,

Festiwalowy „city break” na drugim końcu Europy

Wybraliśmy się do Lizbony, by napisać o festiwalu muzycznym MEO Kalorama. Sprawdźcie, co można zobaczyć na drugim końcu Europy.

Tekst: Marek Kawka, Alex Makowski

Turystyka festiwalowa zyskuje na popularności wśród polskich miłośników muzyki na żywo. W bardziej sąsiedzkim wydaniu może być alternatywą dla polskich festiwali – w końcu Ostrawa leży całkiem blisko granicy. W tym dalszym jest okazją na wakacje w najpiękniejszych miejscach Europy – city break w Budapeszcie, Barcelonie czy Porto. Półwysep Iberyjski oferuje jednak muzyczne wrażenia nie tylko wiosną – gdy nad Polską zaczyna już wisieć widmo jesiennej szarugi, w Lizbonie i Madrycie równolegle odbywa się MEO Kalorama, reklamowana jako „ostatni duży festiwal lata w Europie”. 

Być może poprzednie zdanie zastanowiło was przez chwilę – jak festiwal może odbywać się w dwóch miastach równocześnie? Kalorama, na wzór brytyjskich  bliźniaczych festiwali w Leeds i Reading, opanowała sztukę bilokacji, przesyłając artystów między miastami w całodziennych blokach. Lizboński czwartek odpowiada więc z grubsza madryckiej sobocie, piątek – czwartkowi, a sobota – piątkowi.

Zacznijmy od kwestii geograficznych. Kalorama ulokowała się w parku Bela Vista, całkiem niedaleko centrum Lizbony, który to dystans dodatkowo skraca pobliska stacja metra. Umiejscowienia mógłby pozazdrościć tej imprezie chyba każdy z polskich festiwali – oprócz dogodnego dojazdu, Kaloramie sprzyja ukształtowanie terenu. Główna scena MEO umieszczona jest w krótkiej, szerokiej dolince, tworzącej rodzaj naturalnego amfiteatru o niezbyt stromych zboczach i wydłużonej “płycie”. Pozostałe sceny znajdują się wyżej – z okolic najmniejszej sceny Lisboa roztacza się piękny widok na miasto (choć w cichszych momentach nieco słychać z niej średnią scenę San Miguel). Z kolei DJ-ska scena Panorama znajduje się na zadrzewionym obszarze, nadającym jej charakteru leśnego rave’u. 

czwartek, 29 sierpnia

Czwartek w stolicy Portugalii zaczęliśmy od koncertu Felipe Catto. Brazylijska wokalistka w zwiewnej sukni zaproponowała słuchaczom meandrujący, słoneczny rock zainspirowany MPB – nurtem progresywnej muzyki gitarowej, który był w tym kraju popularny w latach 70. XX wieku. Do udanych zaliczyć można również koncert Gossip – stojąca na czele zespołu Beth Ditto miała świetny kontakt z publicznością, chociaż wyraźnie doskwierało jej portugalskie słońce. To od niej dowiedzieliśmy się o odwołaniu koncertu Fever Ray. Na otarcie łez Ditto zaśpiewała a capella parę linijek Kandy. Można by posądzić ją o granie na jedno kopyto, nie da się jednak odmówić Beth charyzmy, którą nadganiała ewentualne niedociągnięcia.

Wyborem równie dobrym, choć mniej popularnym, była występująca na małej scenie Vagabon (na szczęście wielkość festiwalu pozwala na skakanie między scenami). Niska frekwencja pozwoliła nam posłuchać z bliska delikatnego, subtelnie tanecznego popu, wzbogaconego obecnością żywego saksofonisty.

Świetnie zaprezentował się pierwszy z headlinerów tego wieczora – Massive Attack. Zespół występował w towarzystwie oszałamiających, paranoicznych wizualiów autorstwa dokumentalisty Adama Curtisa. Dużym urozmaiceniem byli goście towarzyszący zespołowi. Na utworach z płyty Mezzanine pojawiały się takie osoby jak Horace Andy czy Elizabeth Fraser – legendarna wokalistka Cocteau Twins. Oprócz tego na kilka utworów na scenę wkroczyli Young Fathers, którzy ostatnio chętnie współpracują z bristolskimi triphopowcami.

Brytyjską passę kontynuował również Loyle Carner, proponujący pełny humoru i wrażliwości rap, podparty żywym zespołem grającym w stylu londyńskiego nu-jazzu. Prawdziwie gwiazdorski show dałx za to Sam Smith – z wielokrotnymi zmianami ubioru, rozbudowaną choreografią i olbrzymim rekwizytem rzuconym w poprzek sceny, przypominającym nieco przerażającą maskotkę.

piątek, 30 sierpnia

Piątek prezentował się najciekawiej, szczególnie dla tych, którzy swoje serce zostawili w latach zerowych. Niestety, otwierający sekcję millenialną koncert The Kills był pewnym rozczarowaniem – duet na scenie pozostał tylko duetem, a brak jakiegokolwiek instrumentu poza gitarą elektryczną wprowadzał monotonię, nudę i okazjonalne skojarzenia z marketingiem branży motoryzacyjnej. 

Występujący niemal w tym samym czasie brytyjski kwartet English Teacher zagrał z taką samą werwą i przekonaniem jak na katowickim Offie (było super), zamykając seta uroczym coverem New York I Love You But You’re Bringing Me Down. Ten udany, brytyjsko zaakcentowany homage tętnił fanowską energią i trudno byłoby nie uwierzyć wokalistce Lily Fontaine, kiedy mówiła o tym, jakim wspaniałym doświadczeniem był dla niej koncert LCD Soundsystem, zobaczony dzień wcześniej na madryckiej wersji festiwalu. Z dziennikarskiego obowiązku odnotowujemy nijaki set Zara-funkowego Jungle, który cieszył się jednak zainteresowaniem bardzo licznej publiki. 

Diametralnie inną jakość reprezentował za to jeden z ciekawszych bookingów tego festiwalu – podwójny slot Death Cab for Cutie oraz The Postal Service. Dwa zespoły Bena Gibbarda w częściowo przecinających się składach wspaniale odegrały jeden po drugim materiał ze swoich przeszło dwudziestoletnich płyt – Transatlanticism i Give Up. Pierwsi – w czerni i z gitarowym hałasem, drudzy – cali na biało, przy gliczach i brzękach syntezatora. Świetny kontakt z publicznością, jaki utrzymywał pocieszny Gibbard, był tylko wstępem do performance’u poruszającego ciało i emocje.

Headlinerski show LCD Soundsystem nastąpił bezpośrednio potem, co z pewnością popsuło szyki części fanów. Mimo to liczebność publiki szokowała – Portugalczycy widocznie gustują w taneczno-punkowym elektronicznym kombinacie pod batutą Jamesa Murphy’ego. Zespół grał w tym kraju już po raz trzynasty (!). Koncert LCD był doświadczeniem niemal transcendentalnym – na scenie przypominającej skrzyżowanie fabryki i zagraconej salki prób trwała półtoragodzinna impreza, której uczestnicy mechanicznie wykonywali repetytywne partie na swoich instrumentach, a nad wszystkim przechadzał się znudzony gospodarz Murphy. Piątek był więc pełen wrażeń. W tym wszystkim ominęły nas dwa potencjalnie fajne koncerty – pokrywający się z Postal Service występ Nation of Language oraz grający w drugiej połowie seta LCD jazzmani z Ezra Collective.

sobota, 31 sierpnia

Sobotni wieczór zaczęliśmy z Moonchild Sanelly. Obecna również na tegorocznym Offie południowoafrykańska wokalistka i tancerka dała gorący występ wraz z towarzyszącym jej DJem i voguerem. Portugalska publiczność okazała się przy tym bardziej nieśmiała niż polska – nikt nie odpowiedział na zaproszenie Moonchild do wspólnego twerkowania na scenie, a impreza rozkręciła się dopiero, gdy to artystka zeszła ze sceny by rozgrzać fanów i fanki (być może nie sprzyjała wczesna pora koncertu). Fascynującym spotkaniem z portugalską kulturą był występ Any Moury, grającej współczesną wersję nostalgicznego fado, wzbogaconą o elektroniczne instrumentarium. 

Czarnym koniem sobotniego wieczoru okazali się Belgowie z zespołu dEUS, którzy zagrali przegląd udanych rockowych kawałków z dokładnie trzydziestoletniej kariery. W tym samym czasie na mniejszej scenie argentyński skład Bandalos Chinos zatapiał słuchaczy w łagodnych dźwiękach pościelowego yacht-rocka.

Po headlinerskim secie zwyciężczyni Mercury Prize Raye nastąpił kolejny slot z dwoma niezłymi propozycjami. Koncert Overmono pokrywał się bowiem z występem brexitcore’owców Yard Act. Ci pierwsi zaprezentowali dobry live act, podczas którego grali swoje największe utwory z płynnością kojarzącą się ze sprawnym technicznie DJ setem. Można (czy wręcz trzeba) przyczepić się do tego, że niektóre utwory były “utechniawiane”, co zmniejszało zniuansowanie całości występu. Nadal jednak była to dobra propozycja dla osób, które chciały doświadczyć na Kaloramie czegoś bardziej elektronicznego w natłoku gitarowych opcji.

Drugi headliner wieczoru, nigeryjski piosenkarz Burna Boy, przyciągnął liczną publiczność, składającej się w dużej części z przedstawicieli afrykańskiej diaspory, której proponuje afrofuturystyczne i panafrykańskie idee ubrane w gładki, zmysłowy pop. Rozczarowaniem mógł być koncert Yves Tumor – twórcx jednego z najlepszych albumów początku dekady wyraźnie nie byłx w formie. Podobnie bolesne było odwołanie koncertu wieńczącego festiwal – zespołu Soulwax, któremu ulewny deszcz uszkodził dzień wcześniej w Madrycie sprzęt. “Ostatni festiwal lata”, a wraz z nim cały sezon, zamknął zatem całkiem udany DJ set lokalnych twórców – DJa Glue b2b Shaka Lion. 

uśmiechnięty festiwal

Pozostaje tylko słówko o kwestiach organizacyjnych. Jedyną metodą płatności na festiwalu były opaski zaopatrzone w kody QR, które można było doładowywać telefonem – zeskanowanie tegoż kodu odsyłało do strony z różnymi opcjami płatności (m.in. Apple Pay). Choć początkowo byliśmy tym nieco zaskoczeni, okazało się to całkiem wygodnym rozwiązaniem, zmniejszającym (i tak niewielkie) kolejki do punktów z jedzeniem i piwem. Pozostała na opaskach kwota szybko wróciła na nasze konta – ciekawe tylko, czy z behawioralnego punktu widzenia taka metoda (i związane z nią poczucie, że “już wydaliśmy” te pieniądze) wpływa na wyższe przychody festiwalowej gastronomii. Nieco dystopijnie poczuliśmy się odkrywając, że opaska przypisuje nasz bilet do każdego zakupu – a więc nie możemy np. oddać kubka od piwa, którego nie zakupiliśmy przy jej użyciu. Przyszłość już tu jest…

Sprawnie szły dojazdy i powroty – oprócz bliskości metra, organizator zapewnił autokary rozwożące festiwalowiczów po mieście. Zapewne ze względu na centralne położenie festiwalu i bliskość innych środków komunikacji nie były one zbyt popularne – czekaliśmy raczej na zapełnienie busa, niż wejście do niego. Co za odmiana po koszmarach Open’era!

MEO Kalorama proponuje przyjemne doświadczenie średnio-dużego festiwalu, na które składa się niezły (choć nierówny) lineup i przemyślana organizacja. Na polskim poletku można by go porównać do festiwalu Orange Warsaw, i z tego porównania portugalska impreza wyszłaby zdecydowanie zwycięsko. Festiwalowy weekend albo dłuższy pobyt w Lizbonie (kilkukrotnie nazywanej ze sceny przez różnych wykonawców „najpiękniejszym miastem świata”, w czym nie ma dużo przesady) wydaje się zatem świetnym pomysłem na zamknięcie lata. Nic dziwnego, że w tłumie festiwalowiczów można było usłyszeć nie tylko piękne szeleszczące dźwięki portugalskiej mowy, ale i licznych Brytyjczyków, stanowiących być może najgorszy element festiwalu.