Tekst: Arkadiusz Bujak
Największy muzyczny festiwal tego lata za nami. Między 3 a 6 lipca lotnisko Gdynia-Kosakowo rozbrzmiało z wielką siłą bogactwem wielu gatunków muzycznych, za sprawą kilkudziesięciorga zróżnicowanych artystów z kraju i zagranicy. Jak wygląda poziom festiwalu w porównaniu do zeszłych lat? Która gwiazda przygotowała najbardziej niezapomniany występ, a kto z debiutantów zaskoczył, przebijając się do szerszej publiczności?
Tak jak kiedyś festiwal w Opolu, tak teraz Open’er zawsze jest świętem muzyki. Mimo niesamowitej przemiany, jaką przeszedł od swoich skromnych początków aż do obecnego komercyjnego wydarzenia, zachowuje stały poziom. Dzieje się tak niezależnie od narzekań millenialsów, którzy, jak co roku, z żalem stwierdzili, że festiwal nie jest już dla nich. Od pierwszych edycji na warszawskim torze Stegny i gdyńskim Skwerze Kościuszki aż po czasy, gdy didżejkę na jednej ze scen festiwalu przejmuje ekipa Dre$$code, impreza zachowuje pewną nieusuwalną cząstkę swojej tożsamości. O nieprzemijającej modzie na Open’er świadczy wiele empirycznych dowodów: tłumy znajdujące się nie tylko w darmowych festiwalowych busikach, ale też w SKM-kach na całej trasie trójmiejskiej magistrali, wykupione miejsca w hotelach i noclegowniach, ogrom namiotów tematycznych, które nie stały bynajmniej puste. Oprócz nich, były między innymi: muzeum, teatr, scena stand-upu oraz namiot rozmów w ramach tzw. Open’era obywatelskiego, który już od kilku lat upodabnia festiwal pod kątem społecznego zaangażowania do Pol’and’Rocka. Do tego nawet w późnych godzinach nocnych po zakończeniu głównych występów, dudniły klubowe dźwięki z bocznych scen partnerskich, które przypominały jedne wielkie lokowania produktu.
Na szczęście niezmiennie najważniejsza pozostaje muzyka i również w tym roku trzeba docenić organizatorów za sprowadzenie do Polski zagranicznych gwiazd naprawdę dużego formatu, z headlinerami poszczególnych dni na czele. Tym razem byli to kolejno: Foo Fighters, Dua Lipa, Doja Cat oraz Hozier.
Niestety, nie można mieć wszystkiego i przy aż czterech scenach, na których niejednokrotnie w tym samym czasie grali różni artyści, trzeba czasem dokonywać trudnych wyborów. Jakość tegorocznego Open’era zmierzyć można było prędkością, z jaką spora część publiki pędziła przez potężny teren festiwalu między koncertem Taco Hemingwaya a Charli XCX podczas finałowego dnia imprezy. Co prawda z zupełnie różnych powodów, ale oba występy uznać można za najistotniejsze fragmenty festiwalu. Jeśli chodzi o etatowego rezerwowego Taco, był to występ przede wszystkim nostalgiczny (sic), w czym nie przeszkadzało, że większość materiału warszawskiego wieszcza była względnie nowa. Koncert rapera był bowiem sentymentalną podróżą przez różne etapy jego twórczości, swego rodzaju interaktywnym montażem słowno-muzycznym prezentującym przed słuchaczami najbardziej charakterystyczne utwory z ostatnich płyt. Taco rozpierała energia – pobił rekord wyjść na festiwalu, zaliczając gościnne występy każdego dnia – na miejscu psychofanów sympatycznego wąsacza wietrzyłbym w takim zaangażowaniu zapowiedź jakiegoś wakacyjnego wydania… (artykuł pisany wszakże w lipcu). W tym specyficznym konkursie rywalizował z nim kolega z wytwórni Oki, który (jakże by inaczej) pojawił się również na scenie podczas koncertu Szcześniaka.
Taco zagrał swój popisowy numer i zarapował Tamagotchi do piosenki Tyli, którą na festiwalu zastępował. Jeśli chodzi o kontakt z fanami, nie miał sobie równych, podzielił się nawet swoim butem, przyjął za to spod sceny kamizelkę ostrzegawczą z zabawnym, choć nienadającym się do cytowania, napisem.
Nie wiem, jak w poprzednich edycjach, ale w tym roku śmiało można powiedzieć, że festiwalowe lore stworzyli giganci polskiego rapu, w przeważającej mierze skupieni w wytwórni 2020. Taco dziękował fanom, z którymi rozwiązywał na festiwalowych błoniach krzyżówkę, a Oki w swoim stylu był prawdziwym wodzirejem pogo, biorąc sobie do serca własne słowa z tegorocznej płyty: koło ma być równe, jakby je rysował cyrkiel. W pierwszym występie na dużej scenie dołączyli do niego Taco, Young Igi oraz Sobel a oddanie fanom, które Oskar zaprezentował, było w pewnych momentach wręcz wzruszające.
Specjalnym gościem na koncercie Taco był też ucharakteryzowany na motocyklistę Bedoes 2115, który wjechał na scenę na motorze i zarapował dwie piosenki. Na marginesie dodać należy, że występów gościnnych w ogóle nie brakowało, a do najmniej spodziewanych należały: Reni Jusis u Otsochodzi oraz Darii Zawiałow podczas koncertu Krzysztofa Zalewskiego (który swoją drogą zaskoczył swoim stylem sportowym, który zachwalał, cytując Borixona). Nie dziwi więc, że wyklarowało się coś w rodzaju hitów Open’era, a Jeremy Sochan pojawił się w Gdyni tyle samo razy, co w tym samym czasie w Walencji na koszykarskim turnieju przedolimpijskim.
Hip-hop na Open’erze reprezentowali oczywiście także wykonawcy zagraniczni, a występy gwiazd trapu, takich jak rzadko widywany poza USA 21 Savage, czy mający za sobą dobrą, niedocenioną płytę Don Toliver, również należały do bardzo udanych, nawet jeżeli nić porozumienia między sceną a widownią nie była tak mocna, jak w przypadku artystów rodzimych.
Wszechobecna była też Bambi, która razem z drugą współkrólową polskiej młodzieży, Young Leosią, zaprezentowała światu wspaniałe, różowo-cukierkowe show. Przyznać trzeba, że materiału obu artystek wystarczyło akurat na godzinny występ, nie licząc kilku bisów.
Skoro o diwach mowa, zachwyciła Dua Lipa, która na szczęście oszczędziła słuchaczom materiału z ostatniej płyty i zaprezentowała głównie swoje największe hity, nie pomijając w zasadzie żadnego z nich. Na koniec występu open’erowej tradycji (a może pechowi tej konkretnej artystki) stało się zadość i rozszalała się jedyna w tym roku ulewa, która na szczęście tym razem nie wymagała przerywania występów ani, co gorsza, zastępstwa ze strony krajowych wykonawców, którzy i tak przejęli w swoim czasie główną scenę.
Drugim z subiektywnie najważniejszych epizodów tej edycji, było show Charli XCX, która w wielkim stylu zainaugurowała polskie brat summer. Zrobiła to występem na miarę oczekiwań, które po ostatniej płycie zawieszone zostały przecież na niebotycznym wręcz poziomie. Okazało się, że romantyczno-rave’owe kawałki z albumu Brat brzmią na festiwalowym Tent Stage’u tak samo dobrze jak na odtwarzaczu, jeśli nie lepiej. Wybór sceny nie był w przypadku tej wykonawczyni oczywisty, ale obronił się – klubowe klasyki w wykonaniu Brytyjki lepiej wybrzmiały pod namiotem, niż byłoby to na scenie głównej. O rozmiarze hype’u związanego z albumem roku niech świadczy stężenie limonkowej zieleni na koszulkach fanów na metr kwadratowy. Artystka oczywiście nie ograniczała się do ostatniego albumu, a niezapomnianym wydarzeniem okazało się przede wszystkim przeżycie na żywo ikonicznego utworu I love it.
Północna, chronologicznie środkowa stacja wakacyjnej festiwalowej A1 (Warszawa-Gdynia-Katowice) wciąż rozpościera się w pełnym spektrum pomiędzy headlinerami, których każdy zna, nawet jeżeli nie słucha, a undergroundowymi artystami, dla których blask Open’era pozostaje znakomitą okazją do wybicia się, tak jak dla wspomnianego już Filipa Szcześniaka w 2015 roku. Z grona tych drugich, nie sposób nie polecić bliżej nieznanej brytyjskiej grupy Fat Dog, która całkiem dosłownie rozruszała nieliczną publiczność zgromadzoną pod boczną sceną pierwszego dnia imprezy. Zespół należy do gatunku: trzy single na krzyż i furora na festiwalu, muzycznie można go definiować jako śmieszniejsze Black Midi albo klezmerów w kowbojskich kapeluszach. Trzeba docenić, że muzycy zeszli ze sceny i rozkręcili imprezę pod nią, poruszając się wśród tłumu słuchaczy, z których każdy tańczył inaczej – namacalny dowód niejednoznaczności muzyki tego brytyjskiego zespołu.
Z mniej oczywistych gwiazd tegorocznej edycji docenić trzeba na pewno warszawskich hipsterraperów z Lordofonu i tanecznych Francuzów z L’Impératrice. Jeśli zaś chodzi o znane i uznane marki muzyki alternatywnej, pięknie eteryczne występy przygotowały dla swoich sympatyków zespoły takie jak Slowdive czy Air. Festiwal stał bardzo mocno również pod względem muzyki elektronicznej, o co postarali się tacy wykonawcy jak Modeselektor, Claptone, Floating Points czy legendarny Skrillex, który zakończył festiwal na głównej scenie dwugodzinnym, kosmicznie energetycznym setem.
Nie da się ukryć, że dopełnia się pewien proces, w którym znacząco obniża się średnia wieku na festiwalu, a dla polskich nastolatków przeżycie Open’era stało się już czymś w rodzaju rytuału przejścia. Proces ten, którego jako jednorazowy open’erowicz siłą rzeczy doświadczyłem w skutkach, a nie przebiegu, jest już faktem, z którym trzeba się pogodzić, niezależnie od tego, co o nim sądzimy. Nie zmienia to słuszności przewidywań, że również w kolejnych edycjach należy się spodziewać mrugnięć okiem do bardziej dinozaurzego grona odbiorców, w typie równolatków headlinera dnia pierwszego – zespołu Foo Fighters. O tym jednak, że rock póki co nie zginie, świadczy popularność wśród zgoła innej grupy wiekowej, jaką cieszą się Włosi z Måneskin, którzy przygotowali legendom z Seattle scenę. Po tym występie można było skądinąd odnieść wrażenie, że aspiracje zwycięzców Eurowizji nie kończą się na typowym zespole dla nastolatek – publika pod sceną była zresztą bardzo różnorodna. Poznać można to było po specyficznych aranżacjach i wielominutowych solach, które nie były może najbardziej wyszukane, ale tworzyły dojrzale rockową atmosferę koncertu. Wszystkiego dopełniał znany i charakterystyczny nonszalancki wizerunek zespołu.
Tegoroczną edycję Open’era można uznać za bardzo udaną nie tylko pod względem muzycznym, ale też organizacyjnym. Teren festiwalowy był dobrze zabezpieczony, komunikacja sprawna, oferta gastronomiczna bogata, a toalety zachwalane w social mediach nawet przez artystów. Jeśli zaś chodzi o samą muzykę, to naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Swoje miejsce znalazły różne gatunki i żaden z nich nie mógł czuć się pokrzywdzony. Open’er wykorzystał więc swoją specyfikę – festiwal rozłożony na kilka scen i to podczas aż czterech dni daje lepsze możliwości pomieszczenia twórców przemawiających również do nieco węższych grup docelowych. Mimo głosów sugerujących, że zeszłoroczny line-up był mocniejszy, nazwiska tegorocznych artystów robią duże wrażenie, a dla nagłych nieobecnych udało się w krótkim czasie znaleźć godne zastępstwa. Pozostaje liczyć, że kolejne edycje będą tak samo dobrze zaplanowane i w dalszym ciągu cieszyć się będą zainteresowaniem fanów poszukujących na polskim wybrzeżu mocnych wrażeń estetycznych.


