His name is Jim E. Brown

Najstarszy niestarzejący się od pięciu lat dziewiętnastolatek, alkoholik cierpiący na liczne choroby degeneracyjne, najweselszy i najmniej samokrytyczny reprezentant Manchesteru wśród muzyków. Kim, do cholery, jest Jim E. Brown?

AUTOR: MICHAŁ WRZOSEK

Ubrany w brązową marynarkę i granatowy golf mężczyzna z beatlesowską fryzurą i bólem wypisanym na twarzy podchodzi w rytm sfuzzowanego gitarowego riffu do straganu z kwiatami. Nachyla się i wącha bukiet. Następnie widzimy go na ławce. Siedzi z butelką wina w ręku, a sprawdzony wcześniej bukiet kwiatów wręcza wyłaniającej się wraz z poszerzeniem kadru siedzącej obok i wyraźnie zmieszanej, acz zachowującej pogodny wyraz twarzy kobiecie. Tak dramatycznymi scenami rozpoczyna się teledysk do utworu I Want to Be Your Boyfriend, mojej pierwszej styczności z Jimem E. Brownem. Pasująca mocno do lat 70. estetyka zarówno wizualna, jak i dźwiękowa, pełen autoironii, a mimo to bardzo bezpośredni tekst oraz nieco rudymentarne wykonanie wciągają mnie zupełnie. I want to be your fan.

Z podobną dozą dramatyzmu zaczyna się inny utwór Browna, I’m Quitting Prozac to Continue Drinking – w przeciwstawieniu pigułki w jednej ręce i butelki w drugiej zarysowywuje się istna walka o duszę. Podmiot liryczny piosenki, chcąc wybrać jednocześnie dobro (rozsądek, samozachowanie – dodajmy dla pełnego kontekstu, że Prozac jest antydepresantem) i zło (nałóg, autodestrukcję), wpada w stan gorszy od wstępnego. Ostatecznie stawia więc na procenty jako swój medykament.

Jim E. Brown to głos tych, którzy go posiadają. Jest postacią tragikomiczną ze szczególnym naciskiem na to drugie. Jednym z artystów swojego pokolenia.

Kim jest Jim E. Brown?

Jim E. Brown jaki jest, każdy widzi. Prawdopodobnie to uwiarygadnia jego narrację na własny temat. Zdrowy rozsądek podpowiada nam, że nie mamy do czynienia z dziewiętnastoletnim alkoholikiem cierpiącym na liczne schorzenia degeneratywne, urodzonym dzień przed zamachami z 11 września, posiadającym dwóch synów o imieniu Tanner, nad którymi stracił opiekę rodzicielską. Wątpimy również – wbrew często powtarzanej frazie – czy aby na pewno nazywa się Jim E. Brown. Jim E. Brown brzmi jak gra słów bez drugiego dna, nawiązanie do innego słynnego manchesterczyka, Marka E. Smitha, ale być może też Jamesa Browna (czy stąd biorą się sixtiesowe nawiązania w szacie graficznej jego albumów? Wątpię, ale bardzo chciałbym w to wierzyć). To, czy Jim E. Brown pochodzi faktycznie z Manchesteru jest kwestią wtórną. Co prawda nawiązuje w wielu piosenkach do prawdziwych lokalizacji, skupionych wokół dzielnicy East Didsbury, ale równocześnie nie brzmi jak ktoś pochodzący z północnego zachodu Anglii. To wszystko firmuje jednak swoją prawdziwą twarzą i prawdziwym ciałem, nigdy nie wychodząc z roli. Zmusza to nas jako odbiorców do postawienia gdzieś kreski. Nie wiedząc, gdzie to zrobić, przyjmujemy absurdalną osobowość Browna w całości. I jesteśmy z tego powodu szczęśliwi.

Jim E. Brown jest jak mroczniejszy Jaś Fasola, a jego obszerna dyskografia (wypuszcza średnio dwa albumy na rok) wywołuje skojarzenia z wycinkami z pamiętnika bohatera brytyjskiej komedii. Brown jest często podejrzewany o inspiracje manchesterskimi smutasami z Morrisseyem oraz wcześniej wspomnianym Markiem E. Smithem na czele. Jednak najbardziej narzucającym się słuchaczowi wpływem jest muzyka lo-fi, w szczególności w wydaniu Johna Mausa. Dziewiętnastoletni alkoholik często wykorzystuje podobne, syntezatorowe aranżacje co wspomniany Amerykanin; podobieństwa da się dostrzec również w jego stylu wokalnym. Liryka Jima E. Browna jest stosunkowo prosta, bezpośrednia, niekiedy wręcz infantylna, do tego egocentryczna (większość tytułów piosenek zaczyna się od zaimka osobowego I) i pełna czarnego, suchego humoru. Nie współczujemy Jimowi, nie śmiejemy się do końca ani z nim, ani z niego. Jim E. Brown nie niesie na swoich barkach krzyża, nie cierpi po to, żebyśmy my nie musieli. Nie jest przestrogą dla własnych słuchaczy, mimo że stanowi ucieleśnienie ludzkich przywar i chorób cywilizacyjnych. Można wysnuć interpretację, że Jim E. Brown to postać post-ironiczna, często sprzeczna, równie sympatyczna, co odpychająca, obśmiewająca mniej współczesną rzeczywistość, a bardziej słabości będące częścią ludzkiej natury. Ale czy jest po co?

Kim nie jest Jim E. Brown

Każdemu, kto nie chce „odczarowywać” Jima E. Browna, polecam przerwać w tej chwili lekturę tekstu. „Naiwny” odsłuch jego muzyki pozostawia białe plamy, jednak wystarczy sprawdzić autorstwo dowolnej jego piosenki oraz wykonać jedno wyszukiwanie w Googlach, by odkryć tożsamość pensylwańczyka stojącego za postacią. Również obejrzenie teledysków do jego wczesnych piosenek wskaże na jednoznacznie amerykańskie okoliczności powstania Jima E. Browna. To wszystko nie szkodzi – umiejętne wykorzystanie stereotypu również liczy się jako dobre tworzenie postaci, szczególnie gdy ta postać ma być w założeniu żartem. Wbrew wewnętrznemu lub zewnętrznemu krytykowi krzyczącemu it’s not that deep!, interpretacja z końca poprzedniego akapitu nie musi być nadinterpretacją. Niezależnie od tego, czy Jim E. Brown satyryzuje lokalną tożsamość, czy po prostu śmieje się z zabawnie brzmiących nazw miejsc i obiektów w Wielkiej Brytanii, muzyka wydawana pod jego nazwiskiem ma jedną wielką zaletę. Jest po prostu dobra.

Jim E. Brown tworzy piosenki na niemal przemysłową skalę. Jest sam sobie przywoływanymi nieśmiało wizualną estetyką Paulem McCartneyem i Johnem Lennonem. Jest to nieco hiperboliczne stwierdzenie, niemniej na każdej jego płycie znajduje się kilka utworów wartych ponownego odsłuchu, bardzo często wielokrotnego. Tym sposobem artystyczny kierunek obrany podczas pandemii Covid-19 przez trzydziestokilkuletniego mieszkańca Filadelfii skłonił tysiące ludzi na całym świecie do krzyczenia refrenu o odstawianiu antydepresantów, by dalej pić alkohol, powolnego tańca do piosenki o tytule I Know I’m Going to Die of a Stroke albo usłyszenia pierwszy raz w życiu zdania the sky is ugly (kilkukrotnie).

Najnowszy album Browna, I Urinated on a Butterfly (wydany dzień po jego domniemanych dziewiętnastych urodzinach), stanowi bardzo reprezentatywny przykład jego twórczości. Trwa nieco dłużej od poprzednich wydawnictw (aż 66 minut!), skutkiem czego zawiera niemal wszystko, czego można spodziewać się po ulubionym dziewiętnastoletnim alkoholiku świata. Niepokojąca ścieżka tytułowa otwiera album kolejnym na koncie Browna body horrorem z udziałem zwierząt. Wcześniej podobne wątki pojawiały się w piosenkach I Stepped on a Pheasant z Rot (2023) czy I Found a Dead Fox Outside Sainsbury’s in Fallowfield z Shame (2024). Na omawianym albumie kontynuuje je natomiast bardzo przykra There’s a Duck in Alex Park With a Plastic Ring Around Its Beak. Druga na liście The Queue at Greggs to mausowska z brzmienia opowieść o przykrościach codziennego życia na przykładzie czekania w kolejce w piekarni. I Opened My Mouth Too Wide Today (And It Hurts) przywołuje styl The Cure z połowy lat 80. i opowiada o bolesnym wypadku podczas jedzenia burgera. I Dreamed That You Liked My Instagram Post wpisuje się w obecny na wcześniejszych albumach Browna motyw opowieści o relacjach w erze cyfrowej. Didsbury is a Dump rozwija lokalny lore Jima E., jednocześnie wkraczając w temat jego burzliwych relacji z kobietami. Post Coital Dysphoria stanowi domknięcie dyptyku o przykrościach sprawianych zaspokojeniem seksualnym, rozpoczętego How Do I Stop Crying When I Masturbate album wcześniej. Mice Have Bitten Holes Into All My Childhood Toys i Rat in Bin stanowią komponent „gryzoniowy” na albumie, natomiast moment autoironii w drugiej części albumu przerywa powrót do wątku płynów ustrojowych i tym podobnych. I Vomitted on Britney’s Autobiography łączy się zręcznie z bardzo udanym coverem Toxic. Album kończy się bardzo silnym akcentem: koncertowym wykonaniem I’m Writing Love Letters at McDonald’s (oryginalnie z Didsbury Songs z 2022 r.) poprzedzonym łapiącym za serce monologiem, oraz repryzą I Urinated on a Butterfly. Tu właśnie jest pies pogrzebany: Jim E. Brown jest na I Urinated… zdecydowanie w dobrej formie i na trackliście znajduje się co najmniej kilka bangerów. Pochwała należy się również producentowi albumu, Burtowi Murderowi. Ścieżki w płynny sposób przechodzą jedna w drugą, tworząc bardzo przyjemne i delikatne – niczym konsystencja Guinnessa – doznanie dla słuchacza.

Jim E. Brown, pomimo posiadania na swoim koncie pokaźnej dyskografii, ma jeszcze sporo do powiedzenia. W końcu w życiu nigdy nie kończą się dziwaczne sytuacje, wizyty w sklepach spożywczych, posty proponowane przez algorytmy mediów społecznościowych, trupy zwierząt potrąconych przez samochody, sprawy o opiekę nad dziećmi z kolejnych związków; nikt też nie chciałby przecież rezygnować z fast foodów i piwa. Prawda? We wrześniu Brown zagrał serię koncertów w Europie Zachodniej. Czy usłyszymy kiedyś my name is Jim E. Brown na ziemiach polskich? Mam na to wielką nadzieję.