Oksymorony i iluzje ideologii

Szufladkujemy się wzajemnie od lewaka do prawaka. Choć tego typu podziały mają nam ułatwiać identyfikację, często zaciemniają nam jednak obraz rzeczywistości.

Tekst: Maciej Bystroń-Kwiatkowski

Do baru wchodzi kilka osób: konserwatywny liberał, polski patriota, lewicowiec, prawicowiec i faszysta. Każdy zamawia słowami: coś odpowiedniego do nazwy moich poglądów, na co barman odpowiada: ale nic mi to nie mówi. Brzmi jak słaby żart? Bo w istocie nim jest, ale słusznie pokazuje, jak mało dzisiaj znaczą zbiorcze określenia światopoglądów lub gospodarczych preferencji.

Nie trzeba poświęcać dużo miejsca wyjaśnieniu, dlaczego ludzie dążą do określania własnych poglądów słownikowymi terminami. Poszukiwanie przyjaciół w tłumie oraz identyfikowanie wrogów jest dużo łatwiejsze, kiedy możemy robić to prostymi hasłami jestem prawicowcem, jestem lewicowcem – trudno przedstawić się komuś, opowiadając od razu całą historię prywatnych politycznych przemyśleń.
Tradycyjny podział na lewicę, centrum i prawicę (z późniejszym dodatkiem opcji skrajnych) wywodzi się oczywiście z czasów rewolucji francuskiej. Większość popularnych, internetowych testów politycznych często wykorzystuje także podział dwuosiowy, jednak ich wynik da się ostatecznie sprowadzić do fachowego terminu – jak np. socjaldemokrata, leseferysta, libertarianin. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy uzyskaną diagnozę trzeba zrozumieć.

Rozdział 1: Oszukać przeznaczenie

Pewne nazwy od początku służyły wyłącznie sprawnej mistyfikacji. Klasycznym przykładem są oczywiście państwa komunistyczne, gdzie w nazewnictwie uparcie umieszczane są nawiązania do powszechnego oddania władzy w ręce ludu. Przykładów daleko nie trzeba szukać – w naszej historii znajdziemy przecież państwo o wdzięcznej nazwie Polska Rzeczpospolita Ludowa, ale i współcześnie istnieje światowy hegemon w postaci Chińskiej Republiki Ludowej. Równie często wykorzystywany jest człon „demokratyczny”, jakby dla zapewnienia o pokojowych intencjach władzy, lecz wystarczy spojrzeć na listę dawnych lub obecnych reżimów posługujących się tym zwrotem, by pozbyć się wszelkich złudzeń: Niemiecka Republika Demokratyczna, Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna, Demokratyczna Republika Wietnamu czy (chociaż niezwiązana z ustrojem komunistycznym) Demokratyczna Republika Konga.

Ta polityczna nomenklatura stanowiła ważną część propagandy, zwłaszcza w systemach demoludów, gdzie oficjalna legitymizacja przejęcia władzy opierała się wyłącznie na woli i dobrostanie ludu. Lecz jak powszechnie wiadomo, demokracja od demokracji ludowej różni się tym, czym krzesło od krzesła elektrycznego.

Odchodząc od nie-tak-demokratycznych reżimów, optymalne nazewnictwo jest także elementem poprawnego marketingu politycznego. Nazwa partii musi być nie mniej, nie więcej – jak po prostu odpowiednia. Ma zapadać w pamięć, może układać się w ładny akronim i przede wszystkim – dobrze się kojarzyć.

Czasami jednak dochodzi do interesujących absurdów, kiedy nazwa partii stoi w zdecydowanej opozycji do deklarowanego programu. Mistrzami takich politycznych oksymoronów są niektóre ugrupowania afrykańskie: w Południowej Afryce możemy znaleźć na przykład Partię Bojowników o Wolność Gospodarczą – antykapitalistyczne ugrupowanie, które nawoływało kiedyś do nacjonalizacji kopalń, a także partię reprezentującą nacjonalizm afrykanerski – Front Wolności Plus. Nierzadko stosowanym zwyczajem jest także umieszczanie w nazwie rzekomo bliskich i ważnych dla członków partii wartości, takich jak jedność, wolność, prawo czy sprawiedliwość, a następnie konsekwentne działanie wbrew nim.
Zdarza się również sytuacja, gdy nazwa pozostaje ta sama, lecz zmienia się tożsamość partii lub poglądów, co prowadzi również do niespójności między komunikatem a jego rzeczywistym odbiorem.

Rozdział 2: Wielka zmiana


Nie ma na tym świecie ludzi pamiętających czasy, w których polityka Stanów Zjednoczonych nie była zdominowana przez dwie partie: konserwatywnych Republikanów oraz progresywnych Demokratów. W trakcie swojej ponad 170-letniej rywalizacji poglądy tych dwóch ugrupowań nie zawsze były takie, jak określane są współcześnie – mało tego, były wręcz całkowicie odwrotne.

Zmiana Republikanów z partii liberalnej na konserwatywną i Demokratów w drugą stronę nie nastąpiła w ciągu jednej nocy, lecz był to długi proces z kilkoma przełomowymi momentami. Za okres kluczowy można uznać m.in. lata 30. XX w., gdy demokrata Franklin Delano Roosevelt wdrożył program rządowej interwencji New Deal jako reakcję na wyniszczający USA wielki kryzys. Wtedy też przypieczętowany został proces przyciągania progresywnych wyborców do Demokratów, natomiast Republikanie zebrali wokół siebie opozycję do Roosevelta. I chociaż poglądy się zmieniły, to profil przeciętnego wyborcy tych partii niekoniecznie uległ zmianie – gwoli ścisłości, Republikanie od zawsze wspierali duży biznes, zwłaszcza w okresie jego niezwykle błyskawicznego rozwoju po wojnie secesyjnej (II poł. XIX w.). Sęk w tym, że w czasach ekspansji USA na zachód (zakończonej wraz z przyjęciem Arizony jako stanu do Unii) duży biznes korzystał na ochronie i wsparciu rządu – w połowie XX w. interwencje władzy były już dla niego niekorzystne.

Światopoglądowo, obecny podział wyklarował się na bazie sporu prezydenta Lyndona B. Johnsona i kandydata Republikanów Barry’ego Goldwatera – osoby uważanej za ojca dominacji konserwatystów w Partii Republikańskiej, która utorowała drogę do zwycięstwa Ronalda Reagana. Goldwater sprzeciwił się w 1964 r. antydyskryminacyjnej ustawie Civil Rights Act, zdobywając głosy białych demokratów Głębokiego Południa, ale ostatecznie utracił wsparcie czarnych Amerykanów, historycznie lojalnych wobec Republikanów od czasów wojny secesyjnej.

Rozdział 3: Ty nie jesteś lewicowy

Tydzień po wyborach, w odmętach ukochanego portalu dyskusyjnego X (dawniej Twitter) ponownie wybrana do Sejmu z list Lewicy Anna Maria Żukowska stwierdziła, że robotnicy nie głosowali na jej ugrupowanie, gdyż „nie mają lewicowych poglądów”. Naturalnie słowa te wywołały ostrą debatę.
Historycznie lewicowe poglądy kojarzą się głównie z hasłami socjalistycznymi i walką o prawa robotników (lub bardziej 1 współcześnie – pracowników), podczas gdy dzisiejsze sztandarowe hasła lewicy opierają się głównie na kwestii praw mniejszości. W październikowych wyborach robotnicy swoje głosy oddali w zdecydowanej większości na konserwatywne Prawo i Sprawiedliwość oraz ich „program prospołeczny”, który równie dobrze mógł nosić miano „populistycznego socjalizmu”, a zatem nakierowanego bardziej na samo zdobycie wyborców, a nie realne wsparcie potrzebujących.
Choć nasuwa się pytanie, czy robotników zniechęciły progresywne hasła Lewicy, czy może też w ogóle nie zależało im na socjalizmie – odpowiedź nie jest łatwa do znalezienia. Można jednak określić tożsamość współczesnej lewicy i prawicy, które – co należy zaznaczyć – będą znacznie różnić się od odpowiedników z krajów Zachodu, ze Stanami Zjednoczonymi na czele.

Czy „lewicowość” to zestaw odgórnie narzuconych poglądów? Jeśli trzymalibyśmy się definicyjnych paradygmatów, teraźniejszy zwolennik lewicy to człowiek popierający zarówno prawa mniejszości, jak i programy socjalne. Jednocześnie w Polsce działa spora grupa skupiająca się przede wszystkim na prawach pracownika i zapewnieniu potrzebującym środków do życia, natomiast kwestie równościowe – choć w żadnym momencie nie są im wrogie – schodzą na dalszy plan.
Możliwa jest również druga kombinacja, a zatem poparcie dla praw mniejszości przy jednoczesnym wsparciu wolnego rynku, lecz otrzymujemy wtedy tzw. „libka”, czyli osobę zdecydowanie z lewicą niezwiązaną.

Niczym bumerang przy określaniu poglądów powraca dylemat, czy dominujące są w nich idee światopoglądowe czy gospodarcze. Przy tak wielu możliwych interpretacjach trudno jest jednoznacznie zdefiniować lewicowość jako monolit. Może więc dałoby się przedstawić ją jako spektrum?
Wtedy osoba lewicowa musiałaby wspierać prawa mniejszości razem z socjalizmem, lecz zależnie od stopnia tego poparcia, byłaby bliżej pełnej lewicowości lub oscylowałaby wokół „centrolewicy”.
Co zatem z tymi robotnikami i ogólnie wyborcami światopoglądowo konserwatywnymi? Czy wyrażając poparcie dla „socjalu” – ale pozostając niechętnym do zmian progresywnych – mogą mówić, że mają lewicowe poglądy?

Nasuwa się wniosek, że nie. Główne ruchy lewicowe, jak np. współczesna socjaldemokracja (której znaczenie uległo całkowitej zmianie odkąd nazwa ta powstała pod koniec XIX w. jako określenie poglądów komunistycznych) nie są grupami wykluczającymi. Sprzeciwiając się zmianom progresywnym, pozostaje się po prawicowej stronie polityki, chociaż można udzielać wsparcia solidaryzmowi społecznemu. Chociaż polska skrajna prawica stwierdziłaby inaczej…

Rozdział 4: Ukryć ideowe kajdany

…Konfederacja i podobne jej partie mają w zwyczaju zagarniać hasła mające „uczłowieczyć” ją w oczach centrowego wyborcy, usilnie starając się przesunąć własny wizerunek z prawego krańca osi na jej odcinek bliżej środka. Stąd też jako wyznacznik prawicowości Konfederacja mocno forsuje nie poglądy społeczne, konserwatyzm i religijny zamordyzm, a gospodarcze – uporczywie próbując przykleić PiS łatkę partii lewicowej.

Ugrupowania prawicy często wykorzystują znane umiarkowanym wyborcom hasła, by ukryć za nimi swoje prawdziwe, bardziej kontrowersyjne poglądy. Zamiast niewidzialnej ręki wolnego rynku czy populizmu kapitalistycznego otrzymujemy idee wolnościowe i liberalizm gospodarczy. Zamiast skrajnego nacjonalizmu mówi się z kolei o „prawdziwych polskich patriotach” – zresztą liberałowie i lewica już dawno pozwolili prawicy mieć monopol na „dumę z ojczyzny”, która zaczęła się niestety jednoznacznie kojarzyć z nacjonalizmem i ksenofobią.

Najlepszym oksymoronem ukazującym sedno tego problemu jest konserwatywny liberalizm, który oczywiście ma służyć jako wyraźne zaznaczenie: „jestem konserwatystą, ale wspieram wolny rynek”. Pochodzenia tego zwrotu szukać można u Amerykanów, gdzie liberalizm gospodarczy stanowi podstawę tożsamości tego narodu, a przejawia się w skrajnej niechęci do jakiejkolwiek interwencji państwa.
Tymczasem europejski liberalizm słynął z przeciwstawienia się zacofanej władzy u progu rewolucji francuskiej i stanowił wyrażenie wsparcia dla progresywnych zmian. Jak więc można mówić o konserwatywnym liberalizmie, skoro te dwie siły ścierały się ze sobą od dekad?

Rozdział 5: Nieznajomość historii szkodzi

Pojęcia ideologii politycznych są płynne, jednak powinny one przede wszystkim ukazywać obecną rzeczywistość. Tkwienie w historycznych definicjach, które w żaden sposób nie tłumaczą już towarzyszących nam zjawisk, jest pozbawione sensu. Kreując nowe znaczenia terminów, powinniśmy za to pamiętać, by nie czynić tego w sposób nierespektujący i nierozumiejący pewnych znaczeniowych tradycji, chcąc nie chcąc istniejących w świadomości społeczeństwa.
Ostatnim trendem wartym uwagi jest przypisywanie wszystkiemu, z czym się nie zgadzamy, łatek faszyzmu – dla prawej strony sceny politycznej – lub komunizmu – dla jej lewej strony.
Warto oswoić się z pojęciami o negatywnych konotacjach – takich jak nacjonalizm – by odzyskać hasła patriotyzmu. Nazwać poparcie wolnego rynku „postawą prokapitalistyczną” i tym samym ponownie przejąć ideę „wolności”.

Częścią życia w społeczeństwie jest to, że będziemy się między sobą różnić. Dla zachowania balansu dobrze by było, gdyby prawica powróciła do korzeni ideowego, umiarkowanego konserwatyzmu, zamiast stawać się coraz bardziej radykalna i nacjonalistyczna. Zawsze będą istnieć osoby nieradykalnie konserwatywne i nie trzeba ich wpychać w ramiona skrajności, nazywając faszystami i zamordystami, podczas gdy postulują one hamowanie postępu, a nie jego agresywne zatrzymanie lub cofnięcie. Inna sprawa, że w polaryzującym się społeczeństwie konserwatyści sami coraz częściej skłaniają się ku opcji skrajnej.

Procesy przedostawania się skrajnej prawicy do mainstreamu politycznego możemy na bieżąco obserwować w Stanach Zjednoczonych (trumpiści), na Węgrzech (Fidesz) czy w Niemczech (AfD). Przykład z Włoch udowadnia jednak, że po objęciu władzy nawet skrajna prawica może zostać zmuszona przez zewnętrzne czynniki do tymczasowego złagodzenia wprowadzanych postulatów, chociaż włoska scena polityczna zawsze stanowiła specyficzne środowisko, a Meloni stale puszcza oko do mniej umiarkowanych wyborców.

Zdecydowanie nie są to sytuacje zero-jedynkowe, dlatego jako społeczeństwo powinniśmy zadać sobie pytanie – czy możemy pozwolić sobie na ryzyko wpuszczenia skrajnych idei (zarówno lewicowych, jak i prawicowych) na główny parkiet polskiej sceny politycznej? Nieznajomość historii szkodzi, gdyż lubi się ona powtarzać, jeśli jej na to pozwolimy. Uczmy się więc na doświadczeniach innych i starajmy się rozpoznać idee takimi, jakie są naprawdę – a nie takimi, jakie są prezentowane przez polityków w nazwach ich partii czy programach wyborczych.