
A. G. Cook
Britpop
wyd. new alias
Jak świat zapamięta wkład A.G. Cooka w muzykę 2024 r.? Zapewne przede wszystkim jako producenta wykonawczego pewnego albumu z jaskrawo zieloną okładką. W Maglu stawiamy jednak na firmowany własnym nazwiskiem Britpop.
Cook w dyskusjach bywa najczęściej przywoływany w kontekście PC Music, jego flagowego projektu, oskarżanego o zainicjowanie gatunku zwanego hyperpopem. Wspominam o nim nieprzypadkowo – Britpop pojawił się w punkcie dla kolektywu granicznym. Inaczej – PC Music zakończyło swoją działalność, a album to spojrzenie na jego spuściznę. Przybiera formę tryptyku, którego części zatytułowane są odpowiednio Past, Present i Future. Nie będę się jednak w tej krótkiej recenzji nad historią A.G. Cooka zbytnio rozwodził.
Britpopowi nie jest daleko do arcydzieła. Moja pycha krytyka podpowiada mi wręcz, że być może zostałby nim, gdyby nie jego trzecią część, w której momentami zdaje się brakować twórczej pary. Pozostawię jednak artyście, co artystyczne, i przyznam, że doskonale zrobił to, o co jest od dawna posądzany – połączył sprzeczności. Czy mowa o barwnych, syntezatorowych mozaikach, czy też o gitarowych balladach z elektronicznym twistem, Britpop spaja popowość i eksperymentalność, elektroniczną sztuczność i uduchowioną organiczność, kicz i artyzm, futuryzm i nostalgię, słodycz i gorycz, rezygnację i radosną afirmację. To ostatnie jest dla wydźwięku albumu szczególnie ważne: jednym z jego założeń, ujętym w tytule, była refleksja artysty nad własną brytyjskością, w którą przecież został kiedyś, bez pytania, wrzucony.
Polecam dać Britpopowi szansę, a nieprzekonanych do elektronicznych soundscape’ów pierwszej części zachęcam do sprawdzenia segmentu od Serenade do Without.
Michał Wrzosek
. . .

Tyler, The Creator
Chromakopia
wyd. columbia
Z końcem października Tyler, The Creator wrócił po wyjątkowo długiej, trzyletniej przerwie z niezapowiadanym albumem, celebrującym jego wejście w okres nadal bardziej życiowej niż muzycznej dojrzałości.
Tyler mówi tu zagadkami więcej niż kiedykolwiek, co widać w tytule albumu, będącym neologizmem o bliżej nieokreślonym znaczeniu, i tajemniczej, umundurowanej personie, którą posługuje się autor. Paradoksalnie robi to, żeby przekazać prawdę o sobie samym. W samej treści również nie brak sprzeczności, a co za tym idzie, gwałtownych zmian nastroju.
Możemy chwalić artystę za szczerość, bo żeby trafnie oddać swój stan ducha po osiągnięciu wieku chrystusowego, zmieścił na jednym wydawnictwie tak różne wątki jak tradycyjne, nieustępliwe bragga, pomstowanie na negatywne skutki sławy, obawę przed ojcostwem. Tym, co spaja album, jest dialog artysty z matką – jej wypowiedzi dodają kontekstu wszystkim utworom, czyniąc je jeszcze bardziej osobistymi. Wytworne bangery w stylu Sticky mieszają się z najszczerszymi chyba w dotychczasowej karierze, refleksyjnymi utworami, choćby o nieistniejącym w życiu Tylera ojcu (Like Him). W warstwie muzycznej słychać sporo wpływów R&B czy soulu, stare środki hiphopowe łączą się z nowymi, zaskakują sample z zambijskiego rocka lat 70.
Nawet jeśli nie jest to już albumowy top Tylera, na pewno przypadnie do gustu wszystkim tym, którzy nie lubią się nudzić podczas słuchania płyt rapowych, a tym bardziej fanom chcącym poznać bardziej osobistą, prawdziwą stronę rapera.
Arkadiusz Bujak
. . .

Vince Staples
Dark Times
Wyd. Blacksmith / def jam
Kto jak kto, ale słuchacze amerykańskiego hip-hopu zdecydowanie nie mogą narzekać na nudny rok – szczególnie, gdy giganci tacy jak Future, Kendrick Lamar, Schoolboy Q, Denzel Curry, czy Tyler, The Creator zdecydowali się na wypuszczenie nowych krążków. Sezon obfitości na scenie muzycznej przyniósł też na świat świeży owoc twórczości Vince’a Staplesa – album, który w moim odczuciu niespecjalnie został dostrzeżony przez społeczność fanów gatunku.
Jeden rabin powie, że Dark Times jest nudne i brakuje tutaj młodzieńczej energii z pierwszych projektów wykonawcy, a drugi rabin powie, że ewolucja jest naturalną koleją rzeczy w dyskografii każdego uznanego twórcy. Faktycznie, spokojne melodie i często jednolite flow rapera mogą sprawić wrażenie monotonii, ale jest to efekt zamierzony, któremu głębi dodaje niezwykle introspektywna warstwa liryczna. Ten album to poniekąd refleksja nad życiem 31-letniego artysty, na łamach którego odkrywa on przede wszystkim swoje przeszłe traumy, ich wpływ na relacje z ludźmi oraz sposób, w jaki ukształtowały one jego osobowość. Umiejętne operowanie słowami, wiele nawiązań do popkultury i nienaganna dykcja stanowią wizytówkę Vince’a, w świetny sposób uzupełnianą przez rytmiczny, spokojny instrumental. Dark Times to nazwa adekwatna do treści albumu, bez wątpienia nie należącego do grona tych podnoszących na duchu – chociaż de facto wszystko zależy od jego interpretacji przez słuchacza. Gwarantuję wam, że przesłuchanie tego albumu od deski do deski spowoduje, że z pewnością coś poczujecie. Nie jest mi dane przewidzieć co dokładnie, koniec końców emocje są subiektywne.
Jakub Kołodziej
. . .

Rebe
es que acaso no me oyes??
Wyd. REBE
2024 rok nie należał w muzyce do szarych myszek – wystarczy powołać się choćby na najgłośniejsze wydawnictwo tego roku (jaskrawozielona okładka) i jego twórczynię. Może z tego powodu postanowiłem przekornie postawić w tym zestawieniu na artystkę mało znaną, a do tego tworzącą bardzo kameralne, „sypialniane” utwory.
es que acaso no me oyes? (minuskuła w tytule dodatkowo podkreśla charakter projektu) to album niepozorny, ale w przebiegu 11-elementowej tracklisty ukrywający perły pierwszorzędnej urody. Po wysłuchaniu trzech otwierających utworów, zapowiadających nietuzinkowy kolaż psychodelicznej indietroniki z klasyczną południowoeuropejską formą piosenkową, odkrywamy pierwszą z nich. To hasta el fin, kompozycja napisana z wirtuozerią przywołującą na myśl najlepsze tradycje canción melódica – choćby Porque te vas Jeanette.
W drugiej części płyty konwencja nieco ewoluuje – punktem odniesienia stają się bardziej „plastikowa”, minimalna estetyka syntezatorów z wczesnych gier wideo, ale też cumbia i reggaeton. Na uwagę zasługują tu zwłaszcza llorando en la luna i Marisol, a po drodze błyszczy też najbardziej współczesne dame dame dame eso.
Pod warstwą nostalgicznego kurzu migawek i dźwięków z bliżej nieokreślonej przeszłości album Rebeki Díaz skrywa znakomity songwriting, nieortodoksyjnie kunsztowną wokalistykę i balans estetycznej nonszalancji z dbałością o detal. Właśnie dzięki temu ma dość charakteru, by wśród licznych diamentów tegorocznej muzyki wyróżnić się urokiem i finezją.
Piotr Szumski
. . .

Kendrick Lamar
GNX
Wyd. PG Lang / Interscope
MUSZTARDAAAAAA!!!
Ten viralowy już fragment z utworu tv off wydaje mi się być idealną puentą ostatnich dwunastu miesięcy w wykonaniu Kendricka Lamara. Ten rok to absolutny triumf rapera-artysty z Compton. Cała sekwencja wydarzeń, ironicznie rozpoczęta przez utwór First Person Shooter Drake’a i J. Cole’a, doprowadza mnie u schyłku 2024 r. do wniosku, że nie mamy tak naprawdę już o czym rozmawiać. Kdot wstrzymał Drake’a, ruszył scenę1. Zaniemówiliśmy z podziwu i nadstawiliśmy uszu, żeby słuchać dalej.
A gdy nadjechał GNX, wszystkie emocje związane z beefem zostały społecznie skumulowane w absurdalny, pełen radości okrzyk, zwieńczający zwycięską klamrą rok 2024 w wykonaniu dynamicznego duetu Kendricka oraz wysławionego przezeń DJ’a Mustarda.
A album? Album jak tytułowe auto. Przejazd GNX’em to surowe, mocne i bezpardonowe doświadczenie, z którego bije niezależność. Autor wyrafinowaną prostotą (nie mylić z wyrachowanym prostactwem), paletą dźwięków oraz udziałem lokalnych artystów, przekazał mnóstwo wdzięczności wobec dziedzictwa kulturowego Compton, jak również hip-hopu w całości.
Paradoksalnie, intensywność tego przejazdu pozwoliła mi się zatrzymać i bezpiecznie zanurzyć w tym projekcie, zamiast tonąć w morzu bardziej komercyjnych wydawnictw.
Może mam Kendrickowe zapalenie mózgu – bo podobno rap jest tak dobry, jak sobie wkręcisz, że jest – ale dla mnie ten album to reset lub fenomenalna reinkarnacja gatunku. Przynajmniej chciałbym w to wierzyć. Dajcie mu szansę – niejedną, bo jest jak wino.A na koniec dodam, że to nie koniec. W rozpoczynającym się roku raper wystąpi na Superbowl i wyruszy w trasę koncertową. Biorąc pod uwagę precedens zamieszczania utworów z serii heart przed wydawaniem głównych projektów, można sądzić, że GNX, wydany niespodziewanie, to dla nas musztarda – nie po obiedzie, a dopiero przed.
Miłosz Szulęcki
- (na moment publikacji (29.01.2025) Kendrick ma nawet więcej miesięcznych słuchaczy na Spotify od Drake’a, choć wydaje mi się, że to metryka, która obchodzi głównie tego drugiego). ↩︎
. . .

Halsey
The Great Impersonator
Wyd. Columbia
Naprawdę myślałam, że to będzie moja ostatnia płyta. Tym zdaniem rozpoczyna się wideo zapowiadające piąty album studyjny Halsey zatytułowany The Great Impersonator. Amerykańska wokalistka na swoim najnowszym krążku ukazuje, jak walka z śmiertelną chorobą wygląda z perspektywy artysty.
Premierę albumu pod koniec października poprzedziła długa promocja w mediach społecznościowych – Halsey „odliczała” dni pozostałe do wydania płyty poprzez codzienne ujawnianie tytułu jednego z utworów i muzyka, którym inspirowała się przy jego tworzeniu. Inspiracje te wybrzmiewają, lepiej lub gorzej, w warstwie muzycznej każdego z tracków i są niezwykle różnorodne – The Cranberries, Bowie, Cher, ale także Britney Spears, Dolly Parton czy Evanescence. Mimo to płyta jest spójną całością dzięki odpowiedniej produkcji, wykorzystaniu akustycznych gitar i rytmicznej perkusji. W niektórych utworach Halsey eksperymentuje też z elektronicznymi brzmieniami znanymi z jej wcześniejszej twórczości.
Tym, co stanowi według mnie największą wartość The Great Impersonator jest jednak wgniatająca w fotel szczerość warstwy lirycznej. Szczególne wrażenie w tej materii zrobiły na mnie utwory Dog Years i The End. Każdy z tekstów to zapis niezwykle intymnych doświadczeń oraz przemyśleń – o godzeniu się ze śmiercią, o samotności, o macierzyństwie.
Zapewne każdy z nas zastanawiał się kiedyś, czy jego życie mogłoby wyglądać inaczej. Halsey tę refleksję zamieniła w album muzyczny i zdecydowanie jest to jej najlepsza praca dotychczas. Oby nie ostatnia.
Julia Świerczyńska
. . .

Jessica Pratt
Here in the pitch
Wyd. Mexican Summer
Czas oszukał nas ponownie
Pierwsze, co słyszymy, to samotne dźwięki perkusji rozchodzące się po ogromnym pomieszczeniu. Wprowadza to słuchacza zarówno w utwór Life is, jak i w estetykę całej płyty. Wszystko dryfuje pomiędzy folkiem, psychodelią i bossa-novą. Jest to list miłosny do hipisowskiej ery muzycznej, ale również utworzenie ze swoich inspiracji czegoś własnego. Utwory prowadzone są przez delikatne akordy gitarowe, z tyłu natomiast pojawiają się i znikają subtelne dźwięki melotronu i organów. Pośrodku tego wszystkiego znajduje się najistotniejszy z instrumentów, czyli głos Jessici. Emanuje spokojem, nadzieją i pewną rozwagą, z którymi prowadzi nas przez korytarze niepewności i nieustających zmian. Słyszymy w nich echa legend lat 60. jak Scott Walker, Astrud Gilberto czy Brian Wilson. Jesteśmy poddani 27 minutom minimalizmu, w których piosenki są na tyle lekkie, że prawa grawitacji przestają działać.
Adam Borowski
. . .

Franek Warzywa, Młody Budda
Komputer EP
Wyd. Franek Warzywa & Młody Budda
Nie oceniaj komputera po monitorze
Po pierwszym przesłuchaniu Komputer EP szybko spisałam ją na straty, stwierdzając że to zwykłe powtórzenie konwencji wykorzystanej na zeszłorocznych Wykopkach. Teraz pozostało mi jedynie posypać głowę popiołem, gdyż kolejne odsłuchy pozwoliły mi docenić cudowne wykorzystanie nowych brzmień i rytmów inspirowanych ścieżkami dźwiękowymi z kultowych gier lat osiemdziesiątych. Warstwa liryczna wypełniająca „8-bitowe” kompozycje drugiego minialbumu Franka Warzywa i Młodego Buddy przywodzi mi na myśl przedszkolne piosenki do tego stopnia, że wsłuchiwanie się w teksty przenosi mnie w jakieś bezpieczne i ciepłe miejsce. Jednak pod pozorną prostotą słów kryją się uniwersalne prawdy, gotowe wesprzeć i ukoić odbiorcę. Tak jest w utworze Dziury, który w bardzo dziecęcy sposób pomaga słuchaczom zaakceptować własne braki, niedoskonałości i straty. Na Komputer EP Artyści mierzą się z codziennością, z którą niemal każdy z nas może się utożsamić i w efekcie poczuć wspólnotowość. Do Widzenia jest jakby włamaniem się do introwertycznego umysłu. Natomiast utwór Komputer bardzo aktualnie podsumowuje społeczne przywiązanie do technologii. To wszystko, okraszone ekspresyjnym, raz spokojnym, raz krzyczącym wokalem Franka pozwala przeżyć swoiste energetyczno-refleksyjne katharsis.
Emilia Kowalewska
. . .

Jack White
No Name
Wyd. Third Man
W połowie lipca minionego roku, klienci Third Man Records wraz ze swoimi zakupami otrzymali tajemnicze białe winyle oznaczone napisem No Name. Po odtworzeniu, fani zorientowali się, że w ich posiadanie trafił zupełnie nowy, solowy album Jacka White’a. Co więcej, to 42 minuty żywej muzyki, której chyba nikt nie spodziewał się już od tego artysty usłyszeć. Zabawa i swoboda, jakimi emanuje krążek sprawiły, że od czasu wakacji sięgałam po niego niezwykle często. Każda z piosenek tryska energią, przypominającą początki The White Stripes. Jack White powraca do tych brzmień wzbogacając je całym wachlarzem nowych doświadczeń i umiejętności, co czuć. No Name to nie jedynie nostalgiczna próba uchwycenia esencji garażowego rocka, ale całkowicie aktualna kreacja ożywiająca gatunek, w którym wydawałoby się wszystko zostało już powiedziane. Otwierający Old Scratch Blues, ze swoimi riffami, przypomina najlepsze dni Led Zeppelin, jednak to kolejne utwory takie jak: Bless Yourself, czy It’s Rough On Rats (If You’re Asking) w pełni pokazują to, czym ten album tak właściwe jest. To nie tylko żywiołowe bluesowo-punkowe melodie, ale także doskonałe teksty, które z humorem komentują otaczającą nas rzeczywistość. No Name to pozycja zdecydowanie nie do pominięcia dla wszystkich fanów mocnego, rockowego brzmienia.
Konstancja Gołębiowska
. . .

Bring Me the Horizon
Post Human: Nex Gen
Wyd. Sony / RCA / Columbia
Terapia szokowa
Nie jestem największą fanką Bring Me The Horizon, nie czekałam z wytęsknieniem na ich wielki muzyczny powrót – nie miałam więc względem niego żadnych szczególnych oczekiwań. Pierwszym szokiem była dla mnie informacja o pojawieniu się nowego albumu. Ciekawość i pewien młodzieńczy sentyment sprowokowały mnie do jego odsłuchania – a konsekwencją tego pomysłu była szokowa reakcja łańcuchowa.
Absolutnie wszystko na tej płycie jest szalenie dziwne – jej układ jest chaotyczny, kolejne utwory niespójnie przeskakują między gatunkami tworząc ostatecznie coś, co jest na tyle zaskakujące, że nie można doczekać się kolejnego utworu. Przede wszystkim jednak, album nie jest już zdominowany przez, powszechnie kojarzony z zespołem, growling Olivera Sykesa – przewagę zyskał metalcore, hyperpop i electronica.
BMTH w latach 2008 – 2015 był ikoną subkultury emo, której społeczność była dla zespołu główną grupą odbiorców. Współcześnie słowo emo wypadło z obiegu, a to co z nim kojarzone uległo rozszerzeniu i przedefiniowaniu. Album jest dla mnie próbą zrozumienia tej nowej definicji i odnalezienia się wśród słuchaczy o dystopijnym, postapokaliptycznym podejściu do świata. Niezmiennym pozostał więc motyw wołania o pomoc – spowodowany tym razem przez bliskość, zagrażającego ludzkości, chaosu.
laura Anastazja Kur
. . .

Coals
Sanatorium
Wyd. [PIAS] / EE
Coals to rzadki przypadek polskiego projektu, który bardzo wiele rozumie. Kacha i Łukasz wiedzą, że siłą przekonującej artystycznej wizji jest spójna otoczka: wizualia, okładka, barwy, konteksty. Śledzą zagraniczną muzykę i słyszą, co na listach przebojów i na TikToku piszczy. Gatunkowe tropy duet traktuje jak efektywne narzędzia: aktualnych trendów używa do strugania w polskiej wrażliwości i hauntologii. Daje to słuchaczom takie fascynujące zmutowane sploty jak zdekonstruowany UK bass wyśpiewany rozmytym wokalem (czar), glitchowy shoegaze o szkolnej anty-nostalgii (dzwony), podszyty reggaetonową motoryką esej o Ciechocinku (kurort) czy atmosferyczny drum and bass ze stylizowanym na przaśne euforycznym outrem (reflektory). Świetnie zrealizowanych pomysłów, w dodatku z tekstami po polsku, jest tutaj na pęczki.
Jeśli w smutnym świecie duetów Dawida Podsiadły z sanah czasem przychodzi nam zadać sobie pytanie, jakiej polskiej muzyki popularnej naprawdę chcemy, Coals od lat stoją cierpliwie z boku z gotową odpowiedzią. Organicznie budują zagraniczną popularność, przyciągają uwagę swoją wyrazistą kreacją wizualną, są na bieżąco z produkcyjnymi nowinkami, a zarazem bije od nich aura tajemniczej swojskości. Węglowych kuracjuszy zapraszamy do autokaru z tabliczką album roku.
Jacek Wnorowski
. . .

Sabrina Carpenter
Short N’ Sweet
Wyd. Island
Short n’ Sweet udowadnia, że Sabrina Carepnter doskonale rozumie, na czym polega fenomen muzyki pop – jej piosenki są łatwe w odbiorze i chwytliwe, a sprytne wersy mieszają się z kiczem, który wpada w ucho. Zaletą albumu jest jego oprawa wizualna – estetyka nawiązuje do złotej ery Hollywood i burleski, co w szczególności uwydatnia szablonowe piosenki o seksie, którym nadaje rangę performance’u. Najwięcej Sabrina zyskuje jednak w występach na żywo – oprócz znakomitego wokalu, każdy występ wzbogacony jest o skecze lub żarty, a sama artystka wydaje się bawić podczas nich równie dobrze, co widownia.
Cały album przeplata hymny do własnej atrakcyjności z osobistymi wyznaniami, a utrzymanie go w dość prostym języku nadaje mu szczerości, co świetnie odzwierciedlają przedpremierowe single – zuchwałe Espresso i żałośnie błagające Please, Please, Please. Poza nimi, moimi osobistymi faworytami są Juno, Slim Pickins i Lie To Girls. Pomimo tego, że pod względem brzmieniowym album pozostaje dość konwencjonalny, to zapada w pamięć i świetnie przywołuje letnią beztroskę. Z niecierpliwością czekam na kolejne projekty Sabriny i polecam przesłuchanie Short n’ Sweet szczególnie teraz, by w styczniowe wieczory przywołać trochę wakacyjnego słońca.
Zuzanna Flis
. . .

The Cure
Songs of a lost world
Wyd. Lost
Minęło szesnaście lat odkąd The Cure wydało swój ostatni album studyjny. Przez cały ten czas mówiono o potencjalnym czternastym albumie, lecz mijające lata wystawiały cierpliwość fanów na próbę. Oficjalnie o planach wydania nowego krążka lider zespołu Robert Smith poinformował w 2019 r. Przyszło nam jednak czekać kolejnych pięć lat, aby usłyszeć osiem nowych utworów.
W trakcie swojej historii The Cure grało piosenki od radosno-popowych (Wish) przez introwertyczno-melancholijne (Disintegration) aż po mroczno-apokaliptyczne (Pornography). Songs of The Lost World zdecydowanie daleko do pogodnych brzmień. Łączy w sobie chandrę Disintegration z cięższymi brzmieniami Pornography. Wszystkie piosenki są co do zasady spójne – mamy długie wstępy, wokal zaczyna się zwykle gdzieś w połowie utworu. Wcześniej towarzyszą nam nastrojowe, ponure dźwięki, wprowadzające nas do naprawdę depresyjnych tekstów. Wpływ na atmosferę całego krążka miały śmierci bliskich Roberta Smitha – rodziców i brata (któremu poświęcona jest piosenka I Can Never Say Goodbye). Zwieńczenie tej powodzi smutku jakim jest Songs… stanowi Endsong. To monumentalne dzieło trwające dziesięć minut, z czego ponownie ponad połowa to instrumentalny wstęp, stanowiący refleksję nad przemijającym życiem.
Choć cierpliwość fanów została wystawiona na próbę, Songs… zdecydowanie można uznać za fenomenalny sukces, na który warto było czekać. Legendarne Disintegration zawiesiło wysoko poprzeczkę i żadnemu z następnych albumów nie udało się jej przeskoczyć. Nowej płycie jednak jest do tego najbliżej.
Stanisław Perko
. . .

Taylor Swift
The Tortured Poets Depatment: The Anthology
Wyd. Republic
The Tortured Poets Department od Taylor Swift to z pewnością jedna z najgłośniejszych premier ubiegłego roku. Ale czy płyta okazała się warta hype’u?
Zaskakując fanów 31 piosenkami, Swift zdominowała listy przebojów na całym świecie. Wielu mówi, że liczba utworów negatywnie wpłynęła na ich jakość, jednak ja się z tym nie zgadzam.
The Tortured Poets Department: The Anthology to podróż przez gatunki. Swift mistrzowskim kunsztem pióra ukazuje swoje bolesne doświadczenia, sekrety i przeżycia, z którymi wiele osób może się utożsamić – schodzi głębiej niż kiedykolwiek wcześniej. Wraca również do genialnego storytellingu z docenionych przez krytyków albumów folklore i evermore. Artystka ponownie wykazała się także niezwykłą zdolnością kreowania melodii. Asystowana przez swoich stałych producentów i wieloletnich przyjaciół – Jacka Antonoffa oraz Aarona Dessnera – stworzyła z The Tortured Poets Department podróż przez pop, country, ballady oraz smutek, radość i gniew. Melodia oraz mistrzowska produkcja idealnie oddaje wszystko, o czym śpiewa Swift. Pierwsze 16 piosenek dryfuje między wieloma gatunkami i tempem oraz skocznością melodii, zaś druga część albumu ma bardziej jednolity charakter pełen dźwięków gitary i pianina. To czyni The Tortured Poets Department jednym z najbardziej różnorodnych albumów ostatnich lat. Na płycie Swift współpracowała także z Post Malonem oraz Florence + The Machine, którzy świetnie wpasowali się w klimat albumu. Pośród utworów tego projektu można znaleźć doceniane przez krytyków i fanów piosenki jak So Long, London czy Fortnight oraz te, których klimat porusza, np. How Did It End? czy Peter.The Tortured Poets Department to mieszanka gatunków, emocji oraz doświadczeń. Tą płytą Taylor Swift ponownie udowadnia, dlaczego stoi na szczycie światowego przemysłu muzycznego.
Mikołaj Dencikowski
. . .

Klocuch
Ulubione Kolendy
Wyd. Klocuch
Ulubione kolendy są żartem i analizowanie ich w standardowych kategoriach krytycznych nie ma sensu, wartość tego albumu nie leży w muzyce jako takiej. Klocuch po raz kolejny pokazuje jednak, że – pomimo mniejszej aktywności na YouTube’ie niż kiedyś – w kategorii purnonsensowego humoru niewielu przedstawicieli rodzimej sceny jest mu w stanie dorównać.
W porównaniu z poprzednim świątecznym wydawnictwem, najpiekniejszymi kolendami sprzed dwóch lat, więcej jest gwiazdkowego popu (przykładowo covery All I want for Christmas, Z kopyta kulig rwie czy Feliz Navidad) niż klasycznych kolęd. Słuchacz ponownie jednak może utożsamić się z podmiotem lirycznym, który na nowym krążku kontynuuje wyładowywanie frustracji fasadowością świątecznych relacji. Marzy jedynie o tym, żeby móc w spokoju pograć gry – najlepiej w od patryjarchów czekane GTA VI.Głównie jednak będzie śmiał się z kolejnych, absurdalnych nawiązań. Niektórych bardziej hermetycznych, zanurzonych w Klocuchowym uniwersum (jak oda do Wąsacza), innych mniej, nabijających się ze znajomych tropów popkulturowych (żarty z Golców), a jeszcze innych kompletnie od czapy, rozbrajających czystym absurdem (więzienne wątki w dookoła zrobiło się świątecznie). Jest to humor, który niewątpliwie ma pewien próg wejścia, jest osadzony w konkretnym kontekście pokoleniowym i nie podejdzie każdemu. Jeżeli jednak mieliście już do czynienia z Klocuchem i bawiliście się dobrze, oglądając bajkę-tv gry lub słuchając aezakmi, ulubione kolendy to przeszło godzina czystej frajdy.
Kacper Rzeńca
. . .

Oxford Drama
The World Is Louder
Wyd. Oxford Drama
Wrocławski duet wyraźnie upodobał sobie płytową formułę, która zakłada półgodzinną esencję treści zamiast miałkich wypełniaczy. W tej esencji kryje się antyteza otoczenia chcącego coraz więcej i coraz mocniej. O tym z niepokojem śpiewa Gosia Dryjańska w brudnym brzmieniowo protest songu More & More. Potrzeba nam umiaru. Chociaż świat dokoła jest głośny, ten album wcale nie przebodźcowuje. Wyciszenie znaleźć można w kojącym Meditation 1 czy inspirowanej znanym serialem balladzie Six Feet Under. Prawie każdy utwór na płycie stoi muzyczną wyobraźnią Marcina Mrówki: nośnym gitarowym riffem (Pack Your Dreams), solówką (Practice Is My Passion) czy pasażem o przyjemnej barwie (The Leader). Przywodzi to na myśl alt-rockowe zespoły końca ubiegłego wieku, które potrafiły trafić strunami do głowy tak idealnie, że słuchacz czuł rozlewającą się po ciele błogość.
Początki The World Is Louder tkwią w beztroskich letnich jamach Gosi i Marcina. Być może dlatego słuchanie tej płyty przenosi w bezpieczne miejsce – takie, w którym wszystko jest na swoim miejscu, nic nie przytłacza, a głośno jest tylko wtedy, kiedy sami tego chcemy. Czy współczesny świat również mógłby taki być?
Jacek Wnorowski
. . .
Posłuchaj wybranych przez redakcję muzyczną utworów ze zrecenzowanych wyżej albumów!
Youtube:
Spotify:

