AUTOR: Piotr Szumski
Recenzowanie płyty LUX to dla mnie wystawienie się na sporą pokusę. I to potrójną w swoim charakterze, bo czyhają na mnie grzechy kontrarianizmu, skrupulanctwa i gatekeepingu. Mamy więc do czynienia z odwrotnością hagiograficznej struktury albumu Rosalíi. Powiedzmy, że będzie to mały konfesjonał.
Pokusa kontrarianizmu jest bardzo silna, zresztą zawsze tak jest, gdy ambitne dzieło jest otoczone, nomen omen, aureolą powszechnego entuzjazmu. Chciałoby się powiedzieć, że skądże, że po co te kilkanaście języków, że rozbudowany koncept Rosalíi jest przesadzony i artystowski. Ale nie mogę tego z czystym sumieniem zrobić. Przemawia do mnie ten spektakl, a jeszcze bardziej postchrześcijańska estetyka, wyrażona w znakomitych tekstach i wizualiach. Tak więc pierwszą z pokus udaje mi się ominąć z lekkością.
Z drugiej strony rodzi się natarczywa chęć, żeby przyczepić się do warstwy muzycznej. Bo rzeczywiście, klasycyzujące aranżacje z udziałem Londyńskiej Orkiestry Symfonicznej (cóż za rozmach) są znacznie mniej przełomowe niż wskazuje szereg komentarzy. W warstwie harmoniczno-melodycznej Rosalía też nie wykracza poza sprawdzone, czasem dosłownie wiekowe patenty.
Tylko co z tego, skoro wszystko jest znakomicie wyegzekwowane i po prostu skuteczne (nawet ta nieszczęsna opera). Melodii z Reliquia, Divinize czy La Perla trudno jest nie nucić, a Dios Es Un Stalker to po prostu arcydzieło popu. Ale dla szperaczy też się coś znajdzie, choćby Porcelana (industrial-flamenco-hip hop?) i La Rumba del Perdón (cudowna przestrzenna panorama). Na mój gust pewnie tylko za dużo ballad, ale niewiele jest tracklist idealnych. Zatem grzech melomańskiego skrupulanctwa też nie stanie się moim udziałem.
No więc może gatekeeping. Kusi bardzo – gdy przed trzema laty na łamach Magla recenzowałem MOTOMAMI, miałem kuratorskie wrażenie prowadzenia czytających do niedocenianej gabloty, choć Rosalía stanowczo nie była już anonimową postacią. Ale teraz popularność jej twórczości wystrzeliła w kosmos, o czym świadczy 4 miejsce płyty LUX na Billboard 200 w pierwszym tygodniu. Utrata uprzywilejowanej pozycji wiedzy o „dobrej muzyce” boli, zwłaszcza w sytuacji okołofanowskiej.
Ale w sumie nie powinna. No bo raz, że zawsze godna docenienia jest tak ambitna muzyka w mainstreamie, dwa – w jej estetyce powinni odnaleźć się zarówno twardzi konserwatyści, jak i osoby queerowe, co już w ogóle stanowi rzadki przypadek. Mamy więc prawdziwą jakościową muzykę środka i cieszmy się nią razem. Więcej grzechów nie pamiętam, czas na wspólny bal z Rosalíią i wszystkimi żeńskimi świętymi.


