Podsumowanie festiwali letnich roku 2025

Redaktorzy działu muzyka relacjonują udział w letnich festiwalach 2025 roku.

Podsumowanie festiwali letnich roku 2025

Redaktorzy działu muzyka relacjonują udział w letnich festiwalach 2025 roku.

Lato 2025 jest równocześnie wspomnieniem bliskim i dalekim. Mamy świeży, 2026 rok, a to, co działo się przed nim, interesuje nas na tym etapie tyle, co zeszłoroczny śnieg. Jednak hasła takie jak labubu matcha morning rave czy czekolada dubajska wywołują w nas raczej nutkę nostalgii, niż poczucie irytacji i przytłoczenia. Pozwólmy sobie przez chwilę poczuć ciepły wiatr na twarzy i przypomnijmy sobie, co działo się kilka miesięcy temu na scenach polskich (i nie tylko) festiwali.

ORANGE WARSAW FESTIVAL

Polska branża muzyczna w zeszłym roku lato zaczęła w maju. Festiwal na warszawskim Służewcu otworzył sezon dwoma mocnymi statementami w postaci występów Chappel Roan i Charli xcx. Jak dokładniej wyglądały te weekendowe wieczory u progu czerwca, opowiada Michał Wrzosek.

AUTOR: MICHAŁ WRZOSEK

Orange Warsaw Festival to doprawdy opener polskiego sezonu festiwalowego – pun intended. Jaki nowy rok, taki cały rok? Można odpowiedzieć innym przysłowiem: na dwoje babka wróżyła. Oby jednak festiwalowe lato Anno Domini 2025 przyniosło ostatecznie tyle satysfakcji, co majowa impreza na Torze Służewiec.

Miejmy z głowy na początku tej relacji to, co było oczywiste przez cały czas trwania festiwalu: obracał się wokół jego dwóch headlinerek. Widać to było po strojach jego uczestników oraz ogromnych tłumach na występach gwiazd. Choć przyjemną rozgrzewkę przed Chappell Roan w piątek zapewnili Michael Kiwanuka i Jamie xx, Marina w pięknym i nostalgicznym dla wielu uczestników stylu zlała się z zachodem słońca, a Barry Can’t Swim porywającym setem zakończył wydarzenie, dawało się odczuć, jakby inni artyści byli dla wcześniej wspomnianej Amerykanki oraz dla Charli XCX poniekąd supportem. Nie jest to bynajmniej zarzut – organizatorom udało się ściągnąć na Służewiec dwie naprawdę wielkie osobistości.

OWF udowodnił, że sława headlinerek nie jest nieuzasadniona. Najdobitniej dała o tym znać Chappell Roan. Występem w Warszawie zainaugurowała trasę Visions of Damsels & Other Dangerous Things i – o niebiosa – co to była za inauguracja. Artystka nie pozostawiła żadnych wątpliwości w kwestii swojego uwielbienia dla kampu. Ubrana w kostium rodem z Alicji w Krainie Czarów przemierzała scenografię – potężny zamek – wystylizowaną na kreskówkę z gatunku fantasy (autorowi skojarzyła się z Gumisiami). W drugiej części koncertu zasiadła na tronie trzymając na kolanach smoczątko. Jedyne słuszne miejsce! Autor szedł na jej występ znając może trzy, może pięć największych hitów, bawił się ostatecznie wyśmienicie przez cały okres jego trwania. Kolacyjna potrawa złożona z popowych piosenek mocno uwydatniających inspiracje raz country, raz disco, podlana była rockowym sosem. Sos ten stał się daniem głównym, gdy po krótkiej przerwie w środku koncertu Chappell wróciła na scenę z coverem Barracudy Heart. Bardzo kompetentny zespół muzyków i świetna – naprawdę świetna! – wokalistka z kawałem osobowości i obecności scenicznej dały niemal półtorej godziny świetnej zabawy. Wielki wieczór dla safickiej części Polski!

W tym miejscu autor musi docenić położenie loży prasowej i jej organizację. Trybuna Toru Służewiec to przepiękny budynek, zarówno od zewnątrz, jak i od środka. Przyjemnością było zajść tam raz na jakiś czas oraz dać nogom i plecom odpocząć przy oferowanym przez organizatora napoju. Z loży dobrze było słychać odbywające się nieustannie na parterze silent disco. Jego uczestnicy, niczym piłkarscy kibice, wyśpiewywali jak przyśpiewki refreny swoich ulubionych piosenek. Chór głosów, w kontraście do futbolowych stadionów przeważnie żeńskich, stanowił omen nadejścia gwiazdy drugiego wieczoru. Chyba żadne słowa inne niż I don’t care, I love it nie zostały wyśpiewane tam więcej razy.

Zaśpiewała je również Charli XCX podczas koncertu, ku ekstazie tłumu. Naprawdę ogromnego tłumu, dodajmy. Autor nie spotkał się z takim na żadnym z festiwali, które dotychczas odwiedził. Już praktycznie na wysokości bramy na trybunę, czyli gdzieś w okolicy końca FOH1, nie można było sobie pozwolić na ani trochę przestrzeni osobistej. Stan normalnie spotykany tuż pod sceną, nie kilkadziesiąt czy kilkaset metrów od niej. Czy hype był uzasadniony? Znajomy reprezentujący podczas festiwalu inną redakcję stwierdził, że chyba tak już musi być, że występy Charli pozostawiają niedosyt. Wrażenia autora były ponadto nieco zepsute pełnym pęcherzem, którego opróżnienie stało się niemożliwe z powodu wyżej opisanych okoliczności. To powiedziawszy, czy jednak sporym wyczynem nie jest w pojedynkę podtrzymać energię występu i opanować tak dużą scenę? Charli dała radę. Minimalistyczny strój, surowa kolorystyka, muzyka składająca się ze sterylnej elektroniki i wokalu z autotune’em. Pośrodku tego jedna kobieta – jedyny przejaw życia – kroczyła po scenie, twerkowała, tarzała się w wodzie. Setlistę zdominował, bez zaskoczenia, album Brat. Oprócz utworów z niego i I Love It, artystka sięgnęła po tzw. sleeper hit Party 4 u. Być może nie zostawiła autora tej relacji z takim bananem na twarzy, jak Chappell Roan dobę wcześniej, ale na wyświetlone na koniec występu pytanie czy brat summer powinna trwać wiecznie?, odpowiedzieć może on tylko hell yeah!

To nie byłaby relacja, gdyby nie było w niej łyżki dziegciu. Najsłabszym aspektem festiwalu (oprócz tego, jak przebodźcowujący był jego teren – serio, po cholerę aż tyle różnych dźwięków?) był koncert Bladee’ego. Niestety Szwedowi nie udała się ta sztuka, co Charli XCX i nie pociągnął samotnego występu na dużej scenie. Dopiero pod jego koniec zdawało się, że złapał jakikolwiek wiatr w żagle i można było wyciągnąć przyjemność z tego, co proponował uczestnikom. Przedtem set był po prostu nudny.

Na koniec pochwała. Darmowe autobusy jeżdżące spod terenu festiwalu do metra Ursynów to wybitny pomysł, wart podtrzymania za wszelką cenę. Godny festiwalu o międzynarodowych zasięgach, o czym autor relacji najdobitniej przekonał się czekając na tzw. nocny po jego zakończeniu pomiędzy dwójką facetów rozmawiających ze sobą po rumuńsku i grupą słowackojęzycznych kobiet.

ZEW SIĘ BUDZI

W 2025 r. Magiel rzucił wszystko i pojechał w Bieszczady. A przynajmniej zrobiła to jego reporterka, Alicja Adamek, która zdała raport z wybrzmiewającego punkowymi dźwiękami Zewu.

AUTOR: ALICJA ADAMEK

W ostatni weekend czerwca w Cisnej odbyła się kolejna, już 8. edycja festiwalu muzycznego ZEW się budzi. Swoją obecnością miłośników Bieszczadów zaszczyciły dziesiątki kapel. Ich koncerty odbywały się na dwóch scenach – małej oraz głównej, zwanej dużą. Oprócz samej muzyki, uczestnicy mogli liczyć na dodatkowe atrakcje oraz poczuć festiwalowy klimat na polu namiotowym. ZEW po raz kolejny udowodnił, że dobra muzyka i natura to połączenie, które przyciąga szeroką publiczność.

Pierwszy dzień, zgodnie z tradycją festiwalu, rozpoczął się wcześnie rano. Już o godzinie 7:00 na scenie pojawiła się Stacja B – młody zespół punkowy, który przez wielu uznawany jest za następcę kultowego KSU. Po południu rozpoczęła się główna część koncertów. Tego dnia mogliśmy usłyszeć zarówno ostre brzmienia klasyki polskiego punka – Dezertera, jak i satyryczne utwory zespołu Big Cyc. Do mniej znanych, choć interesujących i nowatorskich kapel wieczoru należał Czarny Bez, który od kilku lat przybliża słuchaczom nową falę polskiego folk metalu. Nie sposób pominąć pozostałych gwiazd wieczoru. Jedną z nich był Spięty, były wokalista zespołu Lao Che, znany szczególnie z łączenia rockowego brzmienia z poetyckim tekstem o silnym przesłaniu. Na scenie zobaczyliśmy także solowy projekt Tomasza Pukackiego związany z Acid Drinkers pod nazwą Titus Tommy Gunn, który zaprezentował energiczne, heavymetalowe aranżacje. Tego wieczoru mogliśmy również usłyszeć zespół Latające Biustonosze, który jak zawsze połączył dobrą muzykę z niewyobrażalnym luzem i charakterystycznymi dla siebie szczerymi tekstami.

Następne dni festiwalu nie pozostawały dłużne wobec piątku. W sobotę mieliśmy okazję poczuć prawdziwie bieszczadzki klimat przy głosie Siczki z zespołu KSU. Legenda Ustrzyków Dolnych nie zawiodła publiczności, a wręcz porwała ją w rytm pogo. Z pewnością była to główna gwiazda wieczoru, jednak oprócz koncertu KSU mogliśmy usłyszeć inne, równie porywające kapele: Offensywę (dawniej pod nazwą No Future), zespół Me and That Man, powstały przy współpracy Nergala i Johna Portera, a także takie kapele jak De Łindows, The Bill oraz Wandal. Szczególnie pozytywnym doświadczeniem okazał się koncert zespołu Burek Dobry Pies, który zaskoczył publiczność swoją autentycznością i energią. Mimo, iż nie jest to szczególnie znana kapela, z reakcji festiwalowiczów wynika, że po ZEWie zyska na rozgłosie.

Ostatni dzień festiwalu otworzył zespół Tabula Raza, a tuż po nim na scenie pojawiły się Garbate Aniołki. Po punkowym uderzeniu przeszliśmy w klimat rocka i swingu wraz z występem Criminal Tango. Następnie usłyszeliśmy niesamowite połączenie rock’n’rolla i swingu w wykonaniu Shakin’ Dudi, który nieprzerwanie od wielu lat zachwyca publiczność tą samą energią. Wieczór kontynuowali Farben Lehre ze standardowym, lecz mocnym repertuarem, a całość zwieńczył Kult. To właśnie występ Kazika Staszewskiego pozostawił największe wspomnienie tego wieczoru. Przez to, że tak wielu fanów zespołu (tzw. „Kulturyści”) przyjechało specjalnie na ten koncert, wydawało się, że kameralny festiwal nagle zmienił się w masową imprezę.

Chociaż ZEW jest festiwalem muzycznym, to uczestnicy między koncertami chętnie korzystali z przygotowanych przez organizatorów udogodnień. Jedną z ciekawszych inicjatyw okazały się usługi barberskie przy stoisku ZEW for Men. Marka rozwija się już od ponad 10 lat i opiera na zasadach życia w zgodzie z naturą oraz promowaniu zdrowych wzorców męskości. Ich charakterystyczny barberowóz pojawia się na wielu wydarzeniach muzycznych i kulturalnych – nie mogło go więc zabraknąć również podczas tegorocznej edycji festiwalu, z którego pochodzi marka produktów ZEW for Men. Festiwal oferował także pola namiotowe oraz możliwość wynajmu domków, z czego skorzystała większość przyjezdnych. . Nie zabrakło również foodtrucków z szeroką ofertą gastronomiczną, z których korzystały setki festiwalowiczów. Do wyboru były dania inspirowane kuchniami z różnych stron świata oraz opcje bezmięsne. Jeśli chodzi o napoje – wśród opcji alkoholowych można było bez trudu znaleźć lokalne kraftowe piwa, a oferta „soft” również obfitowała w różnorodność: od piw bezalkoholowych po świeże lemoniady.

Tegoroczna edycja festiwalu ZEW potwierdziła jego miejsce na polskiej scenie muzycznej, mimo tego, iż wciąż pozostaje on imprezą niszową, znaną głównie wśród fanów punku i alternatywnego brzmienia. Ponownie udowodniono, iż klimat ZEWu jest na tyle niepowtarzalny, że przyciąga ludzi z całego kraju. W Cisnej pojawiła się różnorodna publiczność – mogliśmy obserwować rodziny z małymi dziećmi oraz grupy nastolatków, ale także pary emerytów. Festiwal dał szansę zarówno znanym zespołom, jak i tym mniej rozpoznawalnym kapelom, które mogły zyskać nowych słuchaczy. Pod sceną nie brakowało charakterystycznego dla punkowych koncertów pogo oraz wspólnych śpiewów, zwłaszcza podczas występów największych gwiazd tych letnich wieczorów. Przez trzy dni odbyło się ponad 20 koncertów, reprezentujących różne style i gatunki muzyczne, dzięki czemu każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Lokalizacja w Bieszczadach oraz dobrze zorganizowana przestrzeń dodatkowo wpływają na popularność festiwalu, który z pewnością przyciągnie uczestników również w przyszłym roku.

OFF FESTIVAL

Największy polski festiwal muzyki alternatywnej zachęcał do tłumnego przybycia do Katowic silnym lineupem z headlinerami Kraftwerkiem, Jamesem Blakiem i Fontaines D.C. na czele. Czy udało im się spełnić obietnicę czegoś wyjątkowego? Tego dowiecie się z relacji Arkadiusza Pawła Bujaka.

autor: arkadiusz paweł bujak

OFF, OFF i po OFFie – tak można rozpocząć relację z tegorocznej edycji największego festiwalu muzyki alternatywnej w Polsce. Zielone i nieco podmokłe progi katowickiego Parku Leśnego po raz kolejny ugościły fanów polskich i zagranicznych zespołów, których nazwy nic nie mówią twoim znajomym. Reporter Magla wziął na siebie niełatwe i nieoczywiste zadanie sprawdzenia możliwie największej liczby koncertów w ramach festiwalu, a przeciwko sobie miał nie tylko pogodę, ale też pewne kwestie organizacyjne imprezy, do których jeszcze dojdziemy. Jak mu poszło? 

Tegoroczny festiwalowy weekend przywitał wszystkich widokiem, do którego trzeba się już będzie przyzwyczaić – sznurem ludzi czekających na odbiór opasek, stojących w kolejce ponoć zwykle po kilka godzin. I już w tym momencie leci pierwszy kamyczek do ogródka organizatorów, bo choć autora jako akredytowanego przedstawiciela mediów ominęła ta wątpliwa przyjemność, to trudno nie zgodzić się z głosami domagającymi się wcześniejszego rozpoczęcia tego procesu czy liczniejszego personelu mogącego go usprawnić. Wspomniana godzina otwierania bramek sprawiła zaś, że we wszystkie festiwalowe dni nie było realnie innej możliwości jak tylko wejść na teren festiwalu i szybkim krokiem przemierzać cały teren imprezy, żeby tylko zdążyć na pierwsze występy na bardziej oddalonych scenach. 

W piątek przywilej otwarcia festiwalu trafił do poznańskiej trapowej grupy Hesoyam, która była chyba najmniej offowym wykonawcą na tegorocznym Offie. Wrażenia z koncertu wyniosłem jednak bardzo entuzjastyczne, podobnie jak zgromadzona pod sceną młoda publika, która zdawała się być już zaznajomiona z twórczością undergroundowego składu. Cytując jeden z kawałków chłopaków: Nikt nie prosił, ale każdy potrzebował, chociaż z czasem miało się okazać, że w porównaniu do poprzednich edycji zaszła w repertuarze pewna zmiana proporcji na korzyść gitarowego grania i niekorzyść rapu. W następnym slocie zdecydowałem się najpierw poświęcić swój czas na polską indierockową kapelę The Cassino, a gdy brzmienie zespołu znanego z programu Must Be The Music wraz z tarzającym się po scenie wokalistą okazało się już nieco zbyt pretensjonalne, przeniosłem się szybkim krokiem na występ gościa z Hiszpanii, Ralphiego Choo, który okazał się godny swojego miejsca na Scenie Eksperymentalnej. Połączenie nowoczesnego flamenco z hyperpopem zadziałało o tak wczesnej porze zaskakująco dobrze, w dużej mierze dzięki urokowi osobistemu pieśniarza. Ciekawy był sam wystrój sceny: trzech chłopa z gitarami, papierosek i stale uśmiechnięty główny bohater, który skutecznie pobudzał publikę do pogo w takt niekonwencjonalnych dźwięków swojej muzyki. Pierwszym koncertem na scenie głównej był dla mnie natomiast popis Walijczyków z Los Campesinos!, którzy już od kilku dekad grają coś w rodzaju europejskiej odpowiedzi na midwest emo. Nademocjonalna muzyka tego typu skorzystała dużo na rozmiarze sceny i zachodzie słońca, który akurat mogliśmy obserwować nad Katowicami. Był to pierwszy tak mocno przemawiający do uczuć występ na festiwalu, a przy tym po prostu bardzo jakościowy koncert zespołu, po którym czuć było duże doświadczenie i pewność siebie. 

Po zaskoczeniu pozytywnym (lekkim, bo znając Waljczyków nie sposób mieć niskich oczekiwań), przyszedł czas na negatywne, bo występ utalentowanej artystki, jaką jest zdecydowanie Nilüfer Yanya, nie był niestety skrojony pod ten festiwal. Ze względu na m.in. problemy techniczne zawiódł rytm koncertu, a jego zbyt wirtuozerska konwencja nie pozwoliła wybrzmieć bardziej przebojowym i charakterystycznym fragmentom twórczości Brytyjki. Żadnych „ale” nie pozostawili natomiast buńczuczni Irlandczycy z Kneecap, czyli „mały headliner” tego dnia. Było dokładnie to, czego można się było spodziewać: dużo energii, uliczny sznyt prosto z ulic Belfastu i bezkompromisowość w celnych przekazach politycznych. Nic dziwnego, że rapowy duet znalazł od razu wspólny język z publiką głównej sceny, i to mimo, że pełne zrozumienie ich twórczości wymaga płynnej znajomości języka irlandzkiego. Kneecap to jeden z najcelniejszych strzałów Artura Rojka w tym roku – zespół na fali wznoszącej, o którym jeszcze nieraz usłyszymy, ale to samo powiedzieć można o Frost Children, którzy rozkręcili jedyną w swoim rodzaju hyperpopową dyskotekę na scenie eksperymentalnej. Reprezentanci USA promowali dobrze zapowiadającą się tegoroczną płytę i zasłużyli sobie na nagrodę najbardziej energicznego występu całej edycji. Zagrali wybitnie twardy set praktycznie bez przerw i zamienili pierwsze rzędy namiotu w duszny, spocony, LGBT-friendly klub. 

Na przeciwnym biegunie historii światowej elektroniki znajduje się Kraftwerk – headliner pierwszego dnia. Ich dwugodzinny występ wypełniła muzyka archaiczna nie tylko pod względem brzmienia, ale też poruszanej tematyki, i o ile śpiewanie (po polsku!) o kieszonkowym kalkulatorze czy nowobudowanych autostradach stanowiło sympatyczną pocztówkę z minionej epoki, o tyle zaprezentowanie w Europie 2025 r. manifestu przeciwko energii jądrowej można rozpatrywać tylko w kategoriach nieporozumienia. Ostatecznie trzeba pamiętać, że mamy do czynienia z pionierami i legendą, której sceniczne przedstawienie, mimo że pozornie nużące, miało na tyle dużą moc przyciągania, że widownia zahipnotyzowana wizualizacjami na ekranie ani myślała uciekać spod sceny bez wysłuchania wszystkich znanych na pamięć od tak wielu lat utworów. Dzień zamknęły tradycyjnie dwa występy DJ-skie – Koreanki Yaeji i przedstawicieli detroickiej elektroniki z HiTech. Oba na swój sposób wybitne – Yaeji odchodziła od didżejki, by twerkować do własnej muzyki, co samo w sobie świadczy o wysokim poziomie seta. Jeszcze mniej konwencjonalny był koncert HiTech, który dla nieco mniej bacznego obserwatora światowej sceny elektronicznej był jak otwarcie nowego świata. Dość powiedzieć, że profilowi wykonawcy na portalu RYM autor zawdzięcza poznanie trzech zupełnie nowych słów: ghettotech, juke, footwork. Nowatorskie brzmienie, chemia między członkami składu i niesamowita siła przekonywania byłyby zdolne skłonić słuchacza do zabrania się z zespołem nawet do samego Detroit, zgodnie z ich apelem. 

Wilgotna offowa sobota zaczęła się nietypowo, bo od próbki soczystego słowackiego, nieco synthowego punka. Po przezwyciężeniu lekkiej tremy zespół Berlin Manson złapał dobry kontakt z publicznością pod sceną Trójki i przekonał ją o bliskości doświadczeń społeczno-politycznych obu krajów, a co za tym idzie, całkiem podobnych powodach do wkurzenia młodych ludzi po obu stronach Kasprowego Wierchu. Dużo większą egzotykę zaproponował na Scenie Eksperymentalnej tajwański duet Mong Tong, ale ona akurat okazała się niestety w ostatecznym rozrachunku niewypałem. Przybysze z Azji przyciągnęli taoistyczną obrzędowością i zgodnie ze swoim obyczajem cały występ zagrali z przepaskami na oczach, a ich muzyka brzmiała mniej więcej jak wschodnioazjatycki odpowiednik psychodelicznego rocka anatolijskiego, niestety w bardzo monotonnym wydaniu. 

Oprócz nowości i ciekawostek były też jednak na festiwalu występy, których nie można było sobie podarować. Klasykiem tego typu jest kultowy zespół Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach. I chociaż trawa pod scenami wyglądała tego dnia, jakby przejechał po niej tytułowy kombajn (dziękuję anonimowemu festiwalowiczowi, od którego ukradłem ten żart), publika wypełniła szczelnie namiot Sceny Trójki, by przypomnieć sobie wszystkie największe utwory tych czołowych przedstawicieli zerosowego rocka alternatywnego. W głosie wykonawcy trema wyraźnie łączyła się ze wzruszeniem, które dzielił z dużą częścią swojej publiki, poprzedzając jakby to, co miało się zdarzyć w tym samym miejscu w następnym slocie. Ten swego rodzaju patriotyczny obowiązek, jakim było uczestnictwo w powrocie do grania zespołu spod Świebodzina urósł do rangi duchowego przeżycia. 

Kolejny koncert, tym razem zespołu Panchiko, był zupełnie poprawny, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Jeżeli odbiorca liczył, że grupa skupi większą cześć uwagi na tegorocznej, bardzo dobrej płycie, to jego oczekiwania zostały w stu procentach spełnione. Z drugiej strony, był to koncert w sam raz dla tej części publiki, która patrzy na zespół przez pryzmat ich niezasłużonej sławy osiągniętej za sprawą viralowej epki z 2020 roku. Oceniać można ją różnie, dla niektórych to arcydzieło marzycielskiego lo-fi, dla innych generyczny indie rock, jakich wiele. Trzeba jednak docenić, jak sprawnie zespół odbił się od popularności wywodzącej się z dziwnych zakątków internetu, by na dwóch kolejnych albumach robić po prostu jakościowe indie, co udowodnił w Katowicach. Jeszcze lepsze studium zetknięcia internetu z rzeczywistością napisał dla nas kolejny występ. Na Scenie Trójki pojawiła się bowiem absolutna legenda bardziej online’owej i nieco smutniejszej części społeczeństwa, czyli Have a Nice Life. Zespół, w przypadku którego trudno oddzielić viral od sławy a mem od szczerej oceny. Nie można dyskutować tylko z dwiema rzeczami: ładunkiem emocjonalnym zawartym w albumie Deathconsciousness i uznaniem krytyków dla niego. Zrozumiałe, że dla wielu uczestników koncertu był on sentymentalną podróżą do gorszych fragmentów ich osobistych historii. Pogoda podała pomocną dłoń nieco niepewnym z początku artystom – burza, która rozgorzała nad Katowicami pięknie zharmonizowała się z niespokojnymi dźwiękami, ale sprawiła psikusa całej masie festiwalowiczów, którzy nie zmieścili się pod za małym już chyba trójkowym namiotem. Jakkolwiek by to mnie brzmiało, Have a Nice Life udowodnili, że nie są zespołem koncertowym, a naturalne środowisko słuchania ich muzyki to zapłakana pościel, a nie zgromadzenie takie jak to. Od lat niezmiennie przytłoczeni wspomnianą niejednoznacznością odbioru, mieli pełne prawo zagrać tylko trzy utwory z legendarnej płyty Deathconsciousness. Nie zmienia to faktu, że występ tej kapeli dla wielu spotkanych pod namiotem fanów, okraszony dźwiękami grzmotów i ulewy, pozostanie canon eventem, który zapamiętają do końca życia, podobnie jak Arrowheads, deklamowane przez całą publikę w trakcie utworu Bloodhail

Po przerwie gastronomicznej, a nawet w jej trakcie, przyszedł czas na występ Jamesa Blake’a, a sama pauza przypomniała o anachroniczności zakazu wynoszenia napojów ze strefy gastro. Wywołała też refleksję, że poruszanie się przy takiej pogodzie po nieoświetlonych zaułkach strefy przypominało prawdziwą szkołę przetrwania, a części problemów z kolejkami możnaby zaradzić zapewniając nieco większy wybór food trucków (nawet zeszły rok był pod tym względem lepszy). Występ sobotniego headlinera nie był może doświadczeniem, bez którego nie da się obyć, ale gwiazdor z pewnością przypomniał, że jest posiadaczem zarówno zjawiskowego głosu, jak i sporego talentu do tworzenia elektroniki. Z dużego wyboru piosenek zaprezentowanych w Katowicach najbardziej w pamięć zapadła chyba kolaboracja Brytyjczyka z Travisem Scottem z najnowszego albumu tego ostatniego. Z kończących dzień występów warto wspomnieć zarówno o grających “amorficzny” UK bass Two Shell, którzy zamienili scenę mBanku w tętniący życiem klub na świeżym powietrzu, jak i labubu coffee rave Koreańczyków z Hypnosis Therapy. U tych ostatnich na scenie i pod nią działo się mnóstwo, zwłaszcza kiedy gościnnie pojawili się na niej Franek Warzywa i Budda, którzy w tym roku opiekowali się również festiwalowymi mediami społecznościowymi. Był to też jeden z najdziwniejszych koncertów festiwalu, a nawet jeśli brzmieniowo subiektywnie coś wciąż się nie zgadzało, wynagradzała to energia występu, w trakcie którego pogo/crowdsurfing/jedno i drugie miało miejsce podczas każdego z utworów. 

Ostatni dzień rozpoczęło bardzo mocne uderzenie, a mianowicie poznański post-punkowy zespół Willa Kosmos. Miejmy nadzieję, że chłopaków czeka świetlana przyszłość, bo grali bardzo solidnie, a ich występ przypomniał o zeszłorocznym popisie w tym samym miejscu zespołu Kresy. Bardzo krótką chwilę później na scenie głównej pojawili się kolejni przedstawiciele ambitnego młodego polskiego pokolenia, a więc kolektyw Ciśnienie. Nazywani są polską odpowiedzią na Swans i coś w tym jest, z tym że polski skład osiąga swansowskie efekty dużo bardziej jazzowymi środkami. Ostatecznie wynik muzycznych zabiegów grupy i jej bogatego instrumentarium był niebotyczny, a post-rockowo napięta atmosfera na leśnym trawniku na obrzeżach Katowic osiągnęła zamierzony punkt krytyczny. Zdawało się, jakby wszystko to było muzyczną ilustracją do lakonicznych, dosadnych choć niekonwencjonalnych w formie przekazów politycznych wyrażanych w przerwach między utworami przez perkusistę. Diametralnie inne oblicze jazzu pokazał Katowicom band Seuna Kutiego, który godnie reprezentował legendarnego Felę – ojca afrobeatu a zarazem swojego własnego. Jazz wielonarodowego big bandu był z premedytacją uśmiechnięty i słoneczny, czyli taki jak pogoda w niedzielę, kiedy już tylko pobojowiska na miarę Woodstocka i specyficzne zapachy przypominały o oberwaniach chmury w poprzednie dni. Widać, że syn poszedł trochę inną drogą niż ojciec, bo brzmienia tego ostatniego nosiły w sobie jednak dużo ran jego pobratymców, ale Seun przy całym optymistycznym przekazie nie zapominał o niesprawiedliwościach świata i przypominał o nich między utworami. Największe nawarstwienie tego typu treści przyniósł jednak występ na tej samej scenie duetu Soft Play. Z każdą chwilą koncertu słuchacze dostawali kolejne mocne przekazy polityczne i wydłużała się lista osób do (mówiąc eufemistycznie) nieszanowania. Co do samego koncertu, to Brytyjczycy grali jak dwuosobowa orkiestra, wierna filozofii swojego gatunku, a ruch na scenie i pod nią był istną eksplozją czystej krwi punka. 

W tym miejscu warto zauważyć to, co przewijało się już wcześniej – festiwal jako taki był upolityczniony w najlepszy możliwy sposób i chwała mu za to. Nie unikano tematu palestyńskiego, pojawiały się flagi i okrzyki, a wiele muzycznych chwil nabrało dzięki tym akcentom większej, należytej podniosłości. Mam tu na myśli zwłaszcza refren utworu I love you Fontaines D.C., który w obecnych okolicznościach uderzył niesłychanie mocno, odpowiednio podkreślony przez zespół. Bezkompromisowi w tej kwestii byli też inni Irlandczycy z Kneecap, którzy przez swoją nieugiętą postawę dostali nawet zakaz występów na Węgrzech. Cieszy, że światowej sławy muzycy wykorzystują popularność do walki w słusznej sprawie, można się tylko zastanawiać, czemu zabrakło analogicznego poparcia dla innego kraju – Ukrainy. 

Jakby obok tego całego zamieszania chwilę wcześniej na scenie Trójki pojawił się MJ Lenderman, który zrobił po prostu to, co do niego należało – zagrał swoje emocjonalne country i oczarował wszystkich w namiocie. Zrobił to mimo odczuwalnego początkowego speszenia, wydając się przy tym jakby mniej alternatywnym, a bardziej korzennym niż na tegorocznym albumie. Scena Trójki czekała jednak na swoją największą gwiazdę aż do pojawienia się na niej Geordiego Greepa. Charakterystycznym elementem występu był wyświetlany za jego plecami zegar, który miał być znakiem szacunku do organizatorów i wystrzegania się opóźnień. Było to trafne spostrzeżenie ze strony młodego wirtuoza, bo rzeczywiście czas koncertów odmierzano podczas festiwalu z aptekarską dokładnością. Występ byłego lidera Black Midi nie był jednak dla każdego – co prawda Holy, holy, czyli najgłośniejsza piosenka z jego solowej płyty, wybrzmiała po mistrzowsku, ale całość koncertu okraszona była sporą dozą jazzowej improwizacji, co nieco zmniejszało jego przystępność.

Główny punkt programu weekendu mógł być jednak tylko jeden i był nim koncert post-punkowego zespołu Fontaines D.C, co można było rozpoznać choćby po skali popularności merchu Irlandczyków w festiwalowym tłumie. Gwiazdy współczesnego rocka zagrały bardzo bogaty set, na który składała się głównie najnowsza płyta Romance, kilka utworów z poprzedniej, Skinty Fia, oraz pojedyncze numery z pierwszych dwóch płyt. Najnowszy materiał irlandzkich romantyków to muzyka marzycielska, emocjonalna i całkiem zróżnicowana, mieszcząca się jednak w kategorii szeroko rozumianego indie rocka. Mimo skąpego kontaktu z publicznością występ sprostał wszystkim oczekiwaniom fanów Fontaines i ciężko byłoby znaleźć jego minusy. Trzeba docenić nawet małomówność członków zespołu, którzy całość swojej obecności na scenie poświęcili muzyce. Irlandczycy autentycznie zawładnęli sercami i umysłami sympatyków, a przecież zrobili tylko to, co mieli zrobić i co robią najlepiej. Wrócili do Polski po ponad roku, a na Off Festival po siedmiu latach, w ciągu których niesamowite było obserwowanie ogromnego wzrostu zasłużonej sławy grupy z Dublina, zwłaszcza mając świadomość, że nie osiągnęła jeszcze ona zapewne swojego zenitu. W Katowicach historia grupy była bogatsza względem zeszłorocznego występu w warszawskiej Stodole o erę płyty Romance, która wtedy rozpoczynała się wraz z pierwszymi singlami, a obecnie zbiera plon w postaci triumfów na rynku wydawniczym i w ocenach krytyków. Zwieńczeniem całości festiwalu był set elektronicznego duetu The Hellp, który raz jeszcze przypomniał, jak ważne dla didżeja jest, aby z jego pendrivem było wszystko w porządku, ale mimo problemów technicznych sprostał raczej roli występu zamknięcia.

Tegoroczny festiwal zapamiętamy na pewno z kilku rzeczy: ekstremalnych warunków pogodowych i naziemnych, klasycznego braku zasięgu i wody pitnej oraz bezużytecznej jak zawsze strefy snobowo-medialnej, bez widoku na którąkolwiek ze scen. Z drugiej strony wspominać będziemy jeden z najlepszych całościowo line-upów ostatnich lat, wykonawców, którzy w zdecydowanej większości stanęli na wysokości zadania, wspaniały klimat baru Śmigło i frekwencję, która przerosła wszelkie dotychczasowe oczekiwania, również organizatorów. 

I rzeczywiście, gdybym miał powiedzieć, co cenię w Offie najbardziej, powiedziałbym, że ludzi. Ludzi, których coś łączy i którzy kolektywnie tworzą niesamowitą atmosferę tej imprezy. I nawet, jeżeli lubią tradycyjnie ponarzekać na to i owo, a często nawet mają ku temu powody, to w przeważającej większości zgodzą się, że wynik rozpisanego powyżej bilansu może być tylko jeden: powrót na Offa w przyszłym roku. 

SZIGET FESTIVAL

W wakacje 2025 r. reporterki Magla dotarły również za granicę. Karolina Owczarek i Monika Mytnik wybrały się za Karpaty, by wziąć udział w 37. edycji najgłośniejszego festiwalu Europy Środkowej.

Autorki: Karolina owczarek, monika mytnik

Sziget jest jednym z największych festiwali w Europie, odbywającym się w Budapeszcie na jednej z dunajskich wysp. Co roku przyciąga kilkaset tysięcy festiwalowiczów z całego świata. Jak wypada w porównaniu do polskich imprez masowych?

Pierwsze edycje festiwalu skupiały się na rodzimych studentach i węgierskich artystach. Z czasem, wraz ze wzrostem liczby uczestników i sponsorów przerodził się w wydarzenie o zasięgu międzynarodowym. Headlinerski lineup skupia się głównie na zagranicznych popularnych artystach muzyki popowej, hiphopowej i elektronicznej, choć nie brakuje w nim różnorodności. W 2025 artystami, na których skupiał się blask świateł sceny głównej, byli Charli XCX, Post Malone, Shawn Mendes, Chappell Roan, Anyma oraz Kid Cudi, który wystąpił w zastępstwie za A$AP Rocky’ego.

Charli XCX i Chappell Roan, które dwa miesiące wcześniej gościły na Orange Warsaw Festival, dały show na wysokim, oczekiwanym wobec nich poziomie. Charli otwierająca festiwal pierwszego dnia zaśpiewała popularne utwory z albumu brat i wiła się po scenie do Blame It On Your Love, a Chappell zamknęła festiwal hitem Pink Pony Club, śpiewanym wspólnie zarówno przez ubrane na różowo dziewczyny, jak i postawnych mężczyzn w sportowych t-shirtach.

Pozytywnym zaskoczeniem festiwalu był zdecydowanie Shawn Mendes, którego utwory, głos i urok osobisty przekonały do siebie nie tylko młode fanki, ale również publiczność w całym demograficznym przekroju.

Poza headlinerami na głównej scenie można było także zobaczyć FKA Twigs z fenomenalnymi tancerzami Nelly Furtado śpiewającą największe hity lat 00., k-popowy girlband Kiss of Life z perfekcyjnie przygotowaną choregorafią czy The Kooks, którzy mimo późnego ogłoszenia swojego występu w ramach zastępstwa za Michaela Kiwanukę przyciągnęli tłumy i dali koncert na najwyższym poziomie.

Harmonogram z kilkunastoma scenami był wypełniony po brzegi, co sprawiało, że w niektórych dniach festiwalowicze biegali od sceny do sceny, żeby zdążyć zobaczyć występy swoich ulubionych muzyków. Na ich korzyść była lokalizacja dwóch największych scen festiwalu, które znajdowały się obok siebie, dzięki czemu można było sprawnie się między nimi poruszać.

Sziget nie skupia się jednak tylko na scenie głównej. Na terenie festiwalu działa wiele mniejszych i większych scen, poświęconym różnym gatunkom muzycznym, bary z DJ-skimi setami, a także miejsca skupiające się na innych formach sztuki niż muzyka. Drugim najczęściej uczęszczanym miejscem była scena Revolut, na której wystąpili Empire of The Sun, Justice, Caribou, Papa Roach oraz inni artyści związani głównie z muzyką elektroniczną. Poza nią działają także liczne sceny skupiające się na muzyce elektronicznej, a także lokalizacje dla mniej znanych artystów, niezwiązanych z elektroniką, takie jak The Buzz, Lightstage czy Havana JukeBox. Z mniejszych lokalizacji szczególną popularnością cieszyła się scena The Buzz, gdzie występowali zagraniczni artyści, tacy jak Isabel LaRosa, Casey Lowery czy Call Me Karizma.

Biorąc pod uwagę liczbę festiwalowiczów tłum rozkładał się w miarę równomiernie na całej wyspie. Liczba proponowanych aktywności była porażająca. Największy ścisk był dopiero przed występami headlinerów. Podczas sześciu dni festiwalu ciężko było odwiedzić każdą lokalizację i sprawdzić wszystkie atrakcje, ponieważ było ich naprawdę dużo. Uczestnicy mogli brać udział w porannej jodze, sesjach medytacyjnych, warsztatach z voguingu, breakdance’u, tworzenia graffiti, a nawet usiąść na widowni cyrku podczas zachwycających występów niezależnych trup cyrkowych z zagranicy. Do odwiedzania różnych lokalizacji zachęcał festiwalowy „paszport” – po zebraniu pieczątek można było odebrać produkt z oficjalnego merchu.

Szczególnie ciekawa była strefa XS Land, poświęcona edukacji o różnych typach niepełnosprawności. Można było w niej zagrać w siatkówkę na wózkach inwalidzkich, przejść labirynt z laską dla niewidomych, użyć symulatora ADHD lub nauczyć się prostych słów w międzynarodowym języku migowym od osób Głuchych.

Organizatorzy zadbali o codzienny komfort uczestników. Na teren festiwalu można było wnosić własne napoje bezalkoholowe i jedzenie, a liczne punkty z wodą pitną znacząco ułatwiły przetrwanie 35-stopniowego upału.

Nie obyło się jednak bez drobnych niedociągnięć. Po zakończeniu koncertów na scenie głównej lineup w innych lokalizacjach skupiał się na elektronice i techno, a występy na The Buzz czy Lightstage kończyły się o stosunkowo wcześnie. Wysokie temperatury i susza spowodowały, że trawa po pierwszym dniu praktycznie przestała istnieć. Nawadnianie terenu było mniej intensywne niż w poprzednich latach, przez unoszący się pył utrudniał oddychanie –  warto było wyposażyć się w maseczki z filtrem przeciwpyłowym i spray nawilżający do nosa.

Podczas tegorocznej edycji niektóre sceny zmieniły lokalizacje. Scena Magic Mirror, skupiająca się na występach społeczności LGBTQ+ i ciesząca się dużą popularnością, była umiejscowiona w dużej odległości od sceny głównej, co wymagało zaplanowanej wyprawy. Jako osoba regularnie uczestnicząca w zajęciach z voguingu, z dużym entuzjazmem czekałam na możliwość wzięcia udziału w warsztatach podczas festiwalu. Prowadziła je Raisha Cosima, jedna z najbardziej znanych femme queen w Europie. Zajęcia odbywały się obok sceny Magic Mirror, gdzie nawadnianie terenu pozostawiło sporo błota, które pojawiło się po nawodnieniu terenu. Biorąc pod uwagę, że floor performance – kluczowy element vogue femme – opiera się na choreografii wykonywanej blisko podłoża, lokalizacja ta okazała się zupełnie nieprzemyślana przez organizatorów. I powodowała duży dyskomfort.

Mimo drobnych niedociągnięć tegoroczna edycja Sziget była udana zarówno pod względem muzycznym, jak i organizacyjnym. Organizatorzy nieustannie dbają o komfort uczestników, wprowadzając liczne udogodnienia i urozmaicając program festiwalu. To wydarzenie na skale światową, które przyciąga tłumy z całego świata i z pewnością pozostanie jednym z najważniejszych punktów na festiwalowej mapie Europy w kolejnych latach.

OLSZTYN GREEN FESTIVAL

Spędzenie sierpniowego weekendu nad warmińskim jeziorem brzmi jak świetny pomysł na wakacyjny odpoczynek. Gdy doda się do tego muzykę na żywo, staje się on wizją doskonałą. Czy tak w istocie było? Potwierdzi lub zaprzeczy Olsztynianka, Julia Świerczyńska.

Autor: Julia Świerczyńska

W tym roku, w dniach od 15 do 17 sierpnia, odbyła się już 11. edycja Olsztyn Green Festival. Jak zwykle, organizatorzy zaprosili festiwalowiczów na plażę miejską nad jeziorem Ukiel, gdzie tym razem na potrzeby imprezy rozstawiono aż cztery sceny. W ciągu trzech dni doświadczyć można było aż 46 występów solistów, zespołów, a nawet aktorów. Kogo udało mi się zobaczyć? I czy było warto?

Gdy mówię ludziom, że jestem z Olsztyna, najczęściej słyszę w odpowiedzi coś o jeziorach. Z roku na rok przybywa jednak osób, które na informację o moim miejscu pochodzenia reagują: O, macie tam świetny festiwal, ten na plaży! Do tej pory nie umiałam nic na to odpowiedzieć, bo sama, jeszcze jako dzieciak, byłam tylko na jednej z pierwszych edycji Olsztyn Green Festival. Intuicja podpowiadała mi, że przez tę plus minus dekadę wiele mogło się zmienić. Postanowiłam więc w tym roku wrócić i doświadczyć największej na Warmii i Mazurach imprezy muzycznej na własnej skórze.

Festiwal zaczęłam od koncertu Mikromusic. Grupa zagrała głównie materiał ze swojej najnowszej, wydanej w tym roku, płyty Nie umiem tańczyć (na marginesie, tytułowy singiel z tego krążka po prostu nie może mi wyjść z głowy). Szczególne wrażenie zrobiło na mnie wykonanie utworu pod tytułem Jestem rzeką, opowiadającego o zatruciu Odry. Proekologiczne przesłanie szczególnie wyraźnie wybrzmiało nad Ukielem, przy zachodzie słońca. Natalia Grosiak jak zawsze czarowała swoim wokalem i było mi autentycznie przykro, gdy koncert dobiegł końca. Słowem, bardzo udany start festiwalu.

Następnie krótką, ale zatłoczoną ścieżką przeszłam pod największą scenę, gdzie już w najlepsze trwał występ Margaret. Artystka wykonała wszystkie swoje największe przeboje, niektóre w naprawdę zaskakujących (niestety, nie zawsze pozytywnie) aranżach. Zgromadziła przy tym naprawdę imponującą publiczność, która nie dość, że była bardzo liczna, to jeszcze znała każdy tekst.

Pierwszy dzień festiwalu zakończyłam koncertem Organka z serii “MTV Unplugged”. Szykowałam się na akustyczne gitary, a dostałam małą orkiestrę z sekcją instrumentów dętych. Organek w najlepszym wydaniu, z wielką charyzmą, nawet gdy kichał lub udawał osła.

W sobotę wybrałam się na sam początek drugiego dnia festiwalu, czyli na koncert rapera o pseudonimie Meek, Oh Why?. Muzyk wykonał przede wszystkim materiał ze swoich dwóch ostatnich płyt, zrealizowanych z, również obecnym na scenie, duetem producenckim BIESY. W pamięć zapadł mi zwłaszcza mocny, refleksyjny utwór pod tytułem Zoo. Wydaje mi się, że ogólnie udany występ zakłóciły problemy technicznie. Szkoda, bo miałam nadzieję na więcej solówek na trąbce, ale przecież nawet najlepszym czasami psuje się wzmacniacz.

Potem (nie taka znowu krótka) przerwa na obiad i odpoczynek przed wieczorną częścią festiwalu, a o 21:20 byłam z powrotem na plaży miejskiej, by wysłuchać koncertu muzyki z filmu Chłopi. Przyznam, że to zapowiedź tego wydarzenia najbardziej skłoniła mnie do udziału w tegorocznej edycji Olsztyn Green Festival. Nie zawiodłam się – biały śpiew, tradycyjne instrumenty, wirująca pod sceną widownia, wszystko na swoim miejscu. Do tego świetne prowadzenie koncertu przez dyrygenta, kompozytora muzyki do Chłopów (i nie tylko!) Łukasza Rostkowskiego, lepiej znanego pod pseudonimem L.U.C. Nie tylko wypowiedział słowa, które stanowią tytuł  tej relacji, ale nawet znalazł dobry moment, by zarapować. Wszystko to wzbogacił jeszcze gościnny występ grupy Lor. Dość powiedzieć, że ten koncert był moim ulubionym ze wszystkich, jakie miałam okazję zobaczyć podczas festiwalowego weekendu.

Na tym nie skończyła się jeszcze gorączka sobotniej nocy. Następny był występ Mroza, który na Olsztyn Green Festival gościł już po raz trzeci. Tym razem przygotował dla słuchaczy akustyczne aranżacje swoich utworów. Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie wykonanie utworu Nie stało się nic Roberta Gawlińskiego. Cały koncert był wielkim popisem profesjonalizmu doświadczonego muzyka i jego zespołu.

Przyznam, że godzina, o której dla wielu impreza dopiero się zaczyna, dla mnie była sygnałem, by wracać do domu i zebrać siłę na ostatni dzień festiwalu. Idąc do wyjścia trafiłam jeszcze na fragmenty koncertów zespołu Łąki Łan oraz Baranovskiego. Z tego pierwszego w pamięć zapadł mi utwór Ona sama, do którego na pewno bym skakała, gdybym tylko jeszcze miała energię. Ten drugi zaś pozwolił mi się zrelaksować po dniu pełnym wrażeń.

Festiwalowa niedziela zaczęła się dla mnie koncertem Sary James. Do tej pory nie znałam zbyt wielu jej utworów i chyba muszę nadrobić zaległości, bo występ artystki był naprawdę bardzo udany. Na tę prawie-godzinę przeniosłam się na prawdziwy, profesjonalny popowy koncert, ze świetnymi tancerzami i oprawą muzyczną. Przy tym James zachowuje podczas występów wielką autentyczność oraz urok. Dobrze mieć taką reprezentantkę na międzynarodowej scenie.

Tego samego dnia, parę godzin później, byłam już pod inną sceną na koncercie Kasi Lins. Wokalistka wykonaniem Śmierci w bikini zapowiedziała swój nowy projekt o nazwie Obywatelka K.L., ponadto zagrała materiał z płyty OMEN. Zabrakło mi trochę utworów z debiutanckiego krążka Lins, zwłaszcza mojego ukochanego Wiersza ostatniego, jednak emocjonalne wykonanie Trucizny tak mnie wzruszyło, że wybaczam.

Mój pobyt na Olsztyn Green Festival zakończyłam koncertem duetu Fisz Emade Tworzywo. To mogłoby być relaksujące doświadczenie, gdyby nie stojąca obok mnie festiwalowiczka, która cały czas wykrzykiwała prośbę o wykonanie Czerwonej sukienki czyli solowego utworu Fisza z… 2000 roku. Trochę rozumiem, bo też uwielbiam ten kawałek, ale błagam, nie róbcie tak.

Z Olsztyna wyjechałam z poczuciem, że dobrze spędziłam czas. Niektórzy artyści przenieśli mnie do czasów liceum, innych odkryłam zupełnie na nowo. Organizacyjnie nie mogę festiwalowi nic zarzucić, wszystkie koncerty rozpoczynały się zgodnie z harmonogramem, jedynie tłum czasami nie pozwalał mi na nie dotrzeć punktualnie, ale to norma na tego typu imprezach. Poza tym festiwalowicze raczej sobie nie przeszkadzali, teren plaży miejskiej został naprawdę dobrze zagospodarowany – znalazło się miejsce i dla tych, którzy chcieli się bawić i dla tych, którzy pragnęli odpoczynku. Ja tym razem zdecydowanie należałam do tej drugiej grupy. Na OGF rozmach spotyka się z kameralnością, i to właśnie ta nieco “kocykowa” atmosfera jest moim zdaniem jego największa zaletą. Chętnie wrócę w przyszłym roku. I cieszę się, że to z takiego wydarzenia słynie moje rodzinne miasto.

GREAT SEPTEMBER

Warszawa, Bieszczady, Katowice, Olsztyn – teraz pora na Łódź. Opowieść o showcase’owym zwieńczeniu lata na wrześniowych łódzkich ulicach przynosi nam Julia Świerczyńska.

Autor: Julia Świerczyńska

Podczas trzech dni Łódzkiego festiwalu zrobiłam łącznie około 50 tysięcy kroków. Przed Wami relacja z tego, dokąd tyle chodziłam.

Wybierając się do Łodzi, myślałam: wieczorami koncerty, a w ciągu dnia sobie pozwiedzam. Nie mogłam się bardziej pomylić! Pomiędzy wszystkimi aktywnościami na Great September ledwo starczało mi czasu na oddech, a co dopiero na odwiedzenie czegoś innego, niż jedna z dwunastu festiwalowych scen. Przez trzy dni, od 11 do 13 września, były one polem działania dla ponad 80 artystów. Nie udało mi się rzecz jasna zobaczyć wszystkich, nie stworzono bowiem jeszcze narzędzia umożliwiającego bilokację. Oto jednak krótkie zestawienie tych koncertów, które najbardziej zapadły mi w pamięć.

Najmilej wspominam występ grupy Lor. Miałam miesiąc wcześniej okazję zobaczyć ją podczas gościnnego udziału na olsztyńskim Green Festival, jednak dopiero w swoim własnym materiale zespół naprawdę olśniewa. Niektóre utwory, na przykład PAM PAM PAM czy fanfiction na stałe zagościły na moich playlistach. Dziewczyny miały też świetny kontakt z widownią i naprawdę potrafiły ją zaanimować. Bardzo dobrze się bawiłam, choć przed festiwalem nie znałam większości piosenek.

W zupełnie odmienny klimat wprowadził mnie duet SW@DA x NICZOS. Wprowadzające w trans beaty połączone z tradycyjnym śpiewem w języku podlaskim dają naprawdę rewelacyjne, oryginalne brzmienie, którego wcześniej mi brakowało, choć o tym nie wiedziałam. Koncert odbył się na otwartej scenie. Wielką radochę sprawiło mi obserwowanie, jak przechodnie zatrzymują się, aby pobujać się do podlaskiego bounce’u. Jedyny minus: występ był za krótki. Liczę jednak, że dalsza współpraca duetu zaowocuje dużą ilością jakościowego materiału i jeszcze nie raz będę mogła posłuchać ich na żywo.

W tym miejscu muszę się do czegoś, z pewnym wstydem, przyznać: zupełnie nie orientuję się w polskiej scenie hiphopowej. Udział w Great September pozwolił mi trochę nadrobić zaległości, a to za sprawą dwóch koncertów: duetu BSK oraz Kosmy Króla. Nie będę ściemniać, po powrocie z Łodzi nie wracałam do tej muzyki (choć kawałek AJAJAJ  przez jakiś czas siedział mi w głowie), ale oba występy były naprawdę wysokiej jakości. Chłopaki z BSK mają między sobą chemię, którą da się niemal namacalnie poczuć, do tego są zabawni i zarażają pozytywną energią. Kosma Król zaimponował mi umiejętnością freestyle’u oraz nieoczywistymi beatami. Oba koncerty przyciągnęły tłum wiernych, znających każdy tekst fanów. Atmosfera była niesamowita, nawet dla takiego laika jak ja.

Po takiej dawce energii, festiwal zakończyłam o wiele spokojniejszym koncertem Kaśki Sochackiej. Co tu dużo mówić, jestem prostą kobietą: słyszę Wiśnię, to płaczę. Z tego, co widziałam po reakcjach widowni, nie jestem w tym osamotniona. Sochacka ma niezwykłą umiejętność stworzenia intymnej atmosfery nawet na otwartej scenie, przed ogromnym tłumem.

W festiwalach showcase’owych chodzi jednak przede wszystkim o to, by poznawać artystów, których kariera dopiero nabiera tempa. Ja wróciłam z Łodzi z kilkoma odkryciami. Największym z nich jest Fida, pochodząca spod Cieszyna wokalistka, która zaczarowała mnie nie tylko wyjątkową barwą głosu, wibratem i pełnymi wrażliwości tekstami (Serca na Straty wzruszyło mnie do łez), ale także ciekawostkami o swojej ulubionej fryzurze czy Fiacie Punto. I choć Fida świetnie prezentowała się na kameralnej scenie w Pan tu nie stał, mam nadzieję zobaczyć ją kiedyś przed dużo większą publiką.

Podczas Great September po raz pierwszy posłuchałam także Kajetana Wolasa, który w swojej twórczości łączy tradycję z nowoczesnością, zarówno w warstwie muzycznej, jak i tekstowej. To stara dusza na współczesnych dźwiękach, która pozostawia słuchaczy z uczuciem melancholii. Koncert Wolasa był pierwszym, jaki miałam okazję wysłuchać podczas festiwalu. Bardzo dobre otwarcie.

Do Warszawy wróciłam miło wspominając także tarnowski  zespół Sad Smiles tworzący alternatywnego rocka. Ci świeżo upieczeni maturzyści mają już na koncie pierwszą płytę, są świetnymi instrumentalistami, a to wszystko z młodzieńczą autentycznością i pazurem.

Łódzki festiwal to jednak nie tylko koncerty. Gdybyście w przerwach od oglądania kolejnych wykonawców mieli za mało do roboty, Great September zaprasza także na wiele paneli eksperckich dotyczących branży muzycznej. Mnie szczególnie zapadły w pamięć dwa z nich: Raper z talent show. Czy to w ogóle ma sens? oraz AI, które gra fair (…). Ten pierwszy dlatego, że znani z programu Rhythm + Flow Polska goście mieli ze sobą fantastyczną chemię, a ten drugi dlatego, że nieco zmienił moje dotychczasowe myślenie na temat wykorzystywania sztucznej inteligencji przy tworzeniu muzyki. A przecież o to w tym wszystkim chodzi, by pozwolić się zaskoczyć.

Choć nie pozwiedzałam, mój pierwszy wyjazd do Łodzi zaliczyłabym do zdecydowanie udanych. Organizacji Great September naprawdę nie mogę nic zarzucić. Nawet festiwalowa apka na telefon miała tu sens. Cieszy mnie, że impreza pozwalająca na odkrywanie młodych artystów jest na takim wysokim poziomie. Po tym, czego doświadczyłam, nie mogę nie zgodzić się z przesłaniem festiwalu. Wielka muzyka naprawdę zaczyna się od małych scen.

  1.  wieży pośrodku sceny – dziękuję Wojciechowi Halberowi za informację na ten temat.
    ↩︎