Tekst: Michał Wrzosek
Wyobraźcie sobie wydać album tak ikoniczny, że dzięki niemu jeden z odcieni błękitu jest utożsamiany przede wszystkim z wami. Jego okładka, zdominowana przez ten właśnie odcień, też stała się wręcz memem. Swego rodzaju wariacja na temat legendarnej Abbey Road – czterech gości, ale nie przechodzących przez pasy, tylko stojących w niezręcznych pozach na jednolitym tle. A to dopiero wierzchołek góry lodowej debiutu grupy Weezer, który 10 maja kończy trzydzieści lat. Zapnijcie pasy, bowiem zaczynamy podróż w czasie. Oh, and please, try the fish.
W retrospekcyjnej recenzji Pitchfork nazwał go debiutem doskonałym. Składa się z dziesięciu piosenek, trwa nieco ponad 41 minut. Jest tak amerykański, że już dźwięki gitary akustycznej z pierwszych jego sekund malują w wyobraźni obrazy pozbawionych innej niż trawniki zieleni przedmieść, szkół średnich z popularnymi futbolistami dręczącymi nieśmiałych nerdów oraz płaczącej z radości Statuy Wolności z komiksów Kelly’ego. Nerdów przywołałem tu nieprzypadkowo, ponieważ są nimi członkowie Weezera (a przynajmniej na takich się kodują). Na pewno wiele z nerdowskiego doświadczenia podzielają też jego fani. Weezer jest dla niezręcznych w kontaktach społecznych mężczyzn relatable dłużej, niż słowo relatable funkcjonuje w szerokim użyciu. Już trzydzieści lat.
Ryba w arnold’s drive-in
Niebieski album dla jego głównego autora, wokalisty i gitarzysty Riversa Cuomo, był jak zbiór kartek z pamiętnika. Każda z piosenek opowiada o jakimś przeżyciu bądź uczuciu. Są wątki nostalgiczno-retrospekcyjne (My Name is Jonas, In the Garage), rozprawianie się z dziecięcą traumą alkoholizmu rodzica (Say It Ain’t So), autoironia na temat zazdrosnej, toksycznej strony podmiotu lirycznego (No One Else, The World Has Turned and Left Me Here), wspomnienia mniej lub bardziej udanych historii damsko-męskich (Buddy Holly, Only In Dreams), metafora upokorzenia (Undone (The Sweater Song)), ale też czysta radość i beztroska (Surf Wax America, Holiday). Do tego wszystkiego przyplątała się niechcący nutka komizmu, która, choć wbrew woli autora, to jednak dodała piosenkom ubogacającego je dystansu. Nie sposób znaleźć nic, co swoim tonem i klimatem zbliżyłoby się do The Blue Album – nawet w dyskografii tego samego zespołu.
Weezer to klasyk power popu. Nic dziwnego, ponieważ został wyprodukowany przez power popową ikonę, jaką był Ric Ocasek. Były lider The Cars wraz z zespołem zebrali do kupy różne inspiracje brzmieniowe i uczynili je spójnymi. Dominuje grunge’owa filozofia cicha zwrotka, głośny refren, gitarowo-basowe unisona, punkowe downstroke’i, niepozbawione fałszu wokale w oktawach, ale też zapadające w pamięć melodie. Słuchacz zostaje uraczony kompletnym daniem z przystawką i deserem, do którego należą nostalgiczne arpeggia My Name is Jonas, ikoniczny lick z sola Buddy Holly (kolejny mem związany z albumem), zinterpretowani przy pomocy punka Beach Boysi w Surf Wax America, czy w końcu ośmiominutowy Only in Dreams z potężnym riffem basowym i niemal sonicyouthowskim zakończeniem. I to wszystko smakuje dobrze, wręcz wyśmienicie. Niezależnie od tego, czy konsumujemy w całości po kolei, czy biorąc elementy posiłku osobno.
deser
Skoro o jedzeniu, czy raczej słuchaniu osobno mowa, to nie sposób nie wspomnieć tu o singlach, a szczególnie ich jednym aspekcie, czyli teledyskach. To dzięki nim, swoją drogą, dowiedziałem się o istnieniu zespołu Weezer. Klipy The Sweater Song (sparodiowany potem przy okazji singla Africa) i Say It Ain’t So są w swoim założeniu i wykonaniu dość proste – przedstawiają zespół grający piosenkę w mało zaskakującym otoczeniu, odpowiednio studia telewizyjnego z tłem w błękitnym odcieniu oraz poobwieszanego dywanami pokoju-salki prób. Najciekawszy jest Buddy Holly. Wideo do tej piosenki to nostalgiczna wycieczka drugiego stopnia. Znów pokazuje muzyków grupy wykonujących piosenkę, lecz tym razem jak gdyby włożonych w odcinek Happy Days – sitcomu z lat 70., opowiadającego z kolei o latach 50. widzianych przez różowe okulary. Buddy Holly i Mary Tyler Moore przytoczeni w refrenie power popowego bangera opartego w części o klasyczną rockandrollową progresję znaleźli się bardzo na miejscu. Kenosha, Wisconsin’s own Weezer rozbawili młodzież z Arnold’s Drive-In tak samo skutecznie, jak amerykańskich słuchaczy rocka w 1994 r.
epilog
Weezerowi nigdy nie udało się do końca powtórzyć sukcesu debiutu. Drugi album, Pinkerton, dorównał poprzednikowi artystycznie, jednak okazał się komercyjnym niepowodzeniem. Kolejne wydawnictwa, choć sprzedawały się nieźle, nie znajdowały uznania w oczach krytyków, w każdym razie nie aż takiego. Poza pojedynczymi piosenkami czy mocniejszymi fragmentami, swego rodzaju przełamanie przyszło dopiero w 2016 r. wraz z Białym albumem. To prawdopodobnie dlatego grupa jest w Polsce rozpoznawalna głównie wśród osób interesujących się bardziej niż przeciętnie muzyką rockową. Pomimo w jakimś stopniu zmarnowanego potencjału, trzeba oddać Weezerowi co weezerskie. Stąd ta niewątpliwie laurkowa recenzja ich pierwszej płyty. Jeżeli, drogi czytelniku, już ją słyszałeś, to – po pierwsze – posłuchaj jej jeszcze raz, a po drugie, poczytaj np. na Weezerpedii co nieco o procesie jej powstawania, o formowaniu się zespołu, o odejściu Jasona Croppera i zastąpienia go przez Briana Bella, o niechęci słuchaczy alternatywnych, w skrócie – o całym albumowym lore, którego nie byłem w stanie zawrzeć w tak krótkim tekście. Jeśli jeszcze nie miałeś przyjemności wysłuchać The Blue Album, spełnij ją dla siebie. Następnie skontrastuj płytę z gorzką introspekcją oraz wołaniem o pomoc Pinkerton, i za dwa lata wróć, by sprawdzić, czy również temu albumowi wystawiłem w Maglu tak ładną laurkę.

