Czyje będą media publiczne?

Poprzednia partia rządząca za wszelką cenę chce utrzymać kontrolę nad mediami publicznymi – po tym jak przekonali się, jak silny wpływ wywierają elektorat.

Czyje będą media publiczne?

Poprzednia partia rządząca za wszelką cenę chce utrzymać kontrolę nad mediami publicznymi – po tym jak przekonali się, jak silny wpływ wywierają elektorat.

Tekst: Kacper Koźluk

Bez względu na to, ile razy politycy i ich wyborcy powtórzą, że chcą obiektywnych i odpolitycznionych mediów publicznych – telewizja, radio i prasa przechodzą z rąk do rąk przy każdej zmianie władzy. Nic nie wskazuje na to, by Sejm X kadencji miał wprowadzić w ten zwyczaj jakąkolwiek zmianę. Tym razem sprawa jest jednak o tyle groteskowa, że po przeszło miesiącu od rozpoczęcia procesu zmiany warty, nie możemy się wspólnie zgodzić nawet co do tego, kto jest obecnie prezesem TVP. Wszystko wskazuje na to, że jest to dopiero początek problemów, które piętrzą się u progu nowej kadencji.

We wtorek 19 grudnia 2023 r., o godzinie 14.15, Sejm przyjmuje uchwałę wzywającą ministra kultury Bartłomieja Sienkiewicza do niezwłocznego podjęcia działań mających na celu przywrócenie ładu konstytucyjnego w zakresie dostępu obywateli do rzetelnej informacji i funkcjonowania mediów publicznych. Gdy Marszałek ogłasza wyniki, na sali plenarnej nie ma już ponad stu posłów PiS, którzy rozjechawszy się po warszawskich siedzibach TVP, zawiązują ruch oporu blokujący jakiekolwiek zmiany w mediach publicznych. Wyciągają wuwuzele i głośniki, rozpisują dyżury, czuwają całą noc. Jeszcze tego samego dnia minister Sienkiewicz odwołuje członków zarządu i rad nadzorczych spółek medialnych. Telewizja Polska, Polskie Radio i Polska Agencja Prasowa trafiają w nowe ręce. Środa 20 grudnia to cisza przed burzą – w serwisach informacyjnych telewizji publicznej czarne, żałobne paski grzmią o zamachu na wolność słowa. O 11.18 zostaje wyłączony sygnał TVP Info, a podczas wejścia nowego prezesa do siedziby przy Woronicza dochodzi do przepychanek i barykadowania drzwi. Mimo podpisania rezygnacji przez dotychczasowego szefa TVP, Mateusza Matyszkowicza, w budynku pojawia się coraz więcej posłów i aktywistów PiS. Wśród nich są m.in. Mateusz Morawiecki, Elżbieta Witek czy Jarosław Kaczyński, który w nerwach odpowiada protestującemu Uważaj, gówniarzu, żebyś ty nie siedział. Stopniowo wyłączane są kolejne regionalne programy Telewizji Polskiej. Sytuacja robi się coraz bardziej napięta. Od godziny 14.00 policja otacza kordonem gmach na Woronicza i bezskutecznie interweniuje wewnątrz. Oglądających wieczorne wydanie Wiadomości o 19.30 wita Marek Czyż, który w swoim oświadczeniu tłumaczy posunięcia nowej władzy i zapowiada koniec stronniczego, upartyjnionego serwisu informacyjnego. Dotychczasowa ekipa telewizyjna przechodzi do podziemia, nadając poprzez transmisje na żywo na Facebooku oraz w TV Republika, a ich sympatycy gromadzą się niezbyt tłumnie pod budynkami telewizji. PiS ogłasza zamach stanu i koniec wolności słowa, prezydent nie interweniuje, czołowi politycy wygłaszają oświadczenia, a dzień zmierza ku końcowi. Media publiczne – można powiedzieć – definitywnie przeszły w nowe ręce.

 Donald Tusk dotrzymał swojej obietnicy wyborczej i odnowione „Wiadomości” mogliśmy obejrzeć na antenie TVP1 jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia. Mimo to, sposób usunięcia partyjnych nominatów budzi poważne wątpliwości także wśród zwolenników nowego rządu. Przyjrzyjmy się więc kartom, które w garści miał wówczas Bartłomiej Sienkiewicz i zastanówmy się, co o przyszłości mediów publicznych mówią wydarzenia z 19 i 20 grudnia.

Porządek prawny

 Zacznijmy od „małej ustawy medialnej”, która została przegłosowana w przerwie świątecznej 28 grudnia 2015 r. i podpisana przez prezydenta już kilka dni później (7 stycznia), wchodząc w życie natychmiast bez vacatio legis. Przeniosła ona część kompetencji z Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (w której przewagę miała wtedy ówczesna opozycja PO-PSL) na ministra skarbu państwa. Otrzymał uprawnienia między innymi do odwoływania i mianowania zarządów i rad nadzorczych spółek medialnych, co umożliwiło przejęcie mediów publicznych w zaledwie dwa tygodnie. Odebranie konstytucyjnemu organowi zagwarantowanych mu kompetencji (KRRiT) zostało po roku uznane przez Trybunał Konstytucyjny za niezgodne z prawem, jednak wyrok nigdy nie doczekał się publikacji przez rząd Beaty Szydło. Cementem nowego porządku prawnego stała się dopiero tzw. duża ustawa medialna powołująca Radę Mediów Narodowych, przejmującą wspomniane kompetencje. Troje z pięciorga jej członków stanowili politycy PiS, którzy przez następne lata utrzymywali status quo pod dyktat prezesa Kaczyńskiego.

Taki porządek prawny zastał Bartłomiej Sienkiewicz. Dotychczasowa droga przejęcia kontroli nad medialnymi spółkami była niemożliwa, ze względu na układ sił w Radzie, zaś ścieżka ustawodawcza nie przyniosłaby skutku przez zapowiadane przez prezydenta Andrzeja Dudę weto. Nowa władza odwołała się więc do wspomnianego wyroku TK z 2016 r., orzekającego nielegalność przeniesienia kompetencji z KRRiT na inny podmiot i uznając Radę Mediów Narodowych za organ niekonstytucyjny. Minister powołał się więc na prawo spółek handlowych i występując jako ich główny akcjonariusz, zdecydował o zmianach w zarządach, które ze względu na specyficzną strukturę spółek medialnych były trudne do podważenia. Mimo to, zmiany te nie zostały uznane za legalne przez wszystkie sądy. Tak się stało m.in. w kierowanym przez współpracownika Zbigniewa Ziobry sądzie rejonowym w Warszawie, który jako pierwszy odrzucił wniosek ministra. Skutecznie?

Wróćmy na chwilę do ostatnich dni 2023 r., kiedy to Andrzej Duda zawetował ustawę okołobudżetową gwarantującą wysoką dotację na media publiczne. To wydarzenie zostało uznane za wystarczające do rzucenia na stół przez ministra Sienkiewicza „dzikiej karty” i postawienia spółek w stan likwidacji. Otrzymał w ten sposób wyjątkowe uprawnienia do wprowadzenia dużych i nagłych zmian m.in. przez zwolnienia pracowników, którzy mieliby nie otrzymać wypłat ze względu na brak dalszego finansowania przedsiębiorstw. Spór o zasadność i legalność tych działań trwa nadal, jednak wszystko wskazuje, że za parę tygodni sytuacja uspokoi się na tyle, że nowi pracownicy stopniowo zajmą biurka poprzedników – bez względu na to, jak głośno krzyczeć będą politycy PiS.

To zależy

Czy minister mógł podjąć takie kroki prawne? Mógł i jednocześnie nie mógł – odpowiedź zależy od tego, kogo się zapyta. Nawet uznane autorytety prawnicze nie wypowiadają się w tej kwestii jednomyślnie. Analogicznie wygląda zresztą sprawa tocząca się równolegle w sprawie byłych już posłów Kamińskiego i Wąsika, zatrzymanych przez policję w Pałacu Prezydenckim i doprowadzonych do aresztu w czwartek 11 stycznia. Trzy tygodnie wcześniej zapadł wobec nich prawomocny wyrok sądu w sprawie tzw. afery gruntowej, który nie został jednak przez nich i przez ich środowisko uznany. Nie zagłębiając się w szczegóły, warto wspomnieć, że Kamiński i Wąsik zostali ułaskawieni przez prezydenta w 2015 r., zanim skazujący ich wyrok uprawomocnił się. Sąd Najwyższy nie uznał decyzji głowy państwa, jednak nie zmieniło to nic w stanie rzeczywistym podczas rządów PiS. Niedawne uprawomocnienie wyroku jest więc przez polityków i sympatyków PiS uznane za nielegalne, a byli ministrowie i szefowie CBA traktowani są przez swoje środowisko jako więźniowie polityczni. Nie mniejsze kontrowersje budzi proces odbierania im mandatów poselskich: oboma posłami – z różnymi od siebie wynikami postępowań – zajmowały się inne izby SN.

Można więc uznać, że żyjemy w warunkach dualizmu prawnego. Nie sposób już ustalić na tym etapie, czy Kamiński i Wąsik nadal są posłami, czy powinni być w więzieniu, jak również tego, kto jest obecnie prezesem PAP czy TVP. Zaczynamy funkcjonować w warunkach, w których wszyscy stracili już kontrolę nad biegiem wydarzeń. W niedługiej perspektywie może to doprowadzić do jeszcze silniejszej polaryzacji, w której rzeczywistość dla obydwu stron sporu politycznego będzie diametralnie różna. Kiedy brakuje jednoznacznej odpowiedzi na podstawowe pytania, nie możemy mówić o dobrze funkcjonującym państwie prawa i bez względu na to, czy nowy rząd miał prawo, tak ostro zawalczyć z zastanym, niekonstytucyjnym stanem prawnym, czy też tego prawa nie miał, pewne jest, że działania wokół mediów publicznych dążą do eskalacji konfliktu. A ta nikomu nie będzie na rękę.

Czyje powinny być media?

Media publiczne są nam potrzebne. W dyskusji publicznej zgadza się z tym zdecydowana większość – w tym sam Donald Tusk, którego ugrupowanie wystąpiło swego czasu z projektem ustawy o likwidacji TVP. Wyzwaniem jest jednak skonstruowanie systemu w taki sposób, aby nie powodował takich sytuacji, jakie obecnie obserwujemy wraz z rozpoczęciem nowej kadencji władz. Możemy wziąć przykład m.in. z Francji, gdzie silny głos w kwestii finansowania i sposobu zarządzania mediami mają związki zawodowe, a znaczne źródło przychodu stanowi obowiązkowy abonament RTV. Możemy też spojrzeć za Odrę – niemiecki odpowiednik KRRiT składa się z polityków w zaledwie dwóch piątych. Pozostali członkowie są reprezentantami organizacji pozarządowych, strony społecznej, związków zawodowych lub są medioznawcami.

To wszystko jest jednak trudne do egzekwowania w obecnych warunkach, gdzie najlepsze nawet prawo nie jest w stanie powstrzymać rządzących przed dopuszczaniem się nielegalnych działań – jak miało to miejsce chociażby w przypadku reformy PiS z 2015 r. Znajdujemy się w stanie zawirowania tak wielkiego, że trudno jest sobie wyobrazić, by którakolwiek strona zdecydowała się odpuścić. Wszyscy potrzebujemy pauzy, by spojrzeć na to, co zostało z październikowego entuzjazmu po wyniku wyborów, poprzedzonych jedną z najbrutalniejszych kampanii w historii III RP. Potrzebujemy stworzyć KRRiT, w której mniejszość stanowi strona polityczna i która ma niezbywalne prawo do stanowienia o spółkach medialnych, do których nie można się dobrać ustawą. Przede wszystkim potrzebujemy zmiany kultury prawnej, w której wyroki sądów i trybunałów są wiążące, a pewne granice nadinterpretacji prawnej nieprzekraczalne. To nam pozostało z przepychanki w atrium gmachu głównego TVP z 20 grudnia 2023 r.