,

FOMO, AI i katharsis w obliczu śmierci

Rozmawiamy z Ryanem Guldemondem, wokalistą kanadyjskiego indie rockowego zespołu Mother Mother, o jego najnowszym albumie, AI oraz relacji artysta-widz.

,

FOMO, AI i katharsis w obliczu śmierci

Rozmawiamy z Ryanem Guldemondem, wokalistą kanadyjskiego indie rockowego zespołu Mother Mother, o jego najnowszym albumie, AI oraz relacji artysta-widz.

Rozmawiały: Monika Mytnik, Patrycja Goska, Zdjęcia: Monika Mytnik

Monika jako długoletnia fanka Mother Mother powzięła sobie za cel zrozumienie inspiracji Ryana i jego sposobu pracy. Z kolei ja – jako druga redaktorka, Patrycja – byłam zafascynowana spojrzeniem Guldemonda na performatywność jego pracy. Chciałam też poznać jego perspektywą na użycie sztucznej inteligencji w sztuce . Byłyśmy ciekawe, w jakiej formie jest tak rozchwytywany zespół i czy znajdzie dla nas czas po premierze najnowszego albumu Grief Chapter (2024). Ostatecznie w marcu 2024 tuż przed koncertem zespołu Ryan spotkał się z naszą dwójką w warszawskiej Stodole.

Patrycja: Czy na początku mógłbyś powiedzieć coś niecoś o waszym ostatnim albumie – Grief Chapter? O czym on jest i co zainspirowało Was do jego nagrania?

To album o śmierci, śmiertelności i żałobie. Te tematy stały się dla nas pretekstem do celebracji życia oraz do bycia bardziej „tu i teraz”. Co do inspiracji, to sam nie jestem pewien, skąd konkretnie czerpię pomysły. Wygląda to zazwyczaj tak, że po prostu zaczynam pisać, wczuwam się w proces twórczy, a pomysł przychodzi do mnie sam. 
Oczywiście, coś mnie popchnęło do nagrania tego albumu. W ostatnich latach nasz zespół i nasi znajomi wielokrotnie mieli do czynienia ze śmiercią bliskich. Był taki moment, kiedy mój przyjaciel przechodził żałobę. Zmarł mu ojciec i kilkoro jego krewnych. Przyjaciel też nie jest już młody – ma 70 lat. Powiedziałem mu, że jest to jego grief chapter (ang. rozdział żałobny). On też jest tekściarzem i stwierdził wówczas, że to brzmi jak świetny tytuł jakiejś piosenki. Wtedy zacząłem pisać.

Monika: Grief Chapter to pierwszy album, który nagraliście po zyskaniu rozgłosu na TikToku. Czy miało to jakiś wpływ na wasz proces twórczy? Czujecie w związku z tym większą presję?

Sądzę, że wpłynęło to na nas pozytywnie. Na pewnym etapie zdaliśmy sobie sprawę, że nowi fani lubią nasze dziwne zabiegi muzyczne. Nasza reakcja była wówczas mniej więcej taka: Wow, możemy być sobą. Nie musimy się martwić, czy się gdzieś dopasujemy czy też nie. Trafił nam się najlepszy możliwy scenariusz. Jeśli czegokolwiek się obawiamy, to obawiamy się bycia słabymi w tym, co robimy. Zastanawiamy się niekiedy – co jeśli nasz ostatni dobry kawałek jest faktycznie tym ostatnim dobrym? Chyba wszyscy ludzie tak mają. 

Ten strach i presja nie są tak bezpośrednio związane z oczekiwaniami fanów czy z pieniędzmi. Jest to przede wszystkim obawa przed wypaleniem się naszej kreatywności. Wtedy jedynym sposobem na sprawdzenie, czy się nie wypaliłeś, jest po prostu tworzenie dalej i przyglądanie się efektom pracy. Uważam, że artyści nie powinni musieć się przejmować tym, czy ich najnowszy album jest fenomenalny czy też okropny. Powiedziałbym, że każdy album jest świetny, bo jest znakomitym odzwierciedleniem miejsca, w którym się było podczas jego tworzenia. Każda płyta jest jak wpis do dziennika. Nie jest on przecież zły ani dobry. Po prostu jest.

Patrycja: Sporo podróżujecie i dużo się wokół was dzieje. Jeśli dobrze zrozumiałam, to Explode z ostatniego albumu opowiada o waszej potrzebie nieustannego doświadczania czegoś znaczącego. Ta wewnętrzna presja ma przybierać takie rozmiary, że staje się na pewnym etapie przytłaczająca. Jak sobie z tym radzicie? Jak sobie radzisz z lękiem przed tym, że coś cię ominie?

Gdy myślę o życiu, to zawsze dochodzę do wniosku, że nigdy nie będzie takie, jak je sobie wyobrażasz. Podobnie jest z podróżowaniem. Możesz długo sobie wyobrażać, jak będzie wyglądało dane miejsce. Potem jednak przybywasz do niego i okazuje się, że rozmija się z twoimi wyobrażeniami na jego temat. Tak samo jest z życiem. Każdy z nas nieustannie prowadzi w swojej głowie taki spór między fikcją a rzeczywistością. Gdy podróżujesz, to nagle rzeczywistość i twoje wyobrażenia na temat wyjazdu zderzają się ze sobą. Jestem świadom, że gdy będę już bliski śmierci, spojrzę w tył na to wszystko, co zrobiłem i może pomyślę: Uh! mogło być lepiej.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze kwestia odpuszczania niektórych rzeczy. Każdy musi się tego na pewnym etapie nauczyć. Czasami życie rozczarowuje – i to bardzo często. Tak to zwyczajnie wygląda, więc trzeba się z tym pogodzić.

Monika: Teraz pytanie z serii tych lżejszych: gdybyś miał okazję stworzyć swój festiwal marzeń, to kogo byś na nim widział?

Na pewno zaprosiłbym na taki festiwal Pixies, The Beatles, Led Zeppelin i… Igora Strawińskiego. Chciałbym zobaczyć na żywo jego Święto wiosny – wraz z sekcją baletową.

Patrycja: O! To brzmi ciekawie.

Dlaczego nie! To był naprawdę świetny kompozytor. 

Monika: Czy są może też jacyś kanadyjscy artyści, których chętnie byś zobaczył na takim festiwalu?

Hmm, z chęcią zobaczyłbym Neila Younga. Tylko mówimy o tym Neilu Youngu, który jest faktycznie young, a nie o tym starym.

Monika: Sama bym poszła na taki koncert. 

Patrycja: A co byś powiedział na przykład na Björk?

Och, tak! Na pewno! Często jesteśmy pytani, z kim chcielibyśmy kiedyś współpracować i zawsze odpowiadamy, że z Björk. Przede wszystkim dlatego, że jest bardzo dziwna i bardzo kreatywna.

Patrycja: W jednym z wywiadów wspomniałeś o rzeczach, na których najczęściej skupiacie się w trakcie występu. Napomknąłeś żartobliwie o tym, jak przeszkadzają wam wasze fryzury, więc je poprawiacie, żeby nie wyglądały dziwnie. Jednak później zwróciłeś też uwagę na to, że na scenie pojawia się też przepływ energii”. Czy mógłbyś nam wyjaśnić, co masz przez to na myśli?

Myślę, że to się dzieje zarówno na scenie, jak i poza nią. Gdy mówię o „przepływie energii”, to mam na myśli momenty, gdy czuję się najbardziej żywy. Człowiek przekracza wtedy pewien codzienny stan świadomości – swoje ego. Rozszczepia się wówczas na „Ja” oraz to, co składa się na jego tożsamość – to, co widzą inni. Gdy jestem bardziej przy swoim „Ja”, to czuję się wtedy częścią czegoś większego. To właśnie jest ten „przepływ energii”. To przyjmowanie energii od fanów i mimowolne przekazywanie jej dalej. Powiedziałbym, że czuję się wtedy tak, jakbym stawał się gwiezdnym pyłem. To uczucie nie pojawia się zbyt często. Dlatego jest tak wyjątkowe. Na scenie doświadcza się wielu rzeczy. Cały czas obserwuje nas niesamowicie dużo osób, a przez mikrofon słychać nawet najcichszy dźwięk. Zawsze znajdzie się ktoś, kto dostrzeże twój błąd. Dlatego tak łatwo jest popaść w hiperfiksację nad takimi rzeczami jak wygląd czy włosy. Zaczynasz nadmiernie myśleć o tym, w jaki sposób się poruszasz lub jak brzmisz. Im więcej o tym myślisz, tym ciężej jest się wczuć i tym mniej czujesz to duchowe połączenie z widownią. 

Tak to zatem wygląda, zawsze trzeba się z tym trochę bujać. Jest to frustrujące. Przez jakieś 80 proc. czasu jesteś więźniem swojego mózgu. Przez 20 proc. czasu, w najlepszym wypadku, przeżywasz na scenie coś transcendentalnego… coś magicznego. Chciałbym, żeby te proporcje były odwrotne. Chciałbym, żeby to było 20 do 80 proc. magicznych chwil. Chociaż może dzięki temu jest to tak unikalne doświadczenie, bo jest tak rzadkie.

Monika: Co decyduje o tym, że jeden koncert jest dla ciebie lepszy od drugiego? Na czym polega ta różnica między przeciętnym koncertem a takim, który jest według was porywający?

Staramy się, żeby nikt nie był w stanie wychwycić tej różnicy. Na scenie odgrywasz rolę, tak jak aktor. Musisz we wprawny sposób odgrywać entuzjazm. Nie możesz przecież dać złego występu. Jako muzyk muszę zawsze wykonać pierwszy ruch i postarać się o pożądany koncertowy klimat. Różnica między dobrym a przeciętnym koncertem tkwi właśnie w energii jaka bije od nas, a którą dostrzegają fani. Oczywiście widz nie powie: Och, dzisiaj zrobili lepsze show, bo dało się zauważyć, że są tu z nami, a nie siedzą w swojej głowie. Ludzie to po prostu czują i my również. Ta relacja artysta–widz jest ze sobą mocno sprzężona. Jak na dłoni widać, że cała sala tętni życiem. 

Monika: Tak, to ma dużo sensu. Myślę, że to też zależy od widowni.

Oczywiście! Wszyscy w tym siedzimy. Współtworzymy to wydarzenie. Jako zespół bylibyśmy głupcami, gdybyśmy sądzili, że ot tak wchodzimy sobie na scenę i nagle mamy całkowitą władzę nad energią panującą na widowni. Teraz na przykład, podczas wywiadu, jesteśmy we troje – i każde z nas ma wpływ na energię, jaka panuje w tym pomieszczeniu. Każde z nas ma taki sam wpływ na nastrój, jaki tu mamy. To jest naprawdę ekscytujące w interakcjach między ludźmi. Za każdym razem te interakcje będą inne. Zawsze jesteśmy zdani na łaskę chemii ludzi, z którymi mamy do czynienia.

Monika: Nasze stowarzyszenie zostało założone w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie – w szkole biznesowej. Stąd też nasze pytanie do ciebie – z punktu widzenia artysty: jakie cechy powinien posiadać manager zespołu lub tour manager? Czy masz jakieś wskazówki dla osób, które chcą wejść do tego przemysłu?

O kurcze, nie znam się na biznesie. Jednak myślę, że w tym przemyśle najbardziej ceni się szczerość. To najlepsza cecha, gdy się z kimś pracuje. Do tego dodałbym jeszcze podzielanie tych samych celów, co zespół. Ostatecznie to też się przekłada na to, jak wygląda nasz proces twórczy. Gdy w pewnym momencie ktoś zaczyna to wszystko sprowadzać jedynie do pieniędzy czy sukcesu, to robi coś przeciwko nam. Najbardziej zależy nam na tym, żeby motywacje oraz wizja managera pokrywały się z naszymi. 

Patrycja: W ostatnich latach użycie AI w sztuce stało się bardzo powszechne. Jesteśmy ciekawe, gdzie stawiacie granicę, gdy mowa o wykorzystywaniu AI w przemyśle muzycznym oraz sztukach wizualnych?
Nie jestem tak zorientowany w temacie AI, ani nie jestem z nim też tak zżyty. Nie korzystałem z niego zbytnio podczas tworzenia muzyki. Jednak sądzę, że bez względu na to, do czego się je wykorzystuje, to powinno być dla ludzi jedynie narzędziem. Powinno jedynie służyć do uatrakcyjniania i wspierania wizji artysty. Jestem podekscytowany na samą myśl, jak sztuczna inteligencja będzie ewoluować w przemyśle muzycznym. Interesuje mnie to, bo w trakcie produkcji muzyki zajmujemy się często rzeczami, które nie wymagają od nas aż tyle kreatywności. Mam na myśli zadania, które są czysto logistyczne i pracochłonne, jak na przykład postprodukcja sekcji perkusyjnej. Prosisz AI: Popraw mi te bębny – i oszczędzasz czas na coś kreatywniejszego. W skrócie, niech AI pozostanie jedynie narzędziem. Nie powinno zastępować twórczej natury człowieka. Chciałbym, żeby stanowiło dla niej tylko wsparcie.

Monika: Zbliża się 20. rocznica działalności Mother Mother. Czy macie w związku z tym jakieś plany? Jak się czujecie z tym, że jesteście już tak długo na scenie? 

W ogóle nie czuję, że minęło już 20 lat. To jak czas pędzi… to na pewno uczy pokory. Jesteśmy też dumni, że tak długo utrzymujemy się na scenie. Przede wszystkim dlatego, że w ostatnich latach spotkało nas dużo pięknych rzeczy. Gdybyśmy w którymś momencie zrezygnowali z grania, to nie byłoby zupełnie o nich mowy. Jeśli chodzi o rocznicę, to mamy na nią luźne plany. Musimy jeszcze przemyśleć, jaki byłby najlepszy sposób na celebrację naszego dwudziestolecia. Obiecujemy, że na pewno coś przygotujemy. Jest jeszcze za wcześnie na powiedzenie, co to będzie, ale mamy w planach coś ekscytującego. 

Monika: Planujecie może jakąś współpracę z byłymi członkami zespołu?

Jeśli będą chcieli z nami rozmawia! [ŚMIECH] Tak się tylko droczę. Przyrzekam, to był tylko żart! A tak już na poważnie, to jest zbyt wcześnie, żeby coś takiego deklarować. Zobaczymy.

Patrycja: Czy są obecnie jakieś nowe twarze w muzyce, które cię inspirują? Albo jacyś żyjący, starsi muzycy, o których do tej pory nie wspomniałeś?

Przychodzi mi teraz na myśl dwójka muzyków: Patti Smith oraz Nick Cave. Bardzo szanuję sposób, w jaki doświadczają życia. Ani na moment nie wychodzą z roli artysty. Oboje tworzą piękną muzykę. Oprócz tego są też obyci z rzeźbą, fotografią, książką czy poezją. Chwytają się wielu rzeczy, tak jakby tworzyli swoje własne mikrokosmosy. Gdy zgłębiam ich świat, czuję się trochę tak, jakbym zbliżał się do esencji tej dwójki. Ich nieskażony artyzm jest po prostu inspirujący. Chciałbym kiedyś stać się taki jak oni, żeby nie wszystko kręciło się w moim życiu wokół muzyki. Gdy jest się takim twórcą, to właśnie ten artystyczny etos wyznacza twój rytm życia, a nie na odwrót. Traktujesz każdy dzień tak, jakby był on twoim płótnem.

Monika: Czuć w tobie ten artystyczny sznyt. Uwielbiam twój solowy album i twoje zdjęcia – są naprawdę świetne. Skorzystam z okazji i zapytam: czy masz może w planach tour z solowym albumem GLDMTH (czyt. goldmouth)?
Dziękuję, to bardzo miłe. Nie mogę się doczekać momentu, w którym będę miał więcej czasu, żeby skupić się na własnym projekcie. Jestem póki co pochłonięty działalnością w ramach Mother Mother, czasami nachodzi mnie aż taka myśl: Jezu, chyba dopiero na starość przyjdzie mi zrobić tę trasę z solowym projektem. Może wtedy GLDMTH zabrzmi najlepiej, gdy będę starym dziadem. Może będzie tak samo jak w przypadku Nicka Cave’a – nie żebym się do niego porównywał, ale jest już stary, a jego kariera wciąż kwitnie. W tej wizji jest coś naprawdę pociągającego. Zatem: nie śpieszy mi się, a jednocześnie nie mogę się doczekać. Myślę o tym każdego dnia, ale muszę być cierpliwy. Jak na razie mam przed sobą jeszcze podróż z Mother Mother, która wciąż się rozwija i muszę mieć to na względzie.