Autor: Filip Wieczorek
O ostatnich miesiącach w Partii Razem można powiedzieć wiele, ale na pewno nie można nazwać ich spokojnymi. Nie było tygodnia, w którym ostatnia nadzieja polskiej lewicy, jak wielu ją postrzega, nie przewijałaby się przez sekcje polityczne wszystkich największych polskich mediów. Niestety, nie chodziło o sukcesy legislacyjne ani skokowy wzrost poparcia, tylko o to, o co zwykle na lewicy chodzi, kiedy robi się o niej głośno – o inbę. W zasadzie to lepiej byłoby tu użyć liczby mnogiej, bo mniejsze lub większe dramy razemki nie od dzisiaj przyciągają do siebie lepiej, niż Real Madryt przyciąga siedemnastoletnich Brazylijczyków, którzy dwa razy kopnęli prosto piłkę. Najczęściej chodziło jednak o Paulinę Matysiak, enfant terrible polskiej lewicy. Posłanka z Kutna z godną podziwu regularnością podejmowała bez konsultacji ze swoją partią co najmniej kontrowersyjne ruchy. A to zakładała stowarzyszenie z Horałą, a to pojawiła się na wiecu Karola Nawrockiego, w Republice zaś występowała tak często, że w Błękitnym Wieżowcu powinna dorobić się już własnego pokoju. W ciągu ostatniego roku Matysiak zdążyła zaliczyć wszystkie zakamarki PiS-owskiego uniwersum, włącznie z tymi najmroczniejszymi, jak Ordo Iuris, skąd wzięła sobie adwokata, czy Dariusz Matecki, przeciwko aresztowaniu którego zagłosowała, twierdząc, że decyzja o ograniczeniu wolności nie powinna leżeć w gestii sejmu (co mija się z prawdą, sejm może co najwyżej wyrazić zgodę na podjęciu decyzji o aresztowaniu przez sąd). Ale dosyć już tego pastwienia się nad Posłanką z Kutna. W partii, ku uldze niemal wszystkich wyborców, już jej nie ma, inba skończona, możemy się rozejść. Tyle, że właśnie nie do końca. Może i ten rozdział udało się zamknąć, ale to dopiero początek wielkiej księgi pod tytułem „Czym właściwie chce stać się Razem po rozstaniu z Nową Lewicą”. Nawet bowiem pomijając wątpliwe działania Matysiak, niektóre z działań i wypowiedzi kierownictwa partii wzbudza obawy o niebezpieczne zbliżanie się w odmęty alt-leftu.
Skręt w stronę alt-leftu?
Na początek należy się słowo wyjaśnienia, czym właściwie jest ten cały alt-left. W końcu większość osób ma lepsze rzeczy do roboty niż doomscrollowanie leftbooka, stąd też można śmiało zasugerować, że znaczenie tego słowa nie jest wśród ogółu populacji dobrze znane. Najprościej rzecz ujmując, chodzi o konserwatywną lewicę. Taką, która za jedyne godne poruszenia tematy uznaje kwestie gospodarcze, prawa mniejszości natomiast uznaje za niewiele znaczące, a wręcz szkodliwe dla sprawy, odciągające od dążenia do równości ekonomicznej. W Polskich realiach przejawia się to najczęściej przez uznawanie PiS-u za najbardziej lewicową partię polityczną w sejmie, fetyszyzowanie prowincji i uznawanie jej mniej lub bardziej wyobrażonego głosu za głos całego narodu (w kontraście do rzekomo odklejonych od rzeczywistości liberalno-lewicowych mieszkańców dużych miast) oraz skrajną niechęć do wszystkich działań i postulatów „libków”, do których zalicza się całą scenę polityczną poza PiS-em, ewentualnie Razem. Nie jest to zbyt wpływowy nurt w polskim dyskursie, wśród jego nielicznych przedstawicieli znanych gdziekolwiek poza Twitterem wybijają się przede wszystkim środowisko Nowego Obywatela z Remigiuszem Okraską na czele i Rafał Woś, niegdyś szanowany publicysta, dziś człowiek posuwający się do denializmu klimatycznego i popierania polityki Donalda Trumpa. Czy Razem grozi zostanie alt-leftem na obraz i podobieństwo naczelnych jeźdźców tego mikroruchu? Na szczęście raczej nie. Większość należących do partii osób posiada jednoznacznie progresywne poglądy, zaś w jej programie wyborczym znajdują się liczne postulaty uznające prawa cżłowieka, których nikt nie zamierza usuwać. Problem w tym, że Razem zdaje się robić wszystko, żeby nikt niewtajemniczony przypadkiem się o tym nie dowiedział. Podczas kampanii prezydenckiej Adriana Zandberga partia schowała tęczowe flagi i postulaty do szuflady, za to niczym zdarta płyta bez przerwy powtarzała o budowie elektrowni atomowych, zwiększeniu nakładów na służbę zdrowia i skończeniu z nepotyzmem w spółkach skarbu państwa. Nie żeby było w tym coś złego – wręcz przeciwnie, silnego, uczciwego państwa nigdy za wiele, szczególnie w cierpiącej na jego permanentny deficyt od w zasadzie zawsze Polsce. Pytanie tylko, czy naprawdę wywieszenie tęczowej flagi na kilku wiecach, chociażby w największych miastach, czy wrzucenie krótkiej wypowiedzi o prawach osób LGBT+ i migrantów zaszkodziłyby w osiągnięciu historycznego sukcesu otarcia się o 5% poparcia? Niby można powiedzieć, że ta kampania obracała się wokół zupełnie innych tematów – przede wszystkim wokół tego, który z dwóch najpopularniejszych prawicowych kandydatów bardziej dokopie Ukraińcom – ale od partii lewicowej chyba należałoby oczekiwać, że nie będzie bała się pokazywać tego, że jest partią lewicową. A Razem ewidentnie robi wszystko, żeby przypadkiem nie dać komukolwiek pretekstu do przyklejenia sobie tej łatki. Nie chodzi tylko o schowanie tematu praw osób LGBT+ w oddziałach wojewódzkich i gdzieś w środku programu wyborczego, ale też na przykład o podejście do imigrantów. Owszem, trzeba pochwalić partię za postawienie się przeciwko nieludzkiemu traktowaniu uchodźców na granicy polsko-białoruskiej i ludobójstwu w Gazie, z tym że jednocześnie pomiędzy tymi jak najbardziej słusznymi i lewicowymi działaniami zdarzają się takie kwiatki jak ambiwalentna wypowiedź Adriana Zandberga o rzekomym kryzysie na granicy z Niemcami, który od początku do końca był niczym innym jak wymyślonym przez prawicę spinem. Partia tłumaczy to poszukiwaniem szerszego elektoratu niż ten, do którego udało jej się dotrzeć w 2019 i 2023 r., kiedy jeszcze należała do komitetu Lewicy. Jak to ujęła współprzewodnicząca Razem, Aleksandra Owca w wywiadzie na kanale Gilotyna TV, rozwód z Nową Lewicą pozwolił stać się jej ugrupowaniu czymś więcej niż tylko koncesjonowanym tęczowym skrzydłem liberalnej koalicji. Szkoda tylko, że skuteczność tej strategii najprawdopodobniej okaże się tylko pobożnym życzeniem.
Poszukiwanie nieistniejącego elektoratu
Każda partia, ustalając swoją strategię wyborczą, musi na początek odpowiedzieć na jedno fundamentalne pytanie – w jaki elektorat w zasadzie zamierza celować? W Polsce większość ugrupowań zdaje się mieć na nie ugruntowaną odpowiedź. PiS celuje w religijny, raczej prowincjonalny i starszy elektorat, PO próbuje dotrzeć do liberalnej klasy średniej, Konfederacja do zbuntowanej młodzieży, Lewica natomiast do progresywnych osób z dużych miast i niedobitków starego SLD-owskiego elektoratu z przemysłowych ośrodków. Kto natomiast głosuje na Razem? Rzut oka na wyniki wyborów prezydenckich daje jednoznaczną odpowiedź – młode osoby studiujące lub z wyższych wykształceniem, mieszkające w największych miastach. Było to dość przewidywalne, w ten sposób głosy na partie lewicowe, szczególnie te młode i bardziej wyraziste od tradycyjnej socjaldemokracji rozkładają się w całej Europie; byłoby to dziwne, gdyby Polska wyłamała się z tego trendu i ugrupowanie pokroju Razem zyskało najwyższe poparcie na, dajmy na to, Podkarpaciu. Obrażanie się na taki stan rzeczy mija się z celem, bowiem wielkomiejska partia dla młodych i progresywnych wcale nie musi być nad Wisłą skazana na marginalizację, szczególnie biorąc pod uwagę olbrzymi kryzys Nowej Lewicy. Razem tymczasem rękami i nogami broni się przed zostaniem zaszufladkowaną w ten sposób, w zamian za to próbuje stać się czymś na kształt propaństwowej partii ludowej dla młodego elektoratu, oferującej solidarną społecznie alternatywę dla Konfederacji. Na chłopski rozum celowanie w elektorat partii Mentzena ma sens, w końcu preferencje polityczne młodych ludzi są znacznie chwiejniejsze niż u starszych wyborców, toteż nie zdołała wykształcić sobie ona żelaznego elektoratu na kształt PiS-u. Przegląd komentarzy w social mediach również zdaje się taki kierunek afirmować, nie trzeba się specjalnie naszukać, żeby natrafić pod postami Razem na Facebooku czy Instagramie komentarzy w stylu „głosuję na Konfederację, ale podoba mi się wasz przekaz”. Tyle tylko, że o składzie parlamentu decyduje popularność nie w internecie, a przy urnach. A tam zderzenie z rzeczywistością jest brutalne. O ile Konfederacja coraz odważniej zaczyna w sondażach pukać w próg 20% poparcia, o tyle Razem rzadko kiedy przekracza 4%, co w obecnej sytuacji daje marne szanse na wejście do sejmu. Kierowanie przekazu w żaden sposób tej sytuacji nie zmieni. Bo ci ludzie nigdy na Razem nie zagłosują. Nawet jeżeli zgodzą się z kilkoma wypowiedziami partyjnych liderów, nie oznacza to od razu, że będą skłonni drastycznie zmienić swoje poglądy polityczne. Nie chodzi nawet w tym wszystkim o tę mityczną tęczę czy zaimki – elektorat Konfederacji wcale nie jest bowiem tak homofobiczny jak liderzy tej partii, duża jego część byłaby nawet w stanie zaakceptować związki partnerskie. Sedno sprawy tkwi w tym, że głosując na Zandberga i spółkę, głosuje się na lewicę z całym dobrodziejstwem inwentarza – wysokimi podatkami dla najlepiej zarabiających, silnymi regulacjami rynkowymi, redystrybucją majątku. To wszystko stanowi fundament programu partii Razem, którego młodzi konfederaci, w przytłaczającej większości wyznający poglądy zakrawające o fundamentalistyczną wersję liberalizmu gospodarczego, nie są w stanie zaakceptować. Poszukując elektoratu chcącego silnego, działającego na rynku jako podmiot państwa, a odstraszanego przez szeroko pojętą ideologię woke, Razem szuka w próżni. Ta grupa społeczna jest już zagospodarowana, tyle że przez posiadający niezwykle stabilny rdzeń elektoratu PiS. Nie mówiąc już o tym, jak nieliczna jest wśród młodych wyborców, znacznie bardziej wolnorynkowych niż konserwatywnych.
Niewykorzystana szansa
Tymczasem na wyciągnięcie ręki jest liczny, jak najbardziej istniejący elektorat osób rozczarowanych Koalicją 15 października. Wynik komitetu Lewicy w wyborach w 2023 r., niższy niż cztery lata wcześniej, w żaden sposób nie oddaje bowiem panujących wówczas nastrojów społecznych. To, że więcej miejsc w sejmie uzyskała Koalicja Obywatelska i Polska 2050 nie wynika z tego, że Polacy są zbyt konserwatywni na posiadanie partii na lewo od centrum o poparciu wyższym niż 8,5%. Wręcz przeciwnie, bo o ile koalicja Hołowni z Kosiniakiem faktycznie stonowała przekaz w tzw. tematach światopoglądowych, świadomie łowiąc w niezadowolonym dawnym elektoracie PiS-u, o tyle KO do wyborów przystąpiła z licznymi progresywnymi postulatami. Trzaskowski z Tuskiem na prawo i lewo rozpowiadali, jak to nie wprowadzą związków partnerskich i nie złagodzą prawa antyaborcyjnego, krytyka sytuacji na granicy z Białorusią wręcz wylewała się z ust liberalnych polityków i mediów, Tuskowi nawet zdarzyło się powiedzieć, że mieszkanie powinno być prawem, a nie towarem. To nic, że Platforma ma długą historię wrzucania mniejszości pod tramwaj, dość przypomnieć, że legalizację związków dla osób tej samej płci obiecywała już w 2011 r., a w kwestii aborcji od początku swojego istnienia kurczowo trzymała się kompromisu między prawicą w parlamencie a prawicą w koloratkach. To już miała być inna partia, ze zmarginalizowanym konserwatywnym skrzydłem oraz bez Gowina i spółki, tym razem na pewno już nie zawiedzie oczekiwań elektoratu. Oczywiście, że zawiodła. Legislacyjnych zmian zbliżających Polskę do respektowania praw człowieka jak nie było, tak nie ma, w zamian progresywni wyborcy dostali „czasowe zawieszenie prawa do azylu” (czytaj – zbrodnię przeciwko prawu międzynarodowemu, na którą są paragrafy) i szczucie na Ukraińców. Wszystko to przy bezradności Nowej Lewicy, która swój sprzeciw wobec Tuska ogranicza do wypowiedzi w mediach i na Facebooku, w ławach sejmowych zaś karnie głosuje za nawet najbardziej absurdalnymi pomysłami prawicowego wilka w liberalnej skórze. Nic dziwnego, że to właśnie jej poparcie spadło najbardziej. Gdyby wybory parlamentarne odbyły się dzisiaj, Nowa Lewica nie miałaby szans na wejście do sejmu. To daje całkiem spory elektorat do zagospodarowania, elektorat progresywny, raczej młody i raczej miejski. Ci wszyscy ludzie nie rozpłynęli się w powietrzu ani nie zmienili swoich poglądów, narracja o Wielkim Narodowym Skręcie w Prawo jest bowiem zwyczajnym mitem. Karol Nawrocki nie został prezydentem dlatego, że miliony Polaków nagle stwierdziły, że ich życiowym priorytetem są wojenki kulturowe i nienawiść do Ukraińców – został nim dlatego, że duża część wyborców Koalicji 15 października w kluczowym momencie została w domach. Jednak uwaga, nie było wśród nich elektoratu Zandberga, ten ponad 90% swoich głosów w drugiej turze przekazał Trzaskowskiemu. Nie chodzi w tym wszystkim rzecz jasna o to, żeby Razem znów stało się przystawką dla koalicji coraz bardziej drapieżnej centroprawicy i podupadającej socjaldemokracji o zerowej sprawczości. Niemniej jednak to właśnie wśród jej dawnych wyborców znajduje się najwięcej potencjalnych głów do złowienia. Głów niebojących się tęczy, imigrantów i aborcji, za to zdecydowanie antypisowskich. Odwracanie od nich głowy i poszukiwanie wymyślonych nawróconych PiS-owców i konfederatów to w tym momencie polityczne samobójstwo. Wyciągnięcie zakurzonych tęczowych flag z szafy i jasne danie do zrozumienia, że w Polsce jest miejsce dla wszystkich wnoszących pozytywny wkład w społeczeństwo, byłoby wyraźnym sygnałem dla setek tysięcy, jak nie milionów, osób poszukujących alternatywy dla rządu.
Wojnę kulturową i tak będziecie mieli
Zresztą – nieważne, jak bardzo by Razem chciało pokazać światu, że jest inaczej, przez konserwatystów i tak zawsze będzie postrzegane jako grupa tęczowych idealistów. Przykładów nie trzeba szukać w czeluściach najobrzydliwszych prawicowych szczujni, wystarczy zajrzeć do takiego Klubu Jagiellońskiego, powszechnie uchodzącego za „tych normalnych konserwatystów”. Po wyrzuceniu Matysiak został opublikowany tam artykuł, w którym Razem opisane zostało jako skrajna woke lewica, która przy pierwszej lepszej okazji i tak pójdzie ramię w ramię z Koalicją Obywatelską. Całość Klub Jagielloński na swoich social mediach okrasił screenem z Twittera mazowieckiego oddziału partii, na którym zapowiadany jest występ Charliego Łapińskiego, niebinarnej osoby koordynującej lokalnymi strukturami. Gwoli ścisłości, program, w którym występowało Łapińskie, nie dotyczył stricte tematyki osób queerowych, a działalności partii. Konserwatystów niewiele to obchodziło, dla nich sama obecność takiej osoby w przestrzeni publicznej jest oznaką oderwania od rzeczywistości partii, która wydaje na to przyzwolenie. Wychodzi więc na to, że aby przypodobać się prawicy, Razem musiałoby jednoznacznie odciąć się od wszystkich mniejszości i wyrzucić ich przedstawicieli z partii, może wtedy by się udało… nie no, oczywiście że nie. Przecież to wszystko dzieje się w kraju, w którym tęczową łatkę skutecznie przypięto do Platformy Obywatelskiej, partii znajdującej się w kwestii praw osób LGBT+ na prawo od zachodnioeuropejskiej chadecji. Kiedy lewica bowiem stara się milczeć o prawach człowieka, próbując na siłę udowodnić, że zależy im na czymś więcej niż queerach – które, jak doskonale wiadomo, istnieją tylko w centrach miast Wielkiej Piątki – prawica przez 24 godziny na dobę i 7 dni w tygodniu wali w mniejszości jak w bęben. Trzeba bez cienia ironii przyznać, że przekonanie całego politycznego świata, że to lewicowcy są przewrażliwionymi na wszystko płatkami śniegu, jest chyba najbardziej udanym przekrętem radykalnych konserwatystów. W rzeczywistości to oni potrafią zaliczyć spektakularny meltdown z najbardziej błahych powodów. A to animowana królica ma za małe cycki, a to nakrętki są przymocowane do butelek, a to w centrum Warszawy zwężają ulicę, na którą prowadzi mnóstwo linii każdego możliwego środka komunikacji publicznej. Prawicową histerię wywołać potrafi dosłownie wszystko – należy ją ignorować, a nie jej się bać. Inaczej skończy się jak z edukacją seksualną, która pod wpływem protestów kościoła i skrajnie prawicowych środowisk najpierw stała się edukacją zdrowotną, później została przedmiotem nieobowiązkowym, a na koniec ponad 70% dzieci zostało z niej wypisanych. Wszystko dlatego, że strona liberalna wybrała politykę appeasmentu, ulegania postulatom radykałów w nadziei, że prawda obroni się sama. Oczywiście, że się nie obroniła. Szok i niedowierzanie, wroga armia na widok wywieszonej białej flagi zajęła pozycje przeciwnika, a nie wycofała się jak Najman spod siedziby Rakowa. Od wojny kulturowej nie da się uciec, można ją co najwyżej przegrać bez walki. Razem powinno porzucić wszelkie obawy, że przez branie w niej czynnego udziału zostaną wzięci za woke’istów, sługusów wielkiego kapitału, czy kogokolwiek innego, za kogo akurat uznają ich konserwatyści albo Woś. Zostaną wzięci i tak. Jedyny wybór to ten, czy jasno i aktywnie stanąć w obronie dyskryminowanych grup, zawalczyć przy tym o rozczarowany progresywny elektorat, czy pozwalać prawicy na zgarnianie taniego politycznego kapitału na walce z nieistniejącym wrogiem, przy okazji przymykając oko na cierpienie jak najbardziej realnych ludzi.

