Autor: Tytus Dunin
Marszów Niepodległości przez Warszawę przetoczyło się już co najmniej kilkanaście. Dokładna liczba jest trudna do wskazania, ponieważ Marsz jako taki odbywał się wiele lat przed pamiętnymi „incydentami” z 2011 r. – do tego czasu jednak liczył zazwyczaj kilkaset uczestników. W 2011 r. natomiast w Warszawie pojawiło się już ok. 20 tys. ludzi, co przerosło oczekiwania samych organizatorów. Wtedy to też pierwszy tekst o tym wydarzeniu zagościł na łamach „Magla”. Jako prawdziwie kontrowersyjny temat (nawet na polskie realia), Marsz Niepodległości stanowi moim zdaniem dobrą próbkę, która pozwala w okamgnieniu sprofilować daną publikację i ocenić jej autorów. Jak zatem o Marszu pisał Niezależny Miesięcznik Studentów?
Gdybym miał na wstępie przyjąć jakiekolwiek przypuszczenia, powiedziałbym, że już sama natura medium popycha jego treść w konkretną stronę. Niektórzy więc stwierdziliby, że opinie na temat Marszu w danym czasopiśmie stają się tym jaskrawsze, im młodsza jest jego redakcja – i choć mógłbym nawet przytaknąć tak sformułowanej tendencji, to moim zdaniem w „Maglu” przeważa inny czynnik. Po publikacji przygotowywanej rękami młodych wolontariuszy i rozprzestrzenianej za darmo (a zatem bez oczekiwań co do jej osiągów) spodziewałbym się raczej tekstów napisanych z niezaangażowanej perspektywy lub takich nachalnie udających ją poprzez proste symetryzowanie. Czy tak faktycznie jest, czy może Maglowiczom udało się w jakiś sposób prześlizgnąć między utartymi stereotypami pisania o Marszu Niepodległości?
2011–2013
Temat podjęli jako pierwsi Jan Goliński i Maciej Simm, którzy w 126. numerze (listopad 2011) przygotowali relację z Marszu Niepodległości w dziale Czarno na Białym pt. „Bitwa Warszawska”. Kompozycja tego tekstu jest ambitna i perfekcyjnie oddająca charakter wydarzenia. Redaktorzy bowiem podzielili się relacjami między sobą: Simm fotografował Kolorową Niepodległą (lewicową blokadę) a Goliński – sam Marsz Niepodległości. Spięli oni potem obie narracje w jedną, dialogiczną formę.
Wydarzenia z obu manifestacji trwale wryły się w psyche polskich mediów i zaważyły nad postrzeganiem reprezentujących je organizacji na długie lata. Po stronie Marszu ówczesnych stałych bywalców z ONR i Młodzieży Wszechpolskiej zasiliły kluby „Gazety Polskiej”, a wraz z nimi rzesze przeciętnych obywateli. Pojawiła się także pokaźna grupa pseudokibiców. Po stronie blokady – organizowanej przez „Krytykę Polityczną” i zasilonej przez wiele znanych postaci polskiej lewicy – pojawili się także niemieccy antyfaszyści. To właśnie te dwie odstające nieco grupy odpowiedzialne są za, jak to niekiedy delikatnie określały wówczas media, „incydenty”. Niemcy z Antify zaatakowali policjantów na kilka godzin przed rozpoczęciem Marszu, napadli też na grupy rekonstrukcyjne w historycznych mundurach. Pseudokibice zaś obrzucili kordon Policji kostką brukową i petardami, podpalili także dwa wozy transmisyjne TVN-u.
Zdaje się jednak, że najbardziej znienawidzoną frakcją tego dnia była właśnie Policja. Jak trafnie punktuje to redaktor Goliński: Całość dzieliła się na tych, którzy przyszli okazać radość z wolnej Polski i tych, którzy cieszą się, że im w tej Polsce wszystko wolno. Zadyma jednak nie ominęła nikogo… Autorzy bardziej poświęcają uwagę wybuchom przemocy tego dnia niż podziałom ideologicznym – może i słusznie, wprawdzie momenty te stały się obrazami niejako definiującymi to coroczne wydarzenie, brakuje tu jednak wpisania ich w szerszy kontekst posmoleńskiej konsolidacji po prawej części spektrum politycznego. Może jednak na to było jeszcze trochę za wcześnie. W podsumowaniu, redaktor Simm przyjmuje ambiwalentną postawę, ewidentnie szukając jakiegoś wyrównania pomiędzy dwoma wydarzeniami: Ja chyba jestem zdania, że oba te marsze były niepotrzebne. Wszyscy wiedzieli czym to się skończy. Nie bez powodu ściągnięto do Warszawy oddziały prewencji z całej Polski. Choć z drugiej strony trochę nie wyobrażam sobie sytuacji, w której zakazuje się marszu z okazji rocznicy odzyskania niepodległości.
Artykuł ten, choć w założeniu ambitnie oparty na dialogicznym zderzeniu dwóch relacji, kończy się mniej lub bardziej przewidywalną konstatacją o bezmyślności przemocy, zamglonej definicji patriotyzmu i niepewności co do następnego Marszu. Kolejny raz, jak to bywa w „Maglu”, fenomenalny pomysł koliduje z niezbyt dogłębną treścią.
Pytania autorów relacji z 2011 r. znajdą odpowiedź w listopadowym numerze 133. z 2012 r., w którym to Marsz stał się tematem numeru. Danisz Okulicz i Aleksander Reszka w swoim tekście „Bunt młodych mas” postanowili przyjrzeć się Marszowi Niepodległości oraz jego przeciwnikom – Koalicji 11 listopada – od podszewki i sprofilowali organizacje, które za nim stoją. Artykuł ten pisany był w przeddzień Święta Niepodległości, dlatego kwestia przebiegu Marszu jest tam poruszona głównie w cytatach Roberta Winnickiego jako jednego z organizatorów. Choć co prawda wyciąga on wnioski z zeszłorocznej „rozróby” i opowiada o powołaniu specjalnych służb porządkowych oraz zakupieniu sprzętu nagłaśniającego, to nie ma też problemu z usprawiedliwianiem pamiętnych „incydentów”: Co by nie mówić o tym nieszczęsnym spaleniu wozu TVN-u, sądząc po wielu tysiącach (o ile nie dziesiątkach, czy setkach tysięcy) reakcji, np. wpisów w Internecie, można dojść do wniosku, że TVN sobie na to zasłużył, że kłamią, kłamią, kłamią, ale dość.
Autorzy dosyć skrupulatnie analizują wybrane organizacje punkt po punkcie, konfrontując praktykę i teorię obu organizacji. Wytykają oni części wspólne, ale skupiają się też na istotnych różnicach. Jak sami stwierdzają: (…) nie można traktować obu stron jako równorzędnych i symetrycznych. Są skrajnościami, ale różni je struktura, przyczyny i cele działania. Zresztą o ile ONR i MW można uznać za organizacje skrajne, tak nie można tego powiedzieć o wszystkich zrzeszonych w Koalicji 11 listopada, choćby o Europejskiej Fundacji Praw Człowieka i Zwierząt.
Czy tekst faktycznie reprezentuje wyższy poziom niż krótka relacja z 2011 roku? Choć z pewnością robi krok w tył jeśli chodzi o kompozycję, to poniekąd nadrabia to skrupulatnością. Nadal brakuje tutaj jednak wpisania omawianych zjawisk w szerszy kontekst – ewidentnie trudno jest to zrobić, chcąc zachować neutralną postawę i stroniąc od prób nadania konkretnej narracji.
Można jednak stwierdzić, że środki, o których wspominał Winnicki, zadziałały. Marsz z 2012 roku, choć gościł większą liczbę ludzi (szacowano ją na 25 tys.–50 tys.), nie przebił zeszłorocznego wydarzenia. Niebagatelny wpływ zapewne miała na to decyzja Koalicji 11 listopada o zorganizowaniu kontrmarszu zamiast blokady. Choć „incydenty” z Policją miały miejsce, były one mniej drastyczne i mniej liczne. Spojrzawszy na całą historię Marszu, można chyba już stwierdzić początek procesu deeskalacji i „udomowienia” – może z wyłączeniem 2020 r.
Podsumowanie następnego Marszu przygotował redaktor Grzegorz Piasecki w grudniowym numerze 142. Artykuł „Przeszło nowe pokolenie” z działu Polityka i Gospodarka jest przede wszystkim prostym podsumowaniem wydarzeń z 11 listopada 2013 r. Autor z należytą dokładnością przytacza tegoroczne „incydenty” – walki pod squatem na ul. Skorupki, spalenie „Tęczy” na placu Zbawiciela i podpalenie budki wartowniczej pod ambasadą Rosji – nie sili się jednak na bardziej dogłębną analizę. Nie oznacza to jednak, że opisuje Marsz w całkowicie hermetyczny sposób – odnotowuje osobne, krakowskie obchody Święta Niepodległości, które organizowało PiS i wpisuje to wszystko w nadchodzące, przedwyborcze zjazdy Ruchu Narodowego. Generalnie jest to poprawny tekst, ale nie wyróżnia się niczym specjalnym.
2015–2018
Choć co prawda kolejna wzmianka o Marszu pojawiła się jako część humorystycznego artykułu „Kogo nie chcesz spotkać na ulicy?” w dziale 3po3 z listopada 2015 roku, to nie ma tam zbyt wiele interesującej analizy. Zainteresowanych zapraszam do przeczytania, natomiast ja przejdę do następnego tekstu o tej tematyce.
Jest nim artykuł Filipa Kubińskiego w dziale Warszawa pt.: „Dwie strony niepodległości” z listopada 2016 r. („Magiel” nr 162.) napisany przed Świętem Niepodległości. Jest to w pewnym sensie tekst odwrotny wobec artykułu Piaseckiego sprzed trzech lat – prezentuje on przede wszystkim kontekst i niewiele wspomina o konkretnych wydarzeniach. Kubiński pokrótce opisuje podsycające emocje mediów, porównuje polskie obchody z porównywalnym jubileuszem Irlandczyków i poświęca chwilę na ogólny zarys retoryki marszujących i kontrmarszujących. Punktem wspólnym jest równie powierzchowne spojrzenie na rokroczny przemarsz. Nadal brakuje mi nakreślenia tendencji na przestrzeni lat i uważnego tropienia przyczyn.
Interesującym natomiast jest przytoczony w tym tekście cytat Agnieszki Romaszewskiej-Guzy, wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, która zaznacza, że przez stulecia polska polityka to były głównie wojny, powstania, walka o niepodległość, a przynajmniej o wolność i demokrację – nie było innego modelu. Nie mieliśmy nigdy przeciwnika, zawsze mieliśmy wroga. Często śmiertelnego wroga, który zagrażał samej naszej egzystencji jako narodu. Stąd się chyba bierze to obrzucanie drugiej strony słowami „zdrajcy” lub „dyktatura”. Szkoda tylko, że autor tekstu nie zadał sobie trudu rozpisania się nad tym cytatem.
Odmienny powód takiego kształtu obchodów Święta Niepodległości prezentuje Adam Hugues w krótkiej działówce „Taki mamy klimat?” ze 170. numeru „Magla”, wydanego w grudniu 2017 r. Autor tego tekściku konfrontuje polskie święto z jego analogami we Francji i w Stanach Zjednoczonych. Wysnuwa stąd teorię, jakoby może to pora roku, tak obfita przecież w szarówkę i deszcz, była przyczyną ponurej reputacji polskich obchodów odzyskania niepodległości. Trudno jest szukać dużej dozy powagi w tej propozycji, podobnie jak i w sugestii przesunięcia święta w sezon cieplejszy, którą sam autor pospiesznie krytykuje: Sierpień jest jednak zarezerwowany dla wojska, a lipiec, szczególnie jego końcówka, może budzić niemiłe wspomnienia ze świętem 22 lipca obchodzonym za czasów PRL. Hugues, napisawszy tekst bardziej z przymrużeniem oka niż z pełną powagi twarzą analityka, zdołał mimo to wykazać się większą dociekliwością i pomysłowością niż kilku z omawianych już autorów „poważnych analiz”. Pozwolę sobie zatem przytoczyć jeszcze ostatnie zdanie jego tekstu: Lepiej zatem zmieniać nie datę a nasze podejście. Fajerwerki zapewnią narodowcy, a my się bardziej uśmiechajmy i… trenujmy bieganie. Najlepiej na setkę. W końcu już za niecały rok okrągła rocznica.
Ostatnim dużym artykułem, może nie sensu stricte o Marszu Niepodległości, ale orbitującym wokół tej tematyki, jest tekst okładkowy numeru grudniowego z 2018 roku (177.), czyli „We mnie jest Polska” autorstwa Marcina Kruka, napisanego we współpracy z Filipem Lubińskim. Artykuł ten opisuje zjawisko młodych nacjonalistów – młodzieży, która angażuje się w działania radykalnych organizacji narodowych. Autor wplata w swoją narrację rozmowę z trzema przedstawicielami tej grupy społecznej: Mateuszem, rzecznikiem prasowym Młodzieży Wszechpolskiej, wiceprezesem Straży Marszu Niepodległości i bliskim współpracownikiem Roberta Winnickiego, Karolem, absolwentem studiów technicznych silnie związanym z ONR-em i Marią – eks-członkinią ONR-u i założycielką ugrupowania Praca Polska. Redaktor Kruk uważnie przygląda się zjawisku młodych nacjonalistów i analizuje zarówno jego przedstawicieli, jak i ich podstawy ideologiczne z należytą dokładnością. Mnie natomiast w tym wszystkim interesuje najbardziej kwestia Marszu Niepodległości – jak związana jest z nim wyżej wspomniana trójka?
Mateusz wprost przyznaje, że jego bezpośrednia przygoda z nacjonalizmem rozpoczęła się w 2011 r. na jego pierwszym Marszu Niepodległości. Rok później zaangażował się w ochronę wydarzenia jako członek Straży Marszu Niepodległości. Z biegiem lat coraz bardziej angażował się w działania organizacji nacjonalistycznych. Choć sam przyznaje, że Marsz nie był jego pierwszym zetknięciem z ideą narodową – tu wskazuje wartości jego rodziców, działania w harcerstwie i incydent z wywieszeniem plakatu Młodzieży Wszechpolskiej przez jego historyka – to trudno jest zaprzeczyć, że Marsz z 2011 r. był dla niego swego rodzaju inicjacją, katalizatorem.
Karol, w przeciwieństwie do swojego brata oraz ojca, nigdy nie był oficjalnym członkiem ONR-u, ale był bardzo zaangażowany we wszelakie akcje tej organizacji. Choć zaznacza rolę ONR-u w pomocy przy wychodzeniu ludzi z patologicznych środowisk, przyznaje, że struktura tej organizacji przypomina trochę zabawę w wojsko. To właśnie ze względu na rygor i brak akceptacji odchyleń ideologicznych Karol trzymał się na uboczu tej organizacji, zaś jej zaangażowanie w politykę po zmianie władzy ostatecznie wyalienowały zarówno jego, jak i jego brata. Rolę PiS jako kluczowego czynnika przyznaje bezpośrednio: (…) za poprzednich rządów zamieszki były większe, teraz nie ma z nimi takiego problemu. To się bierze ze zmiany partii i nastrojów w kraju, ale też z naszego doświadczenia, które z roku na rok jest coraz większe, więc spełniamy swoje zadanie jako Straż coraz lepiej. Stwierdza, że był wychowywany w duchu patriotyzmu, dlatego już w liceum brał udział w Marszu Niepodległości – dwukrotnie jako uczestnik, a w kolejnych latach już jako członek Straży. W tym fragmencie tekstu znajduje się natomiast bardzo znamienne zdanie: Najważniejszym wydarzeniem w życiu każdego nacjonalisty jest Marsz Niepodległości.
Maria też uczestniczyła w Marszu Niepodległości. Najpierw z ONR-em, potem sama, a w 2018 r. – nie poszła w ogóle. Stwierdziła, że nie chciała uczestniczyć w rządowym wydarzeniu. Sama wstąpiła do ONR-u, ponieważ była zainteresowana historią przedwojennego pierwowzoru tej organizacji – dowiedziała się o istnieniu jej kontynuatorów właśnie z relacji z Marszu Niepodległości. Krótko potem postanowiła dołączyć, mimo że wywodzi się z liberalnej światopoglądowo rodziny, a sama jest ateistką. Stwierdza, że zawsze bardziej interesowała ją praca społeczna tej organizacji i to też z tego powodu z niej wystąpiła. Chciała bowiem założyć organizację, która bardziej skupia się na tejże pracy a mniej na sloganach.
Trudno nie odnieść wrażenia, że artykuł ten ze względu na swoją formę przedstawia radykalne organizacje nacjonalistyczne w trochę zbyt pozytywnym świetle. Potrójne studium przypadku poniekąd temu sprzyja – w końcu każdy z rozmówców chciał wybielić i siebie, i ugrupowania, których byli częścią. Stąd wiele mówiono o pracy społecznej a stosunkowo mało o ekstremalnych poglądach, przemocy i nienawistnych tendencjach. Niemniej jednak fragment rozmowy z dr. Rafałem Towalskim z Zakładu Socjologii Ekonomicznej SGH jest zdecydowanie najlepszą częścią tekstu i fragmentem, w którym autor popisuje się bardzo wnikliwym aparatem analitycznym.
O ruchach narodowych najwięcej mówiło się za rządów Platformy Obywatelskiej. Wtedy też odbywało się więcej manifestacji, które cieszyły się znaczną frekwencją. Młodzi obywatele nie wiedzieli jak wyrazić swój sprzeciw wobec władzy, a organizacje nacjonalistyczne dawały im odpowiedzi – stwierdza redaktor Kruk, a potwierdza to swoim doświadczeniem Mateusz. Autor tekstu dotyka tutaj samej istoty Marszu Niepodległości, stawia też diagnozę o spodziewanym wzroście poparcia dla ugrupowań nacjonalistycznych. Czy jednak ona się sprawdziła?
2021
I tak, i nie. Choć od tego czasu zdążył się odbyć Marsz Niepodległości w 2020 roku, który powrócił do swoich korzeni wraz z widowiskowymi starciami z Policją, podpaleniem mieszkania przy al. 3 maja i zatrzymaniem przez służby porządkowe ponad 300 osób, to wszystkie pozostałe Marsze od 2017 r. przetoczyły się przez Warszawę bez wyróżniających się ekscesów.
To jednak właśnie na kanwie wydarzeń z 2020 r. napisany został ostatni do tej pory artykuł o Marszu Niepodległości – tekst o niepozornym tytule „Kim był Son Goku?” autorstwa Michała Rajsa, opublikowany w przeddzień Marszu w listopadzie 2021 r. na łamach numeru 197. To jest też prawdopodobnie jedyny tekst w tym zestawieniu, który mógłbym otwarcie posądzić o symetryzowanie, choć może jest to związane z ówczesnym, wyczerpującym do granic możliwości klimatem politycznym. Sam tekst nie wyróżnia się niczym specjalnym – ot, standardowy jednostronnicowiec porównywalny z kilkoma wcześniejszymi artykułami o Marszu w „Maglu”. Dobitne natomiast jest samo zakończenie, które doskonale zakonserwowało tamte chwile: Bez żenady i bez kibicowania którejkolwiek ze stron siądę tej jesieni przed dawno nieużywanym telewizorem z nadzieją, że po tych wszystkich latach czeka mnie spektakl na miarę najlepszego sezonu Dragon Ball. Że w końcu zobaczę, jak lud Warszawy staje na gruzach czyichś murów i coś z tych manifestacji (poza nierozstrzygniętymi starciami naszych odpowiedników Son Goku i Piccolo) wynika.
I co my z tego mamy?
To jednak wbrew pozorom nie koniec tekstów o Marszu Niepodległości, bowiem jeden – najlepszy z nich wszystkich – zostawiłem na sam deser. Tekstem tym jest króciutka działówka Aleksandra Pudłowskiego z wydanego w grudniu 2012 roku numeru 134. Przytoczę ją w całości:
Ten niby prosty figlik moim zdaniem najlepiej pokazuje, czym stał się Marsz i jak najlepiej jest podchodzić do jego opisywania. Po 2011 r. wydarzenie to stało się swoistym kameleonem, który z jednej strony u korzeni był imprezą radykalnych nacjonalistów, a z drugiej strony został rozwodniony przez dziesiątki tysięcy szarych obywateli. Z trzeciej strony zaś Marsz Niepodległości wciąż utrzymuje jednoznacznie prawicowy charakter i to, jak się zdaje, jest jedyna konstanta, która trzyma całe to wydarzenie w ryzach. Sam Marsz jest uroczystością na tyle zdeformowaną przez kotłujące się we własnym sosie siły wewnętrzne, które na dodatek rozdmuchuje i rozdziera krajobraz medialny – na dodatek nieustannie od ‘89 specjalizujący się, a każde medium niczym kula śnieżna lawinowo spada w otchłań „jedynej słusznej ideologii” – że przedstawienie jakiejkolwiek spójnej narracji na jego temat jest praktycznie niemożliwe. Nie oznacza to, że jako osoby postronne musimy ulegać symetryzmowi czy, wręcz odwrotnie, trybalizmowi. Bądźmy rzeczowi oraz rzetelni w opisie, nie bójmy się nazywać rzeczy po imieniu i – niczym Aleksander Pudłowski – podnieśmy zwyczajne, domowe lustro. Pokażmy, jak pokrzywiona, zdeformowana i niespójna jest nasza rzeczywistość.

