Autor: SZYMON ROGACZEWSKI
We Francji znów zmienił się premier. Nadal nie osiągnięto kompromisu budżetowego, a na ulicach wrze. O przyczynach pogłębiającej się niestabilności politycznej nad Sekwaną mówi prof. Karolina Borońska-Hryniewiecka, ekspertka Team Europe Direct i badaczka Uniwersytetu Sorbońskiego.
Pani Profesor, jakie, poza sporem o budżet, są główne powody upadku rządu François Bayrou?
Może zacznijmy od tego, że ten rząd upadł na własne życzenie, bo to była pierwsza taka sytuacja w historii Piątej Republiki, kiedy to premier poprosił o udzielenie wsparcia politycznego dla jego polityki, czyli o votum zaufania, i tego zaufania nie uzyskał, co spowodowało, że musiał podać się do dymisji.
Zazwyczaj jest tak, że to opozycja cenzuruje rząd i składa wnioski o votum nieufności. W tej sytuacji był to ruch wyprzedzający i Bayrou spodziewał się upadku gabinetu w zasadzie wszyscy się tego spodziewali. Mógł się zdarzyć cud, ale się nie zdarzył. A dlaczego tak się stało? Głównie chodziło o rządowy plan uzdrowienia finansów państwa i sytuacji gospodarczej, który nie spotkał się z aprobatą ani lewicy, ani prawicy. Budżet, jak wiadomo, jest sprawą fundamentalną dla Francji i dla każdego państwa, lecz zdaniem opozycji premier Bayrou w zasadzie nie konsultował się wystarczająco otwarcie i koncyliacyjnie, jak powinien, biorąc pod uwagę panujący układ polityczny. Zaproponował budżet i cięcia fiskalne dla ratowania finansów Francji dosyć jednostronnie. Zdaniem opozycji uderzało to w najbiedniejszych i w klasę pracującą. To właśnie mu miały za złe i związki zawodowe, i prawica. Więc w zasadzie prosił się o to, żeby go z tego stanowiska usunęli.
Dużą rolę odegrała również bardzo silna polaryzacja sceny politycznej, dlatego że po przyspieszonych wyborach, które zarządził prezydent Macron po rozwiązaniu francuskiego parlamentu w 2024 roku, Zgromadzenie Narodowe, czyli niższa izba parlamentu, jest podzielona na trzy bloki: lewicę, prawicę i centrum, z których żaden nie jest w stanie rządzić samodzielnie, a które nijak nie potrafią znaleźć wspólnych punktów, żeby stworzyć ponadpartyjne porozumienie dla Francji.
Przypomnijmy, że prezydent Emmanuel Macron przeczuwał, że stracił zaufanie narodu po przegranych dla jego obozu wyborach do Parlamentu Europejskiego w maju 2024 roku, dlatego zdecydował się rozwiązać parlament i zapowiedział nowe wybory. Macron mówił wtedy, że chce oddać głos suwerenowi – Francuzom – w celu wyłonienia takiego rządu, jakiego sobie życzą. Jednakże prezydent nie uszanował w istocie demokratycznego rezultatu tego głosowania.
W wyniku wyborów wyłoniły się trzy wspomniane bloki, ale przypomnijmy, że największą partią, która jako jedno ugrupowanie odniosła zwycięstwo, było Zjednoczenie Narodowe, czyli skrajna prawica Marine Le Pen, która otrzymała około 140 mandatów. Natomiast jeśli chodzi o koalicje partii, które szły razem do wyborów, to zdecydowanie wygrała lewica, czyli Nowy Front Ludowy, który to zdobył prawie 200 mandatów. Koalicja lewicowa jest jednak bardzo eklektyczna. Z jednej strony mamy w tym bloku skrajną lewicę, czyli La France Insoumise Mélenchona, z którą nie sposób jest tak naprawdę stworzyć żadnego kompromisu, ale mamy tam również socjalistów, ekologów i komunistów. Trzeci blok to centryści, koalicja partii wspierających prezydenta Macrona, czyli MoDem, Renaissance i Horizons, która uzyskała około 160 mandatów.
Gdyby myśleć czysto „demokratycznie”, chcąc uszanować wolę wyborców, to w 2024 roku należałoby powierzyć misję stworzenia rządu lewicy. Jednak Macron powierzył tekę premiera Michelowi Barnierowi, czyli przedstawicielowi centroprawicowych Republikanów, którzy w wyborach nie załapali się nawet na podium. Po upadku Barniera, kolejnym premierem był centrysta-makronista Bayrou, który również miał w swoim rządzie Republikanów – np. Bruno Retailleau, ministra spraw wewnętrznych. Ponieważ Bayrou był mocno kojarzony z Macronem, można uznać, że nieudzielenie mu zaufania podważy pozycję Macrona i zmusi go do dymisji, czego oczywiście chciałaby skrajna prawica i cały czas o tym mówi.
Zanim Macron ogłosił, że nowym szefem rządu będzie Sébastien Lecornu, myślałam, że lepiej byłoby, gdyby premier był z umiarkowanej lewicy. Taką osobą jest na przykład Olivier Faure. Ale, jak widać, jednak Macron nie chce oddać pola lewicy. Nowym premierem jest zatem kolejny makronista, Sébastien Lecornu, który rządu nadal nie stworzył. Można zatem powiedzieć, że obie strony politycznego spektrum czekają na swoją kolej, czyli na to, żeby znów centrystom się nie udało.
Już od przeszło dwóch tygodni nie przedstawiono składu rządu. Wspomniała Pani o tym, jak trudno porozumieć się z poszczególnymi ugrupowaniami. Jak wpłynie to na pozycję Sébastiena Lecornu i nowego gabinetu, skoro tak trudno go utworzyć?
Sébastien Lecornu, czyli były minister obrony, który piastował do tej pory bardzo ważną pozycję, to stosunkowo młody człowiek, bo ma niecałe 40 lat – w odróżnieniu od poprzednich dwóch premierów, którzy byli leciwymi i doświadczonymi politykami.
To polityk pochodzący z obozu Macrona, jego macierzystą partią jest Renaissance, ale też warto przypomnieć, że do 2017 roku był związany z Republikanami. Bliżej mu do centroprawicy niż do centrolewicy. Jednakże ponieważ chciał pokazać nową jakość w sposobie sprawowania rządów, Lecornu obiecał szerokie konsultacje na lewicy – i w zasadzie wykonuje te ruchy. Lecornu czuje, że musi bardziej otworzyć się na współpracę z socjalistami czy szerzej – z blokiem lewicowym, w związku z tym, że to właśnie lewica jest w tej chwili największym destabilizatorem systemu.
Jak spojrzymy na to, co się dzieje na ulicach Francji – na strajki i demonstracje ostatnich dni – to cały ten zryw jest inspirowany głównie przez lewicę. Tutaj głównie działają związki zawodowe – których jest oczywiście we Francji multum – różnego rodzaju stowarzyszenia lewicowe, ale także lewicowi intelektualiści i uczelnie wyższe, głównie Sorbona.
Do tych strajków przyłączyło się też dużo ludzi z klasy średniej. Tego prawica nie napędza, ona raczej czeka i przygląda się sytuacji. Lecornu natomiast, zanim jeszcze przedstawi propozycję składu rządu, działa z rozwagą – najpierw trzeba się zgodzić wokół jakiegoś konkretnego programu, a potem przedstawić ludzi, którzy zgodzą się go wprowadzić. Najlepiej, żeby to była możliwie najszersza koalicja, która zgodzi się co do jednego: że nie będzie cenzurować rządu – nie zgłosi wotum nieufności. Lecornu zatem spędza czas na konsultacjach, odbył już wiele spotkań w ostatnich dniach. Natomiast powtarzające się strajki i mobilizacja społeczna pokazują, że łatwo nie będzie i że pewne bardzo twarde postulaty lewicy będą musiały zostać spełnione. Niektóre z nich to na przykład odejście od reformy emerytalnej, opodatkowanie najbogatszych i wielkiego biznesu.
Skoro prezydent Macron był nieskuteczny w parlamencie, nie potrafi zarządzać kryzysem (Lecornu będzie przecież piątym premierem), to może powinien sam się podać do dymisji, skoro tego chcą i główne partie w parlamencie, i Francuzi?
No właśnie – i to jest pytanie. Emmanuel Macron zapowiedział już przy okazji wyborów w 2024 roku, że niezależnie od sytuacji nie zamierza ustąpić ze stanowiska. Cały czas używał słowa „odpowiedzialność”. Myślę, że trochę ma rację – jeśli weźmiemy pod uwagę niestabilność w obecnym momencie geopolitycznym Europy, w szczególności patrząc na wojnę na Ukrainie, niestabilne relacje transatlantyckie i nowe zależności globalne, silne przywództwo rzeczywiście jest bardzo ważne. I w tym aspekcie Macron się bardzo dobrze sprawdza, szczególnie jeśli chodzi o pozycję Francji w koalicji wsparcia dla Kijowa, ale też w kwestii roli Europy w świecie.
Jeżeli spojrzymy na samych Francuzów, to nie mamy gwarancji, że jeśli Macron rozwiązałby parlament i ogłosił nowe wybory, to wyłonią one jakąkolwiek stabilną większość. Jak patrzymy na ostatnie badania opinii publicznej, to Francuzi są bardzo podzieleni. 55% chce rządów centroprawicowych, 54% lewicowych. A 70% Francuzów w ogóle nie wierzy, że uda się stworzyć jakikolwiek rząd!
Polaryzacja we Francji to skomplikowana sprawa. Nie wiadomo, jak przeciąć ten węzeł gordyjski. To też paradoks, że Francja, jako jedno z najbardziej opiekuńczych państw w Europie, z rozbudowanym modelem redystrybucji, posiada społeczeństwo, które jest sfrustrowane i uważa, że pracuje za dużo i otrzymuje za mało. Prawdą jest, że obecny system redystrybucji świadczeń społecznych jest finansowany z długu. Różne grupy mają natomiast swoje „żale” – młodzi narzekają na stosunkowo wysokie bezrobocie, wysokie ceny mieszkań i brak perspektyw, klasa średnia uważa, że to ona finansuje większość systemu przez wysokie podatki i składki, a sama nie otrzymuje proporcjonalnych korzyści. Przedsiębiorcy narzekają na przerost biurokracji, a intelektualna lewica oskarża Macrona, że jest prezydentem bogatych, których boi się opodatkować. Więc nawet najlepsi eksperci mają trudność w znalezieniu wyjścia z tego impasu i naprawdę nie chciałabym być teraz na miejscu premiera Lecornu.
Ostatnio atmosfera wokół kryzysu wewnętrznego Francji jest, jak ustaliliśmy, bardzo napięta. Ale mnożą się też wątpliwości wokół tego, że Komisja Europejska wpisała Francję jako kraj priorytetowy do zajęcia się dziurą budżetową – czy to nie osłabia pozycji międzynarodowej Paryża?
Niestabilność rządu i impas z uchwaleniem budżetu oczywiście mogą osłabiać pozycję Paryża, szczególnie kiedy Francja chciałaby forsować te rozwiązania handlowe lub przemysłowe, które spotykają się z opozycją partnerów międzynarodowych. Łatwo wtedy bowiem adwersarzom powiedzieć: „Nie jesteście wiarygodni, bo nie potraficie ugasić własnego chaosu”. Gdy koszty pracy rosną, a inwestycje są coraz droższe, to spada też zaufanie inwestorów. Z kolei partnerzy, którzy dobrze życzą Francji – głównie kraje UE i Komisja – są bardziej wyrozumiali, bo przyzwyczaili się do wewnętrznych problemów Francji. Pamiętajmy, że jest ona drugą największą gospodarką UE i drugim największym płatnikiem netto do unijnego budżetu.
Jej problemy gospodarcze martwią Komisję, ale po pierwsze – Francja jest „zbyt duża, żeby upaść” (too big to fail), a po drugie – w ramach strefy euro są mechanizmy kontroli i bezpieczeństwa, które po kryzysie 2008–2012 mają nie dopuścić do powtórzenia się greckiego scenariusza.
Większym problemem w moim przekonaniu jest to, że francuskie społeczeństwo oczekuje przełożenia ciężaru finansowania długu na biznes, korporacje i bogatych. Dla rządzących ważna jest potrzeba inwestycji w zbrojenia i konieczność pomocy Ukrainie.
To wszystko budzi opór skrajnej prawicy i skrajnej lewicy, która także ma nastawienie antywojenne.
Prędzej czy później we Francji odbędą się wybory. Kto, według Pani Profesor, jest ich faworytem?
Gdyby wybory miały się odbyć w najbliższych tygodniach lub miesiącach, faworytem byłby kandydat prawicy – albo Marine Le Pen, albo Jordan Bardella, jeśli Le Pen nie będzie mogła startować z uwagi na uprawomocnienie się wyroku za defraudację środków Parlamentu Europejskiego. Warto przy tym zauważyć, że przez ostatnie lata francuska skrajna prawica w pewnym stopniu się znormalizowała. Sondaże pokazują, że Le Pen i Rassemblement National zyskują w oczach Francuzów wiarygodność, jeśli chodzi o zdolność rozumienia problemów kraju i efektywnego rządzenia, choć to ostatnie jest zupełnie hipotetyczne. Jednocześnie prawica stara się „oddemonizować” wizerunek swoich liderów, odchodząc od najbardziej ekstremalnych haseł (np. antysemickich czy antymuzułmańskich), a bardziej zaznaczając kwestie, które wydają się ważne dla przeciętnego wyborcy (inflacja, bezpieczeństwo, migracja). Normalizację widać też w sposobie, w jaki Le Pen zdystansowała się od Rosji i Putina.
We Francji coraz częściej wśród różnych grup społecznych słychać głosy: „A może dać im szansę?”. Ja postawiłabym na to, że kolejne wybory wygra prawica.

