długo zastanawialiśmy się, czy chcemy na ulotkach surowe zdjęcia w studio, jednak ostatecznie padło na plener. Kandydaci na tle swoich sąsiedztw wypadają naturalnie. Wtedy czuć, że są na swoim miejscu. Obyśmy tylko znaleźli jakąś zieleń na tło – słyszę na powitanie od koordynatorki mokotowskiej kampanii. Przecierając obiektyw, słucham planów – zdjęcie w półpełnym na ulotkę, zbliżenie na profilowe, wspólne do networkingu, rodzajówki do sociali. Dziś ośmioro kandydatów. Może tu będzie ładnie? – proponuje koordynatorka, wskazując kępę zimozielonych iglaków. Albo tam – odpowiadam, wpatrując się w szpaler klonów. To pierwsza kampania przy której pracuję, jej druga. Jedzie – mówi, widząc rowerzystę – spróbujmy tu, najwyżej się przeniesiemy, mamy jeszcze chwilę. Do wyborów pozostaje 41 dni, na ulotki mamy jeszcze tydzień.
Mosty
Pogoda jest zaskakująco słoneczna, wręcz zbyt ładna jak na tę porę roku. Śmiejemy się, że od początku kampanii ładna była trzy razy – przed każdą kolejną konferencją prasową. Długo nie było wiadomo, w jakiej konfiguracji idziemy 7 kwietnia, chociaż od samego początku wiedzieliśmy, że koalicji nie unikniemy. System d’Hondta i średnia od sześciu do siedmiu mandatów na okręg stawiają realny próg wyborczy na poziomie kilkunastu procent. Z reguły przekraczają go tylko dwa największe komitety, dominujące krajową politykę. Mimo to wszyscy znają stawkę i w negocjacjach pozostają nieustępliwi. Wszystkim zależy na zdobyciu jak największej liczby biorących jedynek, ale trzeba mierzyć siły na zamiary – nie wszędzie się to uda i nie wszędzie pozycja ta będzie rzeczywiście zwycięska. Każda kolejna konferencja to nowe przetasowania, potwierdzone jedynki i deklaracje programowe. Kandydatkę na prezydentkę ogłosiliśmy dopiero na ostatniej, równie słonecznej.
– Idealnie byłoby zrobić zdjęcie tutaj, ale ten cień… – mijamy Odyńca i skręcamy do parku Orlicz-Dreszera. – Realizowałam na tej ulicy projekt z Budżetu Obywatelskiego: nasadzenia drzew, ogrody deszczowe zapewniające retencję wody, równy chodnik i mała architektura. Ulica w końcu jest bardziej do życia – wyjaśnia kandydatka. Idealnie wpisuje się to w komitetowe postulaty o zielonych, przyjaznych pieszym ulicach. Jak bardzo są wyczekiwane, widać właśnie w projektach zgłaszanych co roku do Budżetu Obywatelskiego, który zdaje się być narzędziem partycypacji idealnie skrojonym pod tego typu projekty. Do czasu. Jego iluzoryczność uwidacznia projekt z Pragi-Północ z 2023 r. W ramach programu miała powstać droga dla rowerów – jej projekt wygrał, przeszedł weryfikację. Burmistrz wstrzymał jednak inwestycję, żadnej drogi nie będzie – trafiło na zwolennika rozwijania infrastruktury samochodowej.
Trzeba brać sprawy w swoje ręce – zdaje się mówić pewne spojrzenie naszej kandydatki, mrużącej oczy w ostrym już słońcu między kolejnymi strzałami migawki. Napisaliśmy program centralny, powstały jego wersje dzielnicowe, ustaliliśmy punkty wspólne z koalicjantami, ale de facto budowanie własnego programu leży w gestii samych kandydatów.
Ruchy miejskie wyrosły tak naprawdę na przenoszeniu krajowej i światowej polityki na skalę lokalnych konfliktów samorządowych. Znamy kierunek, ale robimy głównie małe kroki. Wymiana kładki na przejście naziemne to więc nie tylko partykularne załatwianie sprawy dla mieszkańców o ograniczonej mobilności, ale również budowanie świata, w którym cenimy wartość inkluzywności w partycypacji społecznej. Tak mówią Michel Foucault czy Edward Soja, choć na to samo wskazuje otaczająca nas rzeczywistość.
Ruch to zdrowie
Nie wszyscy jednak odnajdują się w tak pełnoskalowej polityce i nie każdy zaangażowany aktywista ostatecznie kieruje swoje kroki do władz samorządu. Działania miejskie i tak nie są w stanie wyswobodzić się z ideologicznych etykiet rozdzierających społeczny dyskurs. Przeniesienie postulatów dla lokalnej społeczności na ulotkę wyborczą zdaje się być zupełnie nieatrakcyjne w dobie rozgrzanych medialnych dyskusji o kierunku działań nowej władzy centralnej. Drugich odrzuca koalicja z dużymi, ogólnopolskimi partiami politycznymi – to jasna afiliacja, przyjęcie konkretnych poglądów. Ideowo niby jest nam po drodze, ale szanować czyjeś poglądy, a publicznie się pod nimi podpisywać, to dwie zupełnie różne sprawy.
Do wyborów dotrwali ci, dla których wejście z trzeciego sektora w politykę nie stanowi problemu. Pracami kierują głównie lokalni liderzy – to oni koordynują działania w swoich dzielnicach, między okręgami. Tam tworzą się zespoły komunikacji, tam pisze się i przygotowuje programy oraz współtworzy profile w mediach społecznościowych. Na koniec wszystko to w jedną całość zbiera zarząd razem z działem finansów, grafikami czy specjalistami prawnikami i analitykami. Stąd napływają wskazówki, broszury, tu wykuwają się bardziej kompleksowe pomysły. Ostatecznie wszystko jednak zależy od samego kandydata – czy, jak i w jakim stopniu skorzysta ze wsparcia swoich współpracowników. Czuć też różnicę instytucjonalną, kiedy pracuje się blisko koalicjantów, ale nie jest to dużą przeszkodą. Kampanię prowadzimy de facto osobno i niezależnie.
Gwarny plac
– Mam osiem nowych – wita nas kolejny kandydat przy torze łyżwiarskim na Stegnach, ściskając w dłoni podkładkę ze stosem papierów. – Jeszcze tylko 142 i mamy to! – odpowiada z życzliwym przekąsem koordynatorka. Mowa o podpisach poparcia mieszkańców, które są konieczne do zarejestrowania komitetów w danym okręgu. Osoba zameldowana na stały pobyt w jednej dzielnicy, może złożyć podpis w każdym z leżących na jej terenie – na Mokotowie to aż pięć osobnych kartek. I tak 150 razy. Czy ktoś słyszał w ogóle o tym wymogu poza ludźmi, którym przyszło zbierać te podpisy? Sam jeszcze miesiąc wcześniej nie miałem pojęcia, podobnie jak większość zaczepianych na ulicy osób. Wiele z nich nie wie, że 7 kwietnia odbywają się jakiekolwiek wybory. Niemal nikt nie rozumie, o co chodzi z poparciem komitetu przed jego rejestracją. Zna się na tym jedynie garstka osób – z tymi jesteśmy już na „ty”.
Tak zresztą zbieraliśmy podpisy w Parku Skaryszewskim dla Pragi-Południe tydzień wcześniej. „Czy mogę zająć chwilę…”, „Zbieramy podpisy pod …”, „Dzień dobry rejestrujemy komitet…”, „Czy chciałaby Pani wyrazić poparcie…”. Nie ma idealnej formuły, chociaż najlepszym odbiorem cieszą się bezpośredniość i wspomnienie o samorządzie w pierwszych kilku słowach. Mieszkańcy zdają się ufać lokalnym inicjatywom, odrobinę trudniej za to o ich zaangażowanie. Drobnymi krokami – parę osób się zatrzyma, podpisze, porozmawia, później wspólne zdjęcia, wymiana uprzejmości i wizytówek – na ulotki przyjdzie pora dopiero za tydzień. Trafiamy na obojętnych spacerowiczów, zaangażowanych mieszkańców czy rozgadanych seniorów, wrogość w bezpośredniej rozmowie zdarza się bardzo rzadko. Sięgam po telefon z Canvą – w wolnej chwili mogę przygotować zdjęcia czy złożyć karuzelę na Instagram. Mamy grafików w stowarzyszeniu, zawdzięczamy im gadżety, merch, ale też schematy postów i grafik na każdą okazję. Zdjęcie, drugie i trzecie logo, baner z tekstem, etykieta „materiały KWW…” – na koniec nawet nie widać, że zupełnie się na tym nie znam.
Zadyszka
W autobusie dominuje cisza, przerywana westchnieniami znużenia z porozumiewawczymi spojrzeniami. Chwila przerwy w sunącym al. Sobieskiego 172. Następnie powrót do Facebooka, Messengera i Slacka – to tam toczy się większość kampanijnej pracy. Słyszę o pomysłach, na które sam bym nigdy nie wpadł, np. dzielnicowe kawki jako okazja do niedzielnej rozmowy z kandydatem czy spacery szlakiem największych bolączek i dum sąsiedztw. Kosztują jednak godziny ustaleń i przygotowań z nosem w telefonie, podobnie jak sklejanie estetycznych postów z angażującym opisem i spójną szatą graficzną. Te wszystkie czynności zajmują znacznie więcej czasu, niż pozornie mogłoby się wydawać i budują najbardziej mozolne oblicze kampanii. Co którąś wiadomość podnosimy wzrok znad komunikatorów i wzdychając lekko, patrzymy przez okno na kolejne mijane przecznice św. Bonifacego.
– Nieee, ja nie kandyduję – odpowiadam lekko zaskoczony pytaniem w połowie sesji na malowniczym tle jeziorka Czerniakowskiego i elektrociepłowni Siekierki – bycie radnym to chyba nie mój świat. – Mój może też nie, zobaczę – rozmówczyni zdaje się wyprzedzać moje pytanie – Jeszcze niedawno też nie planowałam. Działałam aktywistycznie w mojej dzielnicy i dobrze szło, ale gdy pojawiła się okazja, żeby robić to jeszcze sprawniej, to pomyślałam, że spróbuję. Zwłaszcza w tak wspierającym komitecie – dodała. Przypomniało mi to rozmowę z naszym kandydatem z Pragi Północ, który nawet nie chciał nim być.
Zaczęło się podobnie – zaangażowanie w sprawy dzielnicowe, happeningi, petycje, spotkania z mieszkańcami. Któregoś dnia otwierają się listy wyborcze, a osoby z doświadczeniem okazują się niezbędne. Zaczynają się pytania: czy ja się nadaję, czy to ma sens. W końcu też: czy ja tego chcę. To przecież pięć lat pracy w trudnym środowisku. – Chcę kandydować, chcę się angażować w sprawy Pragi Północ, tylko niech ta kampania się już skończy. Mam dosyć promowania siebie – ile można? Chciałbym już przejść do tematów dzielnicowych.
– Nieee, mnie też wkręcili – uśmiecha się koordynatorka, skręcając z Belwederskiej w Promenadę. Słońce jest już o tej porze wysoko i grzeje prawie jak w maju. – Zajmowałam się tematami miejskimi, kandydować w zasadzie nie chciałam. Za mną pięć i pół roku w radzie dzielnicy, kandyduję do Rady Miasta. Złapałam bakcyla, myślę że było warto – stwierdza.
Kilka zdjęć ze stawem w tle: sylwetka lekko na ukos, ręce wzdłuż ciała, twarz z ustami w różnym stadium uśmiechu wpatrzona prosto w obiektyw. Wyrównany kołnierz, telefon nie przeszkadza w kieszeni, żadne gałęzie nie zdają się wystawać z głowy – strzał migawki. Po kilku powtórzeniach ostatnie rozmowy, ustalenia, podziękowania i rozchodzimy się w swoje strony. Jest 25 lutego, do ciszy wyborczej zostało 39 dni.

