Tekst: Arkadiusz Bujak, Michał Wrzosek
Kto najbardziej zaskoczy na OFF Festivalu – to pytanie zadaliśmy sobie w redakcji przed rozpoczęciem tegorocznej edycji katowickiej imprezy. Zadajemy je sobie również dziś, tyle że w czasie przeszłym. Oprócz zaskoczeń, w naszej relacji omówimy również to, kto podołał swoim oczekiwaniom, kto nas urzekł, kto trochę zawiódł, kto lub co zapadło nam najbardziej w pamięć, a także pochylimy się nad pozamuzycznymi kwestiami. Zapraszamy!
To miał być deszczowy weekend na Górnym Śląsku. Prognozy pogody nie pozwalały na optymizm: miało padać przez bite trzy dni. Wydarzenia festiwalu pozostawały rzeczywiście w dialogu z opadami atmosferycznymi. Pierwszego, piątkowego wieczora między krople z nieba w poetycki sposób wpisał się Nourished by Time, któremu przeszkodziły one jedynie poprzez chwilowe odcięcie prądu podczas wykonania Hell of a Ride, natomiast dzielną walkę z ulewą podjął Samuel T. Herring z Future Islands. Drugiego dnia festiwalowicze zostali oszczędzeni i mogli cieszyć się festiwalem zupełnie susi. Natomiast trzeciego dnia Neptun wykorzystał całe swoje zasoby na raz: oberwanie chmury zmoczyło ludzi zmierzających na otwierający występ Dłoni, lecz potem ich ubrania i włosy mogły wyschnąć w spokoju.

Jeśli zaś chodzi o czynniki, na które jako ludzie mamy wpływ, to organizatorzy imprezy stanęli na wysokości zadania. Zapewnili chociażby dostępność specjalnych linii autobusowych, które dowoziły festiwalowiczów z centrum Katowic, przygotowano też pole namiotowe zaraz przy wejściu na teren festiwalowy. Nie można było narzekać na wybór opcji obiadowych w food truckach ani stoisk z czymś mocniejszym, a oprócz czterech głównych scen zagrały też dwie kameralne. Ciekawą nowością była Open Stage BLIK, na której mniejsi polscy artyści (również mający występy w innych miejscach festiwalu) dostawali okazję 45-minutowych setów w ograniczonym anturażu z tłumaczeniem na język migowy na żywo. Nie zachwyciła natomiast strefa dla tzw. snobów, oferująca niewiele więcej niż zadaszenie i suchy kawałek podłogi podczas ulewy, chyba że jesteśmy entuzjastami ekskluzywnych alkoholi i drogiej wody mineralnej. Swoją drogą, tę ostatnią jeszcze podczas poprzedniej edycji można było zdobyć bezpłatnie, obecnie nie dziwiły zaś długie kolejki stojące przed hydrantem. Kontrowersje wywołała decyzja o zrezygnowaniu z Kawiarni Literackiej, będącej w poprzednich latach zacisznym kontrapunktem dla zdominowanych przez muzykę scen. Drobną niedogodnością okazała się też rezygnacja z drukowanej rozpiski festiwalu z planem terenu.

Piątek
Festiwal otwarł krótkim przeglądem swojej dość eklektycznej twórczości reprezentant wytwórni Enjoy Life, Mateusz Tomczak. Następnie z bardzo dobrej strony pokazała się Dominika Płonka, proponując zgromadzonym pod sceną leśną taneczną mieszankę indie popu i R&B, w paru przypadkach pretendującą do miana tzw. bangera. Sekcję niezalową zamknął równoczesny występ otwierających scenę główną Lochów i Smoków oraz Zachwytu – ten drugi był na tyle mocny w swej intymności, by zagłuszyć poczucie, że lepiej zabrzmiałoby to w małym, mrocznym klubie.
Polaryzujący okazał się występ brexitcore’owego English Teacher. Choć opisujący go redaktor należy raczej do grona „nieprzekonanych”, to musi przyznać, że momenty były i spełniły funkcję bardzo dobrego tła do jednych z ostatnich chwil, podczas których dało się poleżeć na suchej trawie.

Drugim artystą występującym na głównej scenie był w piątek Kaz Bałagane. Jeden z najbardziej wyrazistych polskich raperów zapełnia od wielu lat zazwyczaj nieco inne sale niż polana w Katowickim Parku Leśnym, więc jego występ mógł być zaskoczeniem. Choć można odnieść wrażenie, że rozmiar sceny nie do końca odpowiadał zainteresowaniu, ostatecznie zebrało się pod nią spore grono młodych fanów rapera promującego swoją nadchodzącą płytę. W przypadku tego typu występów warunkiem udanego koncertu jest publika znająca teksty i deklamująca je razem z artystą, tutaj udało się to połowicznie. Docenić trzeba formę Kaza, który rapował praktycznie bez przerw, często po jednej zwrotce, chociaż nie uniknął z jakiegoś powodu problemów z dykcją.
Jednym z najbardziej egzotycznych występów na tegorocznym OFFie był ten Alice Longyu Gao, i nie chodzi tutaj o azjatyckie korzenie artystki. W jej przypadku jakakolwiek scena inna niż eksperymentalna byłaby grubą pomyłką. Dumna reprezentantka hyperpopu dała bowiem występ nietuzinkowy, składający się z naprzemiennych krzyków i melodyjnych zaśpiewów niebezzasadnie kojarzących się chyba z dalekowschodnią muzyką popularną, okraszonych żywą i bogatą choreografią. Runęło przy tym dosyć odpychające wrażenie, które można było wysnuć z samej twórczości piosenkarki i jej artystycznej persony. Na scenie okazała się bowiem bardzo sympatyczną osobą, utrzymującą ciepły, choć miejscami dosyć ekscentryczny, kontakt z publicznością.

W czasie koncertu Chinki swój występ dał Marcus Brown, przedstawiający się jako Nourished by Time. Dające się porównać trochę do twórczości Yvesa Tumora, trochę do Genesisa Owusu, a trochę do Everything Everything R&B na miarę lat 20. XXI w. zabrzmiało równo i solidnie, a wisienką na torcie była serdeczna osobowość Amerykanina, ujawniająca się przez cały występ – również wtedy, gdy został na chwilę przerwany przez problemy techniczne. Z perspektywy widowni nie było na co narzekać: dzięki nim usłyszała ona Hell of a Ride aż półtora raza.
Jednym z bardziej kontrowersyjnych fragmentów festiwalu było to, co zaprezentowali brytyjscy post-punkowcy z Bar Italia. Na pozór nudny, monotonny występ najgorzej ubranych muzyków w historii, nie przywołujący emocji towarzyszących podczas słuchania ich albumów. Nie trzeba dodawać, że kontakt z publicznością był zerowy. A jednak w którymś momencie słuchacz organicznie zaczął rozumieć, że właśnie w tym post-punkowym zblazowaniu kryje się urok koncertowej wersji zespołu, który jakby na przekór samemu sobie zaczyna podrywać jego ciało do nieskoordynowanych ruchów, zwłaszcza że w tej wersji hałas przeważał raczej nad melodyjnością. Z perspektywy czasu jeden z najjaśniejszych punktów festiwalu.

Równocześnie z londyńską ekipą Scooby-Doo wystąpił post-hardcore’owy zespół Brutus. Choć redaktor odpowiedzialny za te słowa zdążył doświadczyć jedynie końcówki występu, musi ją pochwalić – w szczególności pełen emocji głos wokalistki.
Być może najbardziej osobliwym momentem festiwalu był przedostatni slot piątku, podczas którego wystąpił eksperymentalno-metalowy Imperial Triumphant oraz synthpopowy Future Islands. Kilka utworów tych pierwszych zaintrygowało zdającego sprawę redaktora, ten postanowił jednak odwiedzić scenę główną w poszukiwaniu nieco bardziej konwencjonalnych brzmień. Tam ich nie zastał – doświadczył natomiast nieprzewidywalnych ruchów tanecznych Samuela T. Herringa oraz jego wokalnych zmagań z własnymi strunami głosowymi bądź sprzętem nagłośnieniowym. Te ostatnie pod koniec występu przybrały wręcz formę growlu. Przedtem redaktora do namiotu dla mediów wygonił jednak ulewny deszcz. Stworzył on okazję dla wokalisty synthpopowców do wykonania jednego z najbardziej pamiętnych momentów koncertu – ślizgu na brzuchu po kałuży, która powstała na scenie. Jedna rzecz pozostanie zagadką. Kto growlował więcej: Herring czy Imperial Triumphant?

Piątek zakończył legendarny w pewnych kręgach George Clanton. Gwiazdorska prezencja połączona z suchymi żartami, LEDowe tło przedstawiające najróżniejsze symbole, śpiewanie Sto lat jednemu z widzów, a przede wszystkim świetna chillwave’owa muzyka sprawiła, że warto było pozostać na terenie festiwalu aż do trzeciej nad ranem pomimo niesprzyjających warunków pogodowych. Redaktorzy nieustannie życzą Clantonowi uniknięcia deportowania przez Interpol oraz wyrażają nadzieję, że w końcu dostał okazję się wyspać.
Sobota
Jednymi z godnych wyróżnienia debiutantów były w tym roku w Katowicach chłopaki z zespołu Kresy. Występ, drugi podczas drugiego dnia, utrzymany był w starym dobrym rock’n’rollowym stylu, przejawiającym się w energii scenicznej i strojach. Dzięki temu sznytowi bardzo ambitne post-rockowe/art rockowe kompozycje zespołu nabrały pewnego duchologicznego odcienia, wspomaganego enigmatycznymi tekstami utworów. Mimo to występ nie skłaniał widowni w żadnym wypadku do zadumy, a raczej do żwawych podrygów w rytm dziwnych metrów.

Zupełnie inną historię opowiedziała estońska Grupa MoCarta, czyli znany z ostatniej Eurowizji nu-folkowy duet Puuluup. Występ stanowiła w połowie nastrojowa i nadspodziewanie melodyjna ludowa muzyka grana na talharpach a w połowie stand-up na siedząco, w czasie którego artyści imponowali znajomością polszczyzny i szczerym dowcipem. Za jego pomocą wyjaśniali genezę swojej muzyki, oscylującej według ich własnych słów wokół sportu i rolnictwa. Żal tylko, że redaktor (nie mylić z drugim redaktorem) opuścił koncert przed końcem i nie było mu dane usłyszeć tłumaczenia elokwentnych Estończyków, w jaki sposób w tym zakresie tematycznym mieści się ich eurowizyjna piosenka o narkotykach.
Jednym z najdziwniejszych był z kolei koncert Johna Mausa, z tym że jedynie dla tych fanów, którzy pierwszy raz przyszli na show Amerykanina. Był on wierny swojemu pozornie chaotycznemu stylowi koncertowania, który polegał na stałym powtarzaniu kilku ruchów: boksowania się z samym sobą, sprintów tam i z powrotem, władczego wyciągania ku widowni dłoni zaciśniętych w pięść i ogólnego rozedrgania. Jeśli chodzi o rzeczy najważniejsze, to muzycznie wszystko się tutaj zgadzało. Emocjonalny, staranny wokal był jedynym instrumentem i odgrywał swoją rolę na tle syntezatorowego, retro podkładu. Widzowie wychodzili z tego monodramu z satysfakcją, może nawet oczyszczeni, za co część zasług należy się Clavishowi. Spóźnienie brytyjskiego rapera spowodowało bowiem konieczność zamiany występów i zepchnęło Mausa pod szczelnie wypełniony namiot, który lepiej kanalizował jego specyficzną energię.

Ten sam namiot stał się chwilę później świadkiem niesamowitego wydarzenia, jakim był akustyczny występ wielkiego nazwiska polskiej sceny muzycznej, którym pozostaje Edyta Bartosiewicz. Format SoloAct postawił piosenkarkę samą na scenie, wyposażoną jedynie w gitarę akustyczną i niezmiennie magiczny głos. Dzięki tej właśnie prostocie pod sceną unosiła się aura wyjątkowości, pozwalająca zatopić się w powszechnie znanych przebojach artystki, zapraszająca fanów na sentymentalną wycieczkę do lat 90.
Legendarne artystki drugiego dnia OFFa dostarczyły. Wszelkie oczekiwania spełniła Grace Jones, już w końcu 76-letnia ikona nie tylko muzyki. Jej występ, bardzo przekrojowy brzmieniowo, ubarwiony został licznymi strojami, które co utwór zmieniała artystka. Doskonale wyreżyserowane show, urozmaicone przez główną gwiazdę pięcioma lampkami wina zakończyło się robiącym wrażenie ośmiominutowym kręceniem hula-hoopem. Przypominamy, Grace Jones ma 76 lat.

Zanim Jamajka przejęła jednak główną scenę, na scenie leśnej wydarzyło się coś nie mniej godnego uwagi. Les Savy Fav dali jeden z najlepszych występów festiwalu, a głównym sprawcą tego zamieszania był wokalista grupy, Tim Harrington. Jak na punkowca przystało, dał się ponieść Dionizosowi, sukcesywnie pozbawiając się kolejnych elementów garderoby oraz wchodząc w bardzo bliską interakcję z publicznością. Zaliczył m.in. crowdsurf w kuble na śmieci, a przed samym końcem występu obszedł cały zgromadzony pod sceną tłum, równocześnie śpiewając. Później aktywnie uczestniczył w życiu festiwalu, dając się namówić na grę we flanki, czy doświadczając występu Grace Jones w niedalekiej odległości od redaktorów Magla.

Zwieńczeniem soboty było bardzo ciekawe zestawienie. Na scenie eksperymentalnej najciemniejsze zakątki swojej duszy odsłaniała w horrorcore’owej estetyce Backxwash, a na Scenie Leśnej pełen szczerej wdzięczności występ w estetyce disco dało trzech niemieckich młodzieniaszków z Zimmer90, zachwyconych tym, że publiczność znała ich teksty i śpiewała je wraz z nimi. Zgodzili się nawet zagrać bis, co może służyć za dobry prognostyk. Oni na pewno wrócą do Polski.

Niedziela
Jak wspominaliśmy na początku naszej relacji, niedziela przywitała OFFowiczów solidnym prysznicem z nieba. Były to jednak złe dobrego początki.
Jazzmani z Hoshii w bardzo pogodny sposób rozpoczęli granie na odkrytych scenach, a ich występ zwieńczyło wspólne wykonanie Kup warzywa z uczestniczącym w promocji i organizacji festiwalu duetem Franek Warzywa i Młody Budda.

Następnie na tent stage w bojowych nastrojach wyszła manchesterska Maruja. Z powodu kontuzji saksofonisty wystąpiła jako trio. Choć momentami dało się odczuć brak dętego instrumentu, starania jego kolegów z zespołu odniosły skutki. Syntezatorowe wstawki, wirtuozerska gra sekcji rytmicznej i groźne pozy frontmana stworzyły prawdziwe przeżycie przez wielkie P. Redaktor żałuje, że zapomniał zapytać perkusisty, czy kibicuje City, czy United.

Choć zarówno Glass Beams ze swoimi psychodeliczno-anatolijskimi instrumentalami, jak i dość klasycznie rhythmandbluesowa Yaya Bey stworzyli świetne aury, dopiero Puma Blue dostarczył OFFowej publiczności coś naprawdę szczególnego. Londyńczyk, który na początku występu poprosił o możliwie największe przyciemnienie świateł, otrzymał doświadczenie porównywalne do tego Zimmer90 noc wcześniej. Prawdopodobnie największa publiczność, przed jaką miał w jego własnej ocenie okazję wystąpić, została przez niego wprowadzona w trwający godzinę błogostan. Bedroom pop zahaczający o jazz, czasami wręcz noirowy, pięknie komponował się z przeżywającym przełom złotej i niebieskiej godziny czystym niebem prześwitującym przez otwory namiotu sceny eksperymentalnej. Nic nie zaburzyło intymnej atmosfery. Liczył się tylko ten moment. Do tego stopnia, że Puma Blue wykonał drugi i ostatni bis, którego redaktor doświadczył podczas 17. edycji festiwalu.

Ból pleców i frytki z Baru Śmigło – to dwie stałe każdego z trzech dni według doświadczenia redaktora piszącego te słowa. Gastronomiczno-odpoczynkowa przerwa sprawiła, że przegapił on występ Furii, doświadczając jednak w pewnym stopniu występu rapera Otsochodzi. Szczególnie urzekło go wykonanie Worków w tłum. Wróciły wspomnienia.
Zaraz po tej przerwie nastąpiło jednak akme festiwalu – jego szczyt, punkt kulminacyjny: Model/Actriz w namiocie eksperymentalnym. Cole Haden, wokalista nowojorskiej grupy, widząc, że zdecydowana większość zgromadzonych nie miała okazji jeszcze jej doświadczyć na żywo, postanowił pokazać OFFowiczom, co najlepszego mają w zanadrzu. Rzucił rękawicę Timowi Harringtonowi w konkurencji na mierzenie długości kabla od mikrofonu i, podobnie jak starszy kolega po fachu, przez większość występu przemierzał z nim całą publiczność. Jednak wyrazista prezencja frontmana nie przyćmiła muzyki. Klasycznie rockowy zespół – gitara, bas, perkusja, nic więcej – wykorzystywał swoje instrumenty w sposób odważnie sięgający ku brzmieniom industrialowym czy rave’owym. Energia, charyzma i świetne kompozycje od początku do końca dały, zdaniem znajomego już czytelnikom redaktora, występ festiwalu.

Uczestnicy OFFa zdali się nie docenić występu blackwinterwells. Tego niedocenienia nie podzieli redakcja Magla. Choć publiczność pod namiotem nie była liczna, mogła doświadczyć solidnego tuptania do hyperpopowego seta DJskiego w BPMach o nadludzkich wartościach. Swój występ zakończyła spokojniejszymi, zaśpiewanymi na żywo autorskimi piosenkami. Redaktor najmocniej zapamiętał jednak świetny remix Not In Love w wersji Crystal Castles i Roberta Smitha oraz jedną radykalną aż do komizmu, nagłą zmianę nastroju zaraz po nim.

Zaczęliśmy od pochwał dla organizatorów, skończymy drobnym zganieniem. Prawdopodobnie najwięcej krytycznych słów dało się usłyszeć wśród uczestników i przeczytać w przestrzeni internetowej na temat komunikacji festiwalu z jego uczestnikami. Informacja o zamianie występów Clavisha i Johna Mausa nie została zgodnie z nimi dostatecznie ogłoszona w przestrzeni festiwalowej. Kontrowersje wywołało też (dokonane na długo przed rozpoczęciem festiwalu) przełożenie występu Mount Kimbie na noc z niedzieli na poniedziałek. Zespół ten cieszy się sporą popularnością i wielu uczestników wykupiło jednodniowe karnety z myślą o pójściu na jego występ. Niezależnie od tego, dawny elektroniczny duet, a obecnie pełnoprawny zespół rockowy, pięknie zamknął tegoroczny OFF Festival.

Mimo wstępnych obaw wielu uczestników o rzekomo przeciętny line-up, jego poziom był satysfakcjonująco wysoki. Niepokój wynikający z braku podania daty kolejnej imprezy krótko po zakończeniu tej został niedługo potem rozładowany zaproszeniem na 18. edycję w mediach społecznościowych. Oby do zobaczenia za rok w Katowicach!

