,

Recenzje – maj-czerwiec 2024

W tym numerze w dziale Muzyka przyglądamy się kilku ciekawym wiosennym premierom. Jest wśród nich mroczna elektronika, indie pop oraz świecki kowbojski gospel.

Chelsea Wolfe

She reaches out to she reaches out to she

Wyd. Loma Vista recordings

Chelsea Wolfe na swoim najnowszym albumie She Reaches Out to She Reaches Out to She zaprasza słuchaczy do refleksyjnej podróży przez jej unikalne, mroczne uniwersum. W warstwie lirycznej jest to opowieść o osobistej walce, uzdrawianiu i przemijaniu. A muzycznie? Mieszanka przesterowanych gitar, hipnotyzujących trip hopowych bitów i śmiały krok ku elektronice.

Na pierwszy rzut oka intryguje okładka wydawnictwa, a dokładniej sposób zapisu jego tytułu. Nie bez powodu umieszczony jest w pętli – ma sugerować motyw przewodni albumu, czyli cykliczność pewnych etapów w życiu. Chelsea Wolfe po latach walki z własnymi demonami i nałogami opowiada słuchaczom, że uzdrawianie to powtarzalny proces. Zapisane w formie okręgu frazy tytułu albumu She reaches out to… odnoszą się do tego, co obecna Chelsea chciałaby przekazać swoim wcieleniom z przeszłości i przyszłości, gdyby tylko mogła do nich dotrzeć. Tematyka tekstów oscyluje głównie wokół procesu wewnętrznej przemiany, odrzuceniu dawnego „ja” i pogodzeniu się z tym – jednym z początkowych wersów otwierającego album utworu Whispers in the Echo Chamber jest Bathing in the blood of who I used to be, co jest dość obrazowym opisem mierzenia się z własną przeszłością.

Wydawnictwo jest z pewnością najbardziej ambitnym i starannie skonstruowanym albumem Wolfe. Produkcja albumu jest gęsta, choć zachowuje surowy klimat. W większości utworów szepcząco-wyjący, intymny wokal Wolfe wybija się na pierwszy plan i sprawia wrażenie, że wokalistka śpiewa słuchaczowi tuż nad uchem, wywołując gęsią skórkę. Warstwy przesterowanych gitar mieszają się z padami perkusyjnymi, elektroniką i fortepianem, z ciężkich gitar przechodzimy do triphopowych motywów. Album utrzymuje gęsty i mroczny klimat, jest spójny, ale dość nierówny – mocny jest jego początek i koniec. Mimo to, She Reaches Out to She Reaches Out to She to mocny kandydat do darkwave’owej płyty roku.

Chelsea Wolfe po wydaniu płyty od razu wyruszyła w trasę koncertową. Trzeba przyznać, że albumy, które są tak mocno dopracowane pod kątem produkcji i nakładających się warstw, nie zawsze dobrze się bronią podczas występów live. Można było się o tym przekonać, gdy w połowie maja artystka dała koncert w radiu KEXP. W moim odczuciu utwory nieco straciły na klimacie i słychać było niedoskonałości. Aranżacje nie były na tyle odmienne, żeby wypaść dobrze, a naśladowanie wersji z albumu udawało się czasami dobrze, czasami średnio. Mimo to, uważam, że warto zobaczyć Chelsea Wolfe w akcji.

Tekst: Aleksandra golecka

Vampire Weekend

only god was above us

Wyd. columbia records

Idealnym rozpoczęciem pierwszego kwietniowego weekendu było wydanie albumu Only God Was Above Us przez zespół Vampire Weekend. Premierę poprzedziły cztery single, między innymi Capricorn oraz Gen-X Cops. Album jest zebraniem w całość poszczególnych etapów aż pięcioletniej pracy – Ezra Koening zaczął bowiem pisać teksty już w 2019 roku.

Płytę otwiera rytmiczny i kontrowersyjny utwór Ice cream piano. Piosenka powstała, gdy grupa rozpoczęła pracę w Londynie. Nie było to jednak jedyne miejsce, w którym nagrywany był album – na liście znajdują się również Nowy York, Los Angeles oraz Tokyo. Ice cream piano jest połączeniem wielu, niemalże wykluczających się, pomysłów. Zmienne tempo, odważny tekst o konflikcie – światowym lub wewnętrznym, a jednak utwór znalazł się jako pierwszy na liście. Ciekawa jest również sprzeczność, którą Koening przedstawił w refrenie – In dreams, I scream piano – czyli zestawienie krzyku z delikatnością – piano bowiem oznacza po włosku właśnie delikatny. Słuchacze faktycznie mają szansę usłyszeć delikatnie przytłumiony krzyk, jakby wydobywający się przez sen. W tekstach pozostałych utworów również przewijają się tematy zagubienia i zdystansowania od przeszłości. Ice cream piano jest idealnym wprowadzeniem do historii, którą, już dojrzali, członkowie zespołu chcą opowiedzieć odbiorcom.

Jeśli dałoby się opisać jednym słowem cały album, byłaby to właśnie „dojrzałość”. Vampire Weekend rozpoczynali swoją karierę będąc jeszcze grupą młodych i trochę zbuntowanych ludzi – mieli oni wtedy po dwadzieścia-parę lat. Piosenki nierzadko poruszają tematy podobne do tych ze starszych utworów. Jednak teraz, jako że członkowie grupy zbliżają się już do czterdziestki, patrzą oni na dawne rozterki z pewnego dystansu. W Gen-X Cops, numerze o tonacji molowej, pojawiają się liczne nawiązania do tematu wiary, zauważalne również w starszych dziełach, m.in. Jerusalem, New York, Berlin czy Ya Hey. Koening w swoich tekstach przedstawia nieustanną walkę z nieokreślonymi siłami wyższymi. Opisuje również swoje trudności w odnalezieniu wiary żyjąc we współczesnym społeczeństwie. Gdy śpiewa Your ways and means, eternally obscene and always looking for obscenity and hatred w Gen-X Cops, ponownie podejmuje temat trudności w akceptacji wiary religijnej, która nierzadko przyczyniała się do konfliktów między ludźmi, nawet tych zbrojnych. Koening zauważa, że zjawisko, w którym każde następne pokolenie stara się naprawić błędy poprzednich, okazuje się być czymś cyklicznym. Tekst Every generation makes its own apology, można interpretować jako przeprosiny skierowane do samego Boga – każde pokolenie próbuje złamać naturalny cykl życia, który i tak zostanie wypełniony.         Album inspirowany dwudziestowiecznym Nowym Jorkiem (nawiązania do miasta pojawiają się m.in. w Mary Boone czy Pravda) zaskakuje z każdą kolejną piosenką – grupa, która teoretycznie jest zespołem rockowym, eksperymentuje z elektroniką czy pojedynczymi, delikatnymi wstawkami dźwięku pianina. Hope, najdłuższy utwór na płycie (trwa prawie osiem minut), kończy album uspokajającymi dźwiękami gitary i tekstem napawającym nadzieją, ale czy faktycznie? Refren zdaje się raczej nakłaniać do akceptacji rozczarowań i przeciwności, które pojawiają się w życiu każdego człowieka. Dla niektórych pogodzenie się z niekończącym się poszukiwaniem znaczenia w świecie pełnym dychotomii może w pewnym sensie oznaczać nadzieję. Piosenka, wraz z powtarzającym się jak mantra I hope you let it go, wydaje się trwać aż faktycznie odpuścimy i zaakceptujemy, że historię charakteryzuje cykliczność, podkreślana w niemal wszystkich tekstach albumu.

Tekst: Martyna Bachar

Marcus King

Mood swings

Wyd. American recordings

Nie dajcie się zwieść wizerunkowi scenicznemu Marcusa Kinga! Ten kowboj z długimi włosami ma wam do zaoferowania coś więcej niż tylko country.

Mood Swings to najbardziej osobisty z jego dotychczasowych albumów. Opowiada o samotności, mierzeniu się z depresją i nadużywaniu leków. Mood Swings jest także wyjątkowy pod względem produkcji. Muzyk po raz pierwszy połączył siły z legendarnym producentem Rickiem Rubinem, który na swoim koncie ma współpracę z wieloma światowymi gwiazdami reprezentującymi naprawdę szeroki wachlarz gatunkowy – od Lady Gagi przez The Cure do Kanyego Westa. Typ muzyki, jaka proponuję nam King na tym albumie, można spróbować opisać jako americanę w mocno odmłodzonej, uwrażliwionej na dobre samopoczucie psychiczne, wersji. Jednak to byłoby zbyt duże uproszczenie. Widać tu mocny wpływy gatunków takich jak soul, gospel czy R&B.

Nie jest to niczym nowym dla artysty. Od samego początku swojej kariery muzycznej – w czasach, gdy był częścią zespołu Marcus King Band pokazał, że nie lubi się szufladkować. Ostre gitarowe brzmienie gdzieniegdzie było przeniknięte soulem, elementami bluesa czy nawet jazzem. Marcus nie zrywa ze swoją przeszłością i na albumie znajdziemy rockowy utwór Hero czy bluesowe wątki w Me Or Tennessee, mocno w klimacie jego poprzednich projektów. Jednak w przeciwieństwie do przeszłych albumów, gdzie gitara odgrywała pierwszoplanową rolę, osią, wokół której budowany jest Mood Swings to głos Marcusa. Instrumenty znacznie przyciszone, delikatniejsze idealnie łączą się z wokalem, by stworzyć jak najlepsze podłoże do wyłożenia przekazu. Tytułowy utwór od samego początku uderza w ciężkie tony, zaznaczając kierunek, w jakim będziemy zmierzać słowami: And I think that is the part of hell / That a person in depression really tastes / The hopelessness. Szczególnie chwytającym za serce jest F*ck My Life Up Again. Wokalizujący chór przeplatają się tam z wręcz przeszywającym głosem i chaotyczną gitarą, która sprawia wrażenie, jakby miała za chwilę się urwać, trzymając słuchacza w napięciu. Nastrój utworu łagodzi rytmiczna perkusja i dzwonki. Na próżno jednak, gdyż pełen bólu tekst świdruję klatkę piersiową. Wykorzystując swój unikalny sposób łączenia gatunków, magnetyczny głos (i ten południowy sznyt!), King zaprasza nas w głąb swojej głowy. Używa muzyki, by przepracować trudne emocje, bo jak sam wspomina, gitara jest przedłużeniem jego samego. Dlatego też ten album tak stylistycznie różni się od jego wcześniejszej twórczości.

Warto zwrócić uwagę, że Mood Swings charakteryzuje się przede wszystkim aranżacją muzyczną, bogatą w instrumenty i zróżnicowaną pod względem brzmienia. Wyrasta z tego album, który zakwita następnie bogactwem dźwięków. Trzeci solowy krążek wokalisty zapewni nam całą gamę przeżyć. Marcus King muśnie każdą ze strun naszych dusz.

Tekst: Aleksandra Piszczyk