,

Ulubiony artysta ulubionego artysty

W grudniowym numerze Magla przyglądamy się temu, co zapomniane. Adam Borowski przygląda się artystom, którzy nie są wystarczająco obecni w świadomości współczesnych słuchaczy.

,

Ulubiony artysta ulubionego artysty

W grudniowym numerze Magla przyglądamy się temu, co zapomniane. Adam Borowski przygląda się artystom, którzy nie są wystarczająco obecni w świadomości współczesnych słuchaczy.

Tekst: Adam Borowski

Sława potrafi bardzo losowo wybierać. Niektórzy artyści muzyczni cieszą się długą karierą w świetle reflektorów, podczas gdy inni mają na koncie jeden hit i nie pojawiają się poza jego kontekstem w konwersacji. Większość nigdy nie otrzymuje nawet momentu sławy. Są wśród nich twórcy wielbieni wyłącznie przez garstkę fanów lub doceniani przez krytyków. Pomimo niedocenienia, potrafili oni wpłynąć na bardziej znanych muzyków. Ten tekst będzie starał się odświeżyć pamięć o nich, na którą w pełni zasługują.

W obecnych czasach ciężko powiedzieć o jakimkolwiek artyście, albumie albo piosence, że są faktycznie zapomniane. Wiele z nich, nawet jeśli nigdy nie były popularne, najprawdopodobniej dalej czeka w cyfrowych archiwach na kogoś, kto je doceni. Może to nadejść z opóźnieniem nawet 30-40 lat. Widzieliśmy to na przykładzie 17-letniego poszukiwania utworu Subways of Your Mind grupy FEX. Wszyscy artyści z poniższego zestawienia mają swoją większą albo mniejszą publikę. Uważam jednak, że zasługują, by mówić o nich jeszcze głośniej.

Thomas Dolby, fot. Andrew Douglas

Thomas Dolby – szalony naukowiec synthpopu

Pomimo krótkiej chwili mainstreamowej popularności Thomas zapisał się na kartach historii przez współprace z innymi, bardziej popularnymi artystami, takimi jak David Bowie, Joni Mitchell, George Clinton czy Prefab Sprout. To również jego słyszymy na syntezatorach w hicie Heaven is a Place on Earth od Belindy Carlisle.Thomas wydał serię albumów, która przechodzi od nowej fali, przez sophist-pop do funku. Brzmienie w niektórych utworach podchodzi pod bardziej „dziwną” nową falę, niczym Devo albo Oingo Boingo, a przy innych, bardziej spokojnych, zbliża się do Petera Gabriela albo Spandau Ballet. Po latach zaczął zajmować się innymi rzeczami – między innymi  technologią audio  oraz wykładaniem na uniwersytecie. Jego kariera jest zdecydowanie warta uwagi każdego, kto lubi ekscentryczne lata 80. i syntezatory.

. . .

Orange Juice, fot. Simon Reeves

Orange Juice – szkoccy prekursorzy jangle popu

Zainspirowani punkiem zaczęli od tworzenia czegoś bardziej popowego i tanecznego. Ostatecznie skończyli jako jeden z wczesnych zespołów grających jangle pop, czym zainspirowali takie grupy jak The Smiths czy Belle and Sebastian. Bardzo słyszalne linie basowe, „dzwoniąca” gitara oraz bardzo emocjonalny, aczkolwiek amatorsko brzmiący wokal utworzyły charakterystyczny dźwięk, który z następnymi utworami stawał się bardziej funkowy i taneczny. Pomimo wydania tylko trzech albumów, słyszeliśmy i dalej słyszymy wpływ tej grupy na innych wykonawców. Pozostają małym, ale charakterystycznym punktem na mapie nowej fali.

. . .

Strawberry Switchblade, fot. Peter McArthur

Strawberry Switchblade – duet łączący gotycką estetykę i przesłodzony 80s pop

Wywodzące się ze sceny punkowej Rose McDowall i Jill Bryson nagrały w ramach tego projektu jeden album. Pomimo tego widzimy na tym debiucie w pełni uformowane artystki, które przemyślały pod wizualnym i muzycznym aspektem czego chcą. Zapisały się tym w historii tamtej dekady muzycznej i uzyskały swoją własną małą niszę. W wielu piosenkach potrafiły brzmieć jak zderzenie Cocteau Twins z Cyndi Lauper. Ich album (nazwany tak samo jak duet) pomimo braku większego sukcesu komercyjnego w swoim czasie, pozostaje małym skarbem, który odkrywają kolejne pokolenia.

. . .

Tim Buckley, fot. William S. Harvey

Tim Buckley – pełna koloru folkowa psychodelia lat 60.

Ojciec kultowego muzyka Jeffa Buckleya, który podobnie jak on został obdarzony niesamowitym głosem i niestety przedwczesnym odejściem. Najpierw grając bardziej typowy folk, z czasem zaczął wprowadzać do niego elementy psychodeliczne, podobnie jak np. Syd Barret. Następnie coraz więcej jazzowych i eksperymentalnych decyzji zmieniło mocno jego brzmienie. Pomimo małego sukcesu w mainstreamie, utwór Song to the Siren odbił się na kulturze muzycznej, będąc coverowanym przez wielu artystów (Robert Plant, John Frusciante, Patti Smith, This Mortal Coil) i pojawiając się w wielu filmach. 

. . .

Jonathan Richman, fot. Levi Manchak (Wikimedia Commons)

Jonathan Richman – zacierając granicę między rock’n’rollem a punkiem

Richman to lider istotnej dla punk rocka grupy The Modern Lovers. Inspirowany starym rock’n’rollem oraz grupą The Velvet Underground, Jonathan idzie przez świat z gitarą i dużym uśmiechem. Opisuje emocje od nostalgii, problemów w relacjach, po radość z małych rzeczy jak prosty spacer po Bostonie. Pomimo ciągłej radości na jego twarzy  jest w stanie opisywać bardziej mroczne odcienie życia w bardzo unikatowy sposób. Jego dziecięca wręcz osobowość sprawia, że bardziej melancholijne utwory potrafią uderzać mocniej. Pomimo mijających lat i albumów, Jonathan brzmi wiecznie młodo. Tylko świat wokół niego się zmienia. Niezależnie, jak z jego adaptacją do tych zmian, jego utwory są tutaj i próbują je z nami zrozumieć.

. . .

Betty Davis, fot. Just Sunshine Records (Wikimedia Commons)

Betty Davis – cicha, ale głośna ikona lat 70. 

Davis jest niesłusznie najbardziej kojarzona z małżeństwa z Milesem Davisem. Jej albumy to mieszanka funku, rocka i soulu. Słyszymy dużo rewelacyjnej sekcji rytmicznej, którą jest w stanie przezwyciężyć tylko jej głos, który przechodzi ze spokojniejszych, mówionych fragmentów do energicznych okrzyków. Utwory dają wrażenie oglądania bardzo chaotycznego performansu na scenie.. Jej silna persona niestety nie zdołała przebić się do mainstreamu. Przez zbyt bezpośrednią seksualność w jej utworach była uważana za kontrowersyjną i nie otrzymała wsparcia od radia i telewizji. Pomimo tego, jak krótka była jej kariera, miała duży wpływ na wielu późniejszych artystów jak Grace Jones, Prince czy ogólny koncept divy muzycznej, jaki dzisiaj znamy.

. . .

XTC, fot. Ralph Hall

XTC – brytyjskie popowe dynamo

Powstałe w tym samym czasie co takie grupy, jak Talking Heads albo Devo, XTC jest zdecydowanie najrzadziej z nich wspomniane. Zaczęli od grania czegoś pomiędzy punkiem a nową falą, tworzyli chwytliwe, taneczne i rockowe utwory z dużym ekscentryzmem i komentarzem społecznym w tekstach. Po kilku albumach i po kilku singlach, które lepiej przyjęły się komercyjnie, zaczęli bardziej eksperymentować z produkcją. Wraz z tym przyszedł moment na ogromną fascynację Beatlesami, którą przejawiali od początku kariery. Teraz jednak przekładała się bardziej wymiernie na brzmienie ich nowych utworów. Pomimo braku nagłośnienia w mainstreamie uzyskali status grupy kultowej i niezależnej. Z czasem zainspirowali dużo przyszłych grup jak np. britpopowe Pulp i Blur albo dance-punkowe Franz Ferdinand i Parquet Courts. Ich brzmienie definiuje pewną część muzyki alternatywnej lat 80. i jej przejścia w lata 90.

. . .

Towa Tei, fot. Kazunari Tajima

Towa Tei – retro-futuryzm muzyczny prosto z Japonii

W latach 90. był częścią grupy Deee-Lite, z którą wydał światowy hit Groove is in the Heart. Po kilku albumach zaczął również tworzyć solowo w gatunku Shibuya-kei, który łączył dużo samplowania retro utworów z elektroniką lat 90 oraz celową kiczowatością. Jego utwory łączą często taneczne bity z fragmentami utworów bossa-nova albo popu z lat 60. W swojej już ponad 30-letniej karierze współpracował też innymi artystami, takimi jak Ryuichi Sakamoto albo Kylie Minogue. Chcemy znaleźć się w latach 60. albo 90.? A może dalekiej przyszłości? Dostajemy wszystko zmieszane w koktajlu, który przygotował dla nas Towa.

. . .

Stina Nordenstam, fot. Eva Mueller

Stina Nordenstam – lekki głos, ciężkie treści

Po zdobyciu odrobiny popularności dzięki użyczeniu utworu do ekranizacji Romea i Julii w 1996 roku, Stina wolała raczej zostawać z tyłu i kreować pewną tajemnicę. Zaczęła karierę od popu inspirowanego jazzem, z czasem coraz bardziej jednak interesowała się eksperymentalnymi brzmieniami. Od albumu Dynamite słyszymy zniekształcone i powolne dźwięki gitary elektrycznej. Przestrzeń zapełnia głos bardzo melancholijny, delikatny, niemalże kruchy. W tym wszystkim miesza slowcore, ambient i pop/rock alternatywny z dużą ilością personalnych tekstów na temat swoich relacji i jej stanu emocjonalnego. Jej późniejszą twórczość opisałbym  jako wyważoną pomiędzy eksperymentacją Björk a singerem-songwriterem á la Mitski. Stina ostatni album wydała w 2005 roku. Od tego czasu, poza kilkoma mniejszymi współpracami, zniknęła ze świata muzycznego. Dzisiaj jej styl muzyczny i tajemnicza estetyka dalej intrygują kolejne pokolenia słuchaczy. 

. . .

Scott Walker, fot. Wikimedia Commons

Scott Walker – od kilku hitów do ikony muzyki eksperymentalnej

Nazwanie Walkera „zapomnianym” może być przesadą z mojej strony, gdyż ma status osoby kultowej w wielu środowiskach. Uważam natomiast, że dalej mogłoby być o nim nawet głośniej, niż obecnie jest – zarówno w mainstreamie, jak i w muzycznych społecznościach. Zaczynał on w grupie The Walker Brothers, odniósł krótki sukces komercyjny. Najbardziej wyczuwalnym instrumentem w jego muzyce okazał się jego głęboki głos. Na początku tworzył baroque pop, często melancholijny, bogaty w sekcje instrumentów smyczkowych i dętych. Z wyglądu był chodzącą w ciemnych okularach hybrydą Beatlemanii i elegancji lat 50. Niestety czwarty album Scotta nie sprzedawał się najlepiej. Wskutek presji wytwórni musiał wydać kilka niesatysfakcjonujących albumów z coverami. Po latach wrócił zarówno z grupą, której wcześniej był członkiem, jak i z karierą solową, ale jednak coś się zmieniło. Utwory stały się dłuższe, pełne eksperymentacji z atonalnymi brzmieniami i długimi dźwiękami. Słyszymy z tym dużo dziwnych szmerów, szumów i miejscami po prostu hałasu. Teksty stały się znacznie mroczniejsze i bardziej abstrakcyjne. Głos Scotta nawiedza każdy utwór, brzmi przy tym jak duch z lat 60.. . Jego muzyka i sama persona inspirowała artystów zarówno na początku kariery (David Bowie, Bauhaus), jak i pod jej koniec (Father John Misty, Jessica Pratt). Pokazał, jak można zmienić tor swojej kariery po wielu latach oraz pozostać ikoną dla sceny muzyki eksperymentalnej i niezależnej.

. . .

Variete, fot. Wojtek Woźniak

Variete – wczesny powiew coldwave dla Polski lat 80.

Variete zaczynali w połowie lat 80. od grania powolnych oraz mocno skupionych na basie i atmosferze utworach, stopniowo jednak zmieniali swoje brzmienie. Mimo dodania jazzowych – a z czasem elektronicznych – elementów, dwie rzeczy pozostały bez zmian. Były to: zimna i tajemnicza atmosfera utworów oraz mówiono-śpiewany wokal Grzegorza Kaźmierczaka. Teksty, zamiast opowiadać historie, raczej malują obrazy, są bardzo abstrakcyjne. Pomimo wielu lat i wydanych płyt, ich estetyka brzmi dalej świeżo.

. . .

Dog Faced Hermans, fot. Dog Faced Hermans (bandcamp.com)

Dog Faced Hermans – między post-punkiem a jazzem, a czymkolwiek, co im wpadnie do głowy

Zespół istniejący w tej samej erze, co Crass i The Fall, między połową lat 80. a 90. wydał sześć albumów. Nigdy nie aspirował do mainstreamowej atencji i bycia rozchwytywanym. Skupiał się na swojej punkowo-niezależnej niszy, robiąc wszystko, co im się podobało – od elementów free jazzu, ambientu, folku i noise’u po spoken word. Utwory prowadzone głosem wokalistki Marion Coutts są energiczne i nieprzewidywalne, zarówno z doborem instrumentów, jak i kompozycją. Dziś po 30 latach od ich rozpadu, mało który zespół potrafi połączyć taką ilość trąbki, punka i hałasu w tak satysfakcjonujący sposób.

. . .

Posłuchaj playlisty z utworami artystów opisanych w artykule stworzonej przez autora!