Muzyczne Podsumowanie Roku 2025

Podsumowanie 2025 roku w muzyce przygotowane przez redaktorów działu muzycznego.

Tradycyjnie, po rozpoczęciu nowego roku, redakcja działu muzycznego zerka wstecz i typuje swoje ulubione zeszłoroczne odkrycia muzyczne. W naszym krótkim, treściwym podsumowaniu znajdziecie mieszankę kultur, wrażliwości i tematów, co zdecydowanie zwiększa szansę na odnalezienie utworu trafiającego w wasze dusze.

Mateusz Tomczak

MIŁOŚĆ I INNE PERWERSJE

Niebieski Label, 2025

Miłość i inne perwersje Mateusza Tomczaka to być może najbliższa czystej, wyabstrahowanej od cielesnego kontekstu emocji rzecz, jakiej możemy doświadczyć. A tej, w różnych barwach i odcieniach – za to w każdym przypadku w maksymalnej intensywności – na albumie nie brakuje. Fizyczność, seksualność, namiętność, zwierzęcość stanowią naturalnie ważne tło albumu, przyczynek poruszanych na nim tematów (najbardziej sexy utworem jest singiel Gdy czytasz w myślach, w którym ten aspekt podchodzi najbliżej pierwszego planu). Miłość… brzmi jednak przede wszystkim jak wytwór cierpiąco-rozkoszującego się ducha, a pierwszy na RYMowej liście deskryptor cold dobrze ten stan rzeczy obrazuje. Ból, niepokój, zazdrość, tęsknota, komfort, miłość, nadzieja są paradoksalnie podkręcone niemal do wrzenia, do przesteru, również w bardziej subtelnych, spokojnych utworach. Jeśli cielesność da się oddać w miarę sensownie jedynie metaforą, to to, o czym śpiewa Tomczak, najlepiej wykrzyczeć wprost, nie zaszkodzi, jeśli dosadnie. Ci, którym liryczny styl Łodzianina (spełniający zasadniczo podane warunki) nie podchodzi do gustu, mogą przed przesłuchaniem krążka przygotować się na 40-kilka minut cierpienia, ponieważ, w kontrze do zeszłorocznych Niektórych sekretów…, na Miłości stawia on na samo gęste i proponuje światu dziesięć chwytliwych piosenek. Kompozycje są niby tak dobre, że obroniłyby się na spokojnie bez posiadających jakiekolwiek znaczenie tekstów. Czy album nie byłby jednak trochę bardziej pusty bez złamania czwartej ściany w ostatnim utworze? Słowa konkretyzują to, co instrumenty emitują w eter. Ich symbioza i synergia współtworzą dzieło wspaniałe, do którego warto wielokrotnie wracać.

michał wrzosek

Hayley Williams

EGO DEATH AT A BACHELORETTE PARTY

Post Atlantic, 2025

Czy zdarza ci się czuć tak samotnym, że mógłbyś implodować i nikt by o tym nie wiedział? pyta nas Hayley Williams w Glum, drugim utworzone na Ego Death At A Bachelorette Party – albumie, który jest refleksyjną podróżą poprzez miłość, samotność, depresję, relacje międzyludzkie i zagubienie zarówno w nieodwzajemnionych uczuciach, jak i otaczającym nas świecie. 

Miss Paramore po raz kolejny udowadnia swój wyjątkowy talent do poruszania ciężkich tematów w piękny i poruszający, acz przystępny sposób. W muzyce Hayley zaklęta jest bowiem jakaś magia – utwory dotykają nas, może wręcz przeszywają, lecz wraz z ich końcem słuchacz nie czuje się obciążony, a gotowy na dalszą wędrówkę. 

Każda z 20 pozycji na EDAABP to osobna i personalna historia; w dodatku wszystkie wyróżniają się indywidualnym stylem muzycznym. Czasami przybiera to formę spokojnej konfrontacji, jak zmierzenie się z nadmierną samokrytyką  (Negative Self Talk). Innym razem to rytmiczna opowieść o skłóconych braciach (Brotherly Hate), okraszona wesołym akompaniamentem oda do antydepresantu (Mirtazapine) czy efemeryczne, skryte między słowami marzenie senne o dziewczynie w Japonii (Dream Girl In Shibuya). Tymczasem najczęstszym wątkiem na płycie pozostaje rozważanie Hayley nad rozpadem relacji z ukochaną osobą – jej zwątpienie, zaskoczenie; smutne pytanie, co mogła zrobić inaczej.

Są jednak historie zasługujące na szczególne wyróżnienie, chociaż dzieli je ton i poruszana tematyka. True Believer to mroczna epopeja o południu Stanów Zjednoczonych, gdzie triumf odnosi antyludzka ideologia, opierająca się na religijnej hipokryzji, skomercjalizowaniu wiary i wciąż żywym rasizmie, a więc elementach coraz głębiej zatruwających cały kraj. Poprzez Good Ol’ Days Hayley wprost nawiązuje do czasów albumu After Laughter. Któż wiedział, mój drogi, że ciężki okres był w istocie starymi, dobrymi czasami?, wygłasza w utworze, gdzie zmieszane ze sobą zostają żal, przeprosiny i tęsknota.

Najważniejszym utworem pozostaje jednak Parachute. Utwór tak prywatny, że wręcz intymny, w trakcie odsłuchiwania którego odnosi się wrażenie, że wkracza się w zwykle niedostępną część życia artystki. Raz jeszcze Hayley zwraca się do utraconego ukochanego, coraz bardziej łamiącym się głosem przechodząc przez historię ich relacji, by wreszcie lamentem wygłosić: mogłeś powiedzieć, czego chcesz – zrobiłabym wszystko. Nie pamiętam, by jakikolwiek inny utwór mnie złamał w tym stopniu.

Ego Death At A Bachelorette Party jest zatem zagłębieniem się w najgłębszą warstwę wewnętrznych uczuć Hayley Williams. I to porusza – Hayley to artystka, która jak mało kto potrafi przekuć własne emocje w muzykę, tworząc na końcu przepiękne dzieło wypełnione smutkiem.

Maciej bystroń-kwiatkowski

balkon

PARTER

MUSIC CORNER RECORDS, 2025

Na Parter musieliśmy trochę poczekać.

Pamiętam gdy po raz pierwszy poznałam zespół Balkon. To był rok 2024. Podwójny koncert w warszawskich Chmurach wraz z Hage-o. Nie miałam pojęcia, czego się spodziewać. Od razu zaintrygowała mnie instrumentalna warstwa ciężkiego rocka, wypełniona rytmiczną melorecytacją kreatywnie napisanych tekstów. Muszę przyznać i powtórzyć za dziennikarzami muzycznymi – mnogie porównania brzmienia Balkonu do Świetlików skrzyżowanych z Black Midi są wyjątkowo trafne.

Po koncercie miałam możliwość porozmawiać chwilę z członkami zespołu, dzięki czemu dowiedziałam się, że próby nagrywania Parteru odbywały się już w 2024 roku, ale wystąpiły pewne problemy, w których wyniku premiera albumu została finalnie przesunięta na październik 2025 roku. 

Jednak w końcu doczekaliśmy się. Możemy odłożyć w końcu demo, które do tej pory było jedyną fizyczną kompilacją kilku utworów Parteru, i z łatwością odtworzyć nagrania na serwisach streamingowych. 

Parter zaskoczył mnie świeżością. Wprowadza na polską scenę muzyczną utwory łączące charakterystyczną dla noise rocka wściekłość z niebanalną refleksją wypływającą z poetyckiej formy tekstów. Niezwykle doceniam niedosłowność, która panuje we wszystkich utworach; zaskakuje słuchaczy, ale też zmusza do namysłu nad potencjalną interpretacją. Jedno można powiedzieć na pewno, Balkon zaprasza odbiorców do nihilistycznego i rozpaczliwego świata, którego podmiot liryczny nie kryje swojego tragizmu napędzanego poczuciem winy, frustracją i ironią.

Emilia kowalewska

Candelabro

DESEO, CARNE Y VOLUNTAD

Registro Móvil, 2025

Zacznijmy od tego, że jeśli muzyka chrześcijańska, to tylko dobra wokalna polifonia. Katolicka, względnie prawosławna. W Polsce – najlepiej spod znaku Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego. Żaden tam pop czy rock, bo takie mieszanie porządków nigdy nie wychodzi dobrze. Byliście kiedyś na koncercie uwielbieniowym w duchu contemporary christian music i atmosferze megakościołu? Jeśli nie, to absolutnie nie macie czego żałować.

Ale zaraz zaraz. Czy ja w post-rockowej suicie Cáliz słyszę właśnie obszerne fragmenty samplowanego kazania o doktrynie zmartwychwstania ciała i nie jestem choćby za grosz zażenowany? Dlaczego tak wzrusza mnie wezwanie do anioła stróża śpiewane na melodię kołysanki w utworze Ángel? I czemu wreszcie cała ta konfesyjna poetyka (choć miejscami przewrotna, jak w Pecado) nie wywołuje w żadnym stopniu wrażenia, że jest nie na miejscu w akademicko-art rockowym anturażu?

Niestety na krótkim odcinku niniejszej minirecenzji trudno mi będzie wyjaśnić ten fenomen, ale podrzucam kilka tropów. Po pierwsze Deseo, carne y voluntad to po prostu muzyka najwyższej jakości w zakresie kompozycji i produkcji. Po drugie czerpiące garściami z Black Country, New Road aranżacje dobrze adaptują się do nastroju uniesienia właściwego (około)religijnym utworom. Po trzecie, te pieczołowicie dopracowane piosenki przy całym swoim kunszcie i podniosłości skutecznie wyrażają „zagubionego człowieka poszukującego odkupienia”, a to niezwykle uniwersalny topos.

Zbierzemy to wszystko i okazuje się, że chrześcijański rock można praktykować z powodzeniem. Pod jednym, rzadko spełnionym warunkiem – muszą się za niego zabrać zdolni muzycy, których motywują raczej szczere artystyczne pobudki, niż jednowymiarowy neoficki zapał. Na mnie jako na kimś, komu chrześcijaństwo znacznie bliższe było kiedyś, ale czasem jednak tęskni, pomyślność tego typu projektu wywołuje tym większe wrażenie.

Piotr szumski

Michael Hurley

BROKEN HOMES AND GARDENS

No Quarter Records, 2025

Pożegnanie w uściskach surrealizmu

Definicja ostatniego albumu ma zawsze wokół siebie otoczkę pewnego mitu. Mieliśmy tak w przypadku Davida Bowiego albo Ryuichi Sakamoto, gdzie artyści byli przygotowany na swoje odejście. W przypadku Michaela Hurleya ciężko to stwierdzić. Utwory są miksem jego ekscentrycznego opowiadania historii w gatunkach folk/country i o tematyce zwierząt, jedzenia, relacji i wręcz kreskówkowej Ameryki. Ikona muzyki outsiderskiej daje nam ostatni smak swojego dziwnego, kolorowego świata. 

Wszystko to w bardzo ciepłym i domowym brzmieniu, które przechodzi od momentów bluesowych do tych czysto folkowych, w których dominuje gitara akustyczna. W tle przewijają się sporadyczne chórki, dzwonki, ksylofon oraz bardzo charakterystyczny i okalający nas saksofon. 

Album zawiera dużo starych utworów, które pojawiły się na poprzednich wydaniach, ale zdecydowanie zyskują w nowych nagraniach jak np. Letter in Neon, opowiadające o komunikacji międzyludzkiej. Pojawiają się również covery jak Cherry Pie, czyli utwór doo-wop z lat 60., który idealnie wpisuje się w styl Hurleya. Są też nowe utwory jak chórowe i nastrojowe This czy zabawne, ale również dziwnie mroczne The Monkey o pewnego rodzaju zagubieniu i strachu przed czymś nieuchronnym. Przy pomocy humoru i ciepła muzyk maluje nam bardzo piękny i zakrzywiony obraz Ameryki. Obraz, który mógł nam namalować tylko Michael Hurley. 

adam borowski

bar italia

SOME LIKE IT HOT

Matador Records, 2025

Pół żartem, pół serio, czyli Forza Bar Italia

To samo, ale nie tak samo – tak wygląda na dziś twórcza ewolucja londyńskiego zespołu Bar Italia, której probierzem jest październikowy album Some Like It Hot. Ci, którzy liczyli na kolejną porcję typowego, dusznego brzmienia post-punkowej grupy mieli prawo czuć się nieco zdezorientowani konceptem płyty.

Znów otrzymujemy sporą dawkę niepokoju, konfuzji i angstu, ale tym razem nabierają one iście filmowej głębi. Tak właśnie rozumieć trzeba główny motyw albumu, łącznie z jego tytułem, nawiązującym do komedii z 1959 roku. Wspomnianą głębię zapewnia brzmienie zespołu, dużo bardziej wygładzone niż na poprzednich płytach, a jednak podobnie mroczne, rodem ze staromodnych sal balowych i kin, stawiające przed oczami czy to western, czy horror, czy też klasycznego Bonda.

Błyskotliwe, karaoke-friendly teksty i rola aktora ze słynnego Peep Show w teledysku Fundraiser (nie mówiąc o samym pomyśle klipu Cowbella) wywierają jednak czasem wrażenie groteski, która ma w realiach klaustrofobicznego Londynu przekazać jakąś humanistyczną prawdę o nas. Trudno uciec od poczucia, że arcydzieła starej kinematografii są tylko maską dla ludzkiej komedii ukazanej tu z podobnym bezwstydem, jak we wspomnianym serialu. W aktorów tego teatru, niczym w tytułowym filmie, wciela się trójkąt członków zespołu, których wokale tworzą jak zawsze misterne, niekonwencjonalne struktury utworów.

Namacalne wręcz napięcie, powstałe na tych liniach, podniesione zostaje do poziomu hitchcockowskiego suspensu, kulminując w najłatwiej interpretowalnym, eksplicytnym niemalże Rooster. Utwór ten, inspirowany Alice in Chains, jest zresztą solidną porcją grunge’u i drogowskazem jednej z wielu możliwych dalszych ścieżek zespołu, który po przekroczeniu punktu zerwania z dotychczasowym brzmieniem może już tylko eksperymentować. Pozostałe fabuły, włącznie z tytułami utworów, nie są tak proste do odplątania – pozostaje więc tylko życzyć kinomanom miłej zabawy przy odkrywaniu ich sensu.

Arkadiusz Paweł Bujak