,

Relacja z Orange Warsaw Festivalu 2024

Reporterzy Magla wybrali się na czerwcowy Orange Warsaw Festival. Jakie były ich wrażenia?

,

Relacja z Orange Warsaw Festivalu 2024

Reporterzy Magla wybrali się na czerwcowy Orange Warsaw Festival. Jakie były ich wrażenia?

Tekst: Kacper Rzeńca, Zdjęcia: Amelia Musik

Polski sezon festiwalowy można uznać oficjalnie za rozpoczęty – pierwsze korki od szampana wystrzeliły w wyborczy weekend 7-9 czerwca przy okazji Orange Warsaw Festival. Czy otwarcie to można uznać za udane? Jaką wróżbę przynosi na resztę okresu wakacyjnego muzycznego szaleństwa?

Jak co roku Orange Warsaw Festival na dwa czerwcowe dni zmienił tereny Toru Wyścigów Konnych Służewiec z areny sportowych zmagań w przestrzeń rozbrzmiewającą muzyką, od mniejszych i większych gwiazd z Polski i świata. Widać przy tym było wyraźną różnicę przy układaniu listy artystów na piątek i na sobotę. Drugiego dnia mieliśmy do czynienia z programem popowym, zapraszającym masowego odbiorcę, dopasowanym do profilu OWF, festiwalu przekrojowego, o atmosferze trochę nawet miejskiego festynu. O dobre samopoczucie uśmiechniętych warszawiaków zadbać miały gwiazdy pokroju Nicki Minaj i Troye’a Sivana oraz bardziej alternatywni, ale wciąż grający przyjemnie dla ucha Libianca, Jungle i Jessie Ware. Nawet jedyny w tym gronie rapowy skład PRO8L3M wyróżnia się na tle reszty hip-hopowej sceny dużą popularnością wśród polskiej klasy średniej. 

Ken Carson

Piątek zawierał w sobie z kolei gatunki o dużo bardziej specyficznych grupach docelowych – silną reprezentację rapową (Yeat, Skepta, Ken Carson, Tommy Cash), elektronikę od The Prodigy i Kenyi Grace czy punka w wykonaniu Yungblud. Uzupełnienie tego o popularnych polskich artystów – Mroza i Kwiat Jabłoni – mogło niektórych „niedzielnych” festiwalowiczów skłonić do zakupu dwudniowego karnetu, jednak nie w masowej skali. Bo właśnie, spoiler – różnica we frekwencji pomiędzy piątkiem a sobotą była przepastna, oczywiście z korzyścią dla tego drugiego dnia. Nie pomogło też pewnie zamieszanie organizacyjne, do którego doszło w dniu rozpoczęcia festiwalu – okazało się, że Yeat (jeden z co-headlinerów pierwszego dnia) nie będzie w stanie dotrzeć do Warszawy na czas, w związku z czym jego koncert przeniesiono na sobotę. Trzeba tutaj jednak bardzo docenić organizatorów (szczególnie na tle ostatnich negatywnych doświadczeń gości polskich festiwali z agencjami koncertowymi, z Follow The Step i Fest Festiwalem na czele), którzy postanowili wynagrodzić to posiadaczom biletów jednodniowych na piątek rozszerzeniem ich ważności również na kolejny dzień. Oczywiście podniosły się w internecie oburzone głosy części pozostałych uczestników festiwalu, zarzucających Alter Artowi nierówne traktowanie, jednak wciąż wydaje się to być dużo sprawiedliwszym rozwiązaniem niż olanie piątkowej publiczności, której pewnie spory odsetek był zainteresowany właśnie koncertem Yeata.

Kwiat Jabłoni

Sam festiwal rozpoczął się jednak bez żadnych perturbacji i zgodnie z planem koncertami Dawida Tyszkowskiego oraz Tommy’ego Casha na mniejszej z dwóch scen imprezy, czyli namiotowej Warsaw Stage. Zabawę na głównej Orange Stage otworzył z kolei Ken Carson. Była to jednak tylko rozgrzewka przed główną częścią wieczoru, której początek wyznaczył występ Kwiatu Jabłoni. Okazało się, że na Służewcu nie zabrakło wiernych fanów rodzeństwa Sienkiewiczów – największe hity zespołu rozbrzmiewały zarówno ze sceny, jak i od strony rozemocjonowanej publiczności. W tym czasie druga część festiwalowej widowni mogła już zacząć się bawić przy rockowych dźwiękach Yungbluda, którego wprost rozpierała energia, promieniująca także na słuchaczy. Zdania uczestników imprezy, wyrażane na miejscu i w social mediach, były dość zgodne co do tego, że występ należał do najlepszych na całej imprezie.

Yungblud

Po brytyjskich rockmanach na Orange Stage wszedł ich rapujący krajan Skepta, legenda grime’u, który w ostatnich latach poszedł jednak w stronę bardziej modnych w ostatnich latach brzmień trapowych. Oba te gatunki mogliśmy we w miarę równych proporcjach usłyszeć ze sceny, chociaż trzeba uczciwie przyznać, że ten koncert porwał publiczność zdecydowanie mniej – artyście brakowało dynamiki i kontaktu z publicznością. Niemniej techniczne umiejętności oraz jakość repertuaru londyńczyka wystarczyła, aby występ zaliczyć do udanych. Nie powiedziałbym tego samego o koncercie Kenyi Grace, tym razem na Warsaw Stage. Była to zdecydowanie najgorsza muzycznie propozycja tegorocznego OWF, udowadniająca, jak trudnym gatunkiem jest drum’n’bass, jeżeli nie umie się urozmaicić rytmicznej podstawy interesującą melodią. Trzy utwory wystarczyły, żeby spisać występ na straty i zdecydować o przeznaczeniu tego czasu na przerwę gastronomiczną.

Kenya Grace

Szczególnie, że trzeba było zebrać siły przed gwoździem programu tego wieczoru, co-headlinerami, którzy stali się headlinerami, brytyjską legendą rave’u, The Prodigy. Gwiazdy ani trochę nie zawiodły, grając długi, jak na warunki festiwalowe, półtoragodzinny koncert, po brzegi wypełniony hardcore’owymi brzmieniami ich największych przebojów, z Breathe, Firestarter i Smack My Bitch Up na czele. Niestety, w odbiorze koncertu mogła przeszkadzać inżynieria dźwięku, bardzo mocno wydobywająca na wierzch linie basu, i tak już dominujące w twórczości The Prodigy. Być może był to jednak celowy zabieg, większości publiki nie wydawało się to wadzić. Występ zespołu był jednak najbardziej dobitnym przykładem porażki frekwencyjnej pierwszego dnia festiwalu – widownia zajmowała wyraźnie mniej miejsca, niż organizatorzy zaplanowali. Z jednej strony docenić trzeba brak tłoku i krótkie kolejki, z drugiej – nie wpływało to dobrze na klimat imprezy. Niemniej warto mieć na uwadze, że The Prodigy – mimo ich sukcesów sprzedażowych – ciężko nazwać magnesem na masową publiczność ze względu na charakter ich repertuaru. Niewątpliwie bardziej przyjazną propozycją był zamykający pierwszy dzień festiwalu koncert Mroza, któremu, mimo późnej pory, udało się przyciągnąć całkiem sporą grupkę fanów.

The Prodigy

Sobota na Warsaw Stage zaczęła się od występów kolejnych polskich wykonawców, Nity i Kaśki Sochackiej, Orange Stage otworzył zaś Omar Apollo. Publiczność w większej liczbie zaczęła się jednak schodzić dopiero na koncert Jungle. Regularnie przyjeżdżający do Polski brytyjski (nie będzie to ostatni przedstawiciel wyspiarskiego kraju w tej relacji…) zespół niewątpliwie skradł swoimi ciepłymi, przyjaznymi dla ucha elektronicznymi dźwiękami serca części lokalnej publiczności, która z pamięci śpiewała razem z wokalistami. Mniej zaangażowani mogli jednak i tak wprawić się w radosny nastrój przed dalszymi atrakcjami wieczoru. Komu było mało letnich brzmień, mógł wybrać się następnie pod Warsaw Stage posłuchać afrobeatu od Libianci.

Jungle

Ja jednak postanowiłem zebrać siły przed pierwszym dla mnie naprawdę żelaznym punktem programu OWF, czyli występem Troye’a Sivana, który w zeszłym roku w końcu wdarł się szturmem do popowego mainstreamu albumem Something to Give Each Other. Fani oczekujący gejowej uczty dla zmysłów nie mogli się czuć rozczarowani – Australijczykowi na scenie towarzyszył zespół półnagich tancerzy, razem z którymi stworzył bardzo zmysłową, chociaż może nieco zbyt mało pozostawiającą wyobraźni choreografię. Taniec, hitowe piosenki – wśród których znalazły się też utwory, na których Troye wystąpił gościnnie, jak Supernatural Ariany Grande i 1999 Charli xcx, niestety bez występu na żywo tychże artystek (kto by się domyślił) – oraz bardzo sympatyczna osobowość sceniczna Sivana złożyły się na najlepszy na tamten moment koncert festiwalu. Niestety, w wyniku opisanego wcześniej zamieszania mieliśmy tu do czynienia z jedyną w trakcie wydarzenia pełną kolizją czasową z występem Yeata – w związku z tym szerszej wzmianki o tym koncercie musicie poszukać w relacjach korespondentów, którzy wybrali się w tym czasie na Warsaw Stage.

Troye Sivan

Następnie na namiotową scenę wyszedł PR0BL3M. Co tu się rozpisywać – pozycja, jaką duet zbudował sobie na polskiej scenie rapowej gwarantuje organizatorom ich koncertów liczną i żywiołową publikę, składającą się w dużej mierze z nastoletnich fanek. Tak było i tym razem, energia niemalże unosiła namiot wiszący nad Warsaw Stage i skutecznie rozgrzewała już i tak mocno rozbujaną publiczność festiwalu. Tym, co jednak mogło schłodzić jej głowy, była sytuacja przed koncertem głównej gwiazdy festiwalu, czyli Nicki Minaj. Przez 45 minut od planowanej godziny rozpoczęcia występu na scenie nie tylko brakowało raperki, nie działy się tam nawet żadne przygotowania, zaś organizatorzy nie podawali żadnych informacji o tym, skąd wynika opóźnienie. W końcu po tym czasie na telebimach wyświetliła się informacja, że lada chwila koncert się rozpocznie, towarzyszyła jej też prośba o cierpliwość. W tym momencie jednak publiczność była już jednak dość mocno rozeźlona, co rusz podnosiły się gwizdy i buczenie, a część festiwalowiczów zaczęła się przenosić na drugą scenę, gdzie wielkimi krokami zbliżał się występ Jessie Ware. Tak postąpił również wyżej podpisany, więc koniec końców z tego tekstu dowiecie się tyle, że Minaj w końcu po godzinie spóźnienia wyszła na Orange Stage i częściowo zrekompensowała fanom czas oczekiwania relatywnie długim jak na OWF show, niemniej zebrał on w mediach społecznościowych głównie opinie wyrażające rozczarowanie.

Tommy Cash

Tym, co rozczarowania zdecydowanie nie przyniosło był występ ostatniej przedstawicielki brytyjskiego rynku muzycznego na warszawskiej imprezie, czyli Jessie Ware. W moim przypadku był to prawdopodobnie najlepszy koncert w życiu, którego jedyną wadą była wymuszona festiwalowymi warunkami długość, okrojona do jednej godziny. Kto śledzi działalność maglowego działu muzycznego wie, że Jessie zajmuje szczególne miejsce w sercach istotnej części redakcji, ale po czerwcowym występie można powiedzieć, że wokalistka kocha swoich fanów równie mocno. Wszystkie części składowe występu były prima sort. Od scenografii przenoszącej nas w świat eleganckiego klubu dla elity, przez ociekające blichtrem stroje, po zasługujących na szczególne wyróżnienie tancerzy, którzy na scenie robili wszystko: od klasycznego walca, przez czarujący vogue po ekwilibrystyczne akrobacje. A w centrum tego wszystkiego była oczywiście królowa Jessie, oszałamiająca nie tylko popisami wokalnymi, ale również magnetyzującą charyzmą oraz nieskrępowanym erotyzmem (mógłby się go uczyć od niej Sivan, którego zaloty sprzed paru godzin przy sensualności Brytyjki wyglądały jak garażowe porno grupki kolegów na tle wysokobudżetowego erotyka). Tym, co wynosiło ten koncert na absolutne wyżyny było jednak zaangażowanie publiczności – naprawdę, takiej energii tłumu nie doświadczyłem nigdy przedtem, aplauz na początku show był tak żywiołowy, że aż zagłuszał muzykę. Entuzjazm widowni utrzymał się również potem, co zostało docenione przez mającą świetny z nią kontakt artystkę, na której nasze zachowanie wywarło ewidentnie silne i bardzo pozytywne wrażenie.

Jessie Ware

Generalnie tegoroczną edycję Orange Warsaw Festival należy uznać za udaną, chociaż organizatorzy dostali jasny sygnał w postaci różnicy frekwencji pomiędzy piątkiem i sobotą, jakiego repertuaru oczekuje warszawska publiczność. Dużo lepiej od elektroniki i trapu sprzedają się bliższe środka pop i mainstreamowy rap i chyba w tę stronę festiwal powinien podążać, szczególnie przy swoich rozmiarach. Open’er, na którym zawsze coś się dzieje na kilku scenach, daje większe pole do eksperymentów i muzyki skierowanej do bardziej specyficznych grup docelowych. Trzeba jednak oddać Alter Artowi, że – pomimo niepełnego dotrzymania planowanego harmonogramu – poziom organizacyjny OWF był naprawdę wysoki. Podczas imprezy nie można było się ani przez chwilę nudzić, także dzięki bogatej ofercie stref partnerskich, większość koncertów odbywała się bardzo punktualnie, zapewniono odpowiednią liczbę toalet i punktów gastronomicznych, wyróżnić należy też dostępność darmowej wody pitnej. Trzymamy kciuki za jeszcze lepsze wydarzenie za rok, a w międzyczasie zapraszamy na kolejne duże wydarzenia organizowane przez agencję przez wakacje, z warszawskimi koncertami Taylor Swift z suportem Paramore 1-3 sierpnia na czele.

Kaśka Sochacka