Tekst: Jakub Zych, Grafika: Kate Kovalenko
Eurowizja 2024 w Malmö już za nami. Czy święto muzyki jest w stanie przetrwać wśród politycznych kontrowersji? Zapraszamy na relację z wydarzenia.

Następcy Celine Dion
Każdego maja tylko trzy rzeczy są pewne: matury, majówka i Eurowizja. Tak jak co roku, poznaliśmy kolejnego zwycięzcę największego wydarzenia muzycznego w Europie. Ten zaszczytny tytuł uzyskali Nemo, czyli osoba reprezentująca Szwajcarię, która wyśpiewała swoją drogę do zwycięstwa niezwykle dynamicznym i emocjonalnym utworem o własnej ścieżce do samoakceptacji i celebrowania swojej niebinarności.
Dołączyli oni tym samym do zaszczytnego grona szwajcarskich zwycięzców takich jak: Lys Assia, która wygrała pierwszą edycję konkursu oraz Celine Dion, której zwycięstwo w 1988 r. spowodowało eksplozję jej światowej kariery.
Nemo zdołali porwać publikę i jury nie tylko swoją nieskazitelną, wręcz operową wokalizą, ale przede wszystkim różnorodnością przeplatających się gatunków i charyzmą. Podczas trzech minut występu mogliśmy usłyszeć elementy popu, drum and bassu, rapu i opery, które jednak harmonijnie łączyły się, przekazując kompletną opowieść. Eurowizyjny występ to jednak nie tylko piosenka, ale też prezentacja sceniczna, podczas której Nemo przeszli samych siebie. Wykonywali oni rozmaite akrobacje na kręcącej się platformie, odpowiednio modulując tempem w zależności od przekazywanych emocji, co miało być nawiązaniem do niepewności i strachu, jakie mogą towarzyszyć w drodze samopoznania. Ten występ z pewnością przejdzie do historii tym bardziej, że Nemo zostali pierwszą niebinarną osobą zwycięską konkursu.
Gdy różnorodność spotyka mainstream
Szczególnie tegoroczna edycja pokazała nam, że europejski konkurs piosenki nie jest już niszowym czy kiczowatym wydarzeniem, za który niektórzy uważali go jeszczę dekadę temu. 68. odsłona festiwalu pozwoliła nam zapoznać się z pokaźną grupą różnorodnych i utalentowanych artystów, których utwory trafiły na listy najczęściej odtwarzanych piosenek w całej Europie. Konkurs ogromnie ewoluował na przestrzeni ostatnich kilku lat, dzięki artystom takim jak Måneskin, Loreen czy Käärijä, którzy dali przykład na to, jak użyć momentum wydarzenia na ścieżce ku światowej karierze. Śledząc konkurs od wielu lat, mogę z pewnością przyznać, że była to jedna z najmocniejszych muzycznie edycji.
Zacznijmy więc od jednego z najbardziej viralowych utworów tego roku, który był najbliżej do powstrzymania Nemo od wygranej. Oczywiście mowa o Rim tim tagi dim chorwackiego artysty Marko Purišića, występującego pod pseudonimem Baby Lasagna. W przeciwieństwie do introspekcji i magii, jakie przyniosła na scenę osoba zwycięska, Marko podbił serca publiki Malmö swoją charyzmą, energią i rockową autentycznością, tym samym wygrywając ostateczne głosowanie widzów. Mimo że piosenka Baby Lasagni może wydawać się na pierwszy rzut oka po prostu bardzo dobrym połączeniem rocka i popu w niezwyczajnej estetyce, to tak naprawdę opowiada on o bardzo ważnym dla Chorwatów temacie. Mowa o drenażu mózgów w ojczyźnie wykonawcy, z którym może utożsamić się mnóstwo młodych ludzi opuszczających swoje rodzinne strony w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Marko, jako jedyny z tegorocznych uczestników, sam w pełni skomponował swój utwór, co łatwo spostrzec w samej melodii. W refrenie można zauważyć bowiem wiele nawiązań do twórczości Rammsteinu, którzy są największą inspiracją muzyczną Marko. Ponadto tytułowe Rim tim tagi dim to przeniesienie rytmu z tradycyjnych chorwackich tańców biesiadnych w unowocześnionej rockowej aranżacji.
Co ciekawe, Baby Lasagna początkowo nie miał brać udziału w narodowych preselekcjach, do których dołączył tak naprawdę przez przypadek, gdyż jedno z większych nazwisk zrezygnowało w ostatniej chwili. W ten sposób Marko, jako pierwszy z listy rezerwowej preselekcji, trafił na drugie miejsce największego konkursu w Europie i zyskał w swojej ojczyźnie renomę artysty, który wyprzedaje trasy w zawrotnym tempie. W podobnym czasie zniknęły również wszystkie miejsca na dwa, ostatnio zapowiedziane, koncerty w Polsce.
Podczas gdy Chorwacja postawiła na zupełnego nowicjusza, Ukraina poszła w całkowicie przeciwną stronę i wysłała duet jednych z największych na lokalnym rynku wykonawczyń.
Jerry Heil zaśpiewała w akompaniamencie rapu Alyony Alyony wzruszający i podbudowujący utwór o jedności i sile kobiet, który ma jeszcze mocniejszy wydźwięk w kontekście wojny panującej w ojczyźnie artystek. Utwór Teresa & Maria porusza również temat bliskości świętości z naszą ludzką naturą i podkreśla, że każdy z nas nosi w sobie boski pierwiastek. Sam tekst nie przeszedł jednak bez kontrowersji ze względu na wspomnienie o kontrowersyjnej Matce Teresie. Mimo tego duet zakończył na znakomitej trzeciej lokacie.
Podobny sukces osiągnęli Francuzi, wysyłając Slimane – również jednego ze swoich większych artystów. Nawet Irlandii udało się odbić od pasma tragicznych wyników, wysyłając wspaniałych Bambie Thug, którzy przenieśli widownię w teatralną scenę rodem z horroru. Połączyli oni tak wiele gatunków, że sami musieli nadać im nową nazwę – ouija-pop.
Ta różnorodność muzyczna zdaje się być głównym punktem odniesienia tegorocznej edycji. Oprócz wcześniej wymienionych stylów, mogliśmy również usłyszeć transpop z Litwy, folk z Norwegii, Armenii i Estonii, gabber z Holandii, śródziemnomorskie rytmy Włoch, czy też industrialne dźwięki ulicy z Grecji.
Na tle tylu ekspresyjnych występów wyróżniają się jednak również te spokojniejsze, w tym mój absolutny faworyt tegorocznej odsłony – mianowicie reprezentantka Serbii Teya Dora z piosenką Ramonda. Artystka pokazała się już całej Europie w ubiegłym roku, kiedy jej utwór Džanum stał się viralem z ponad setką milionów odsłuchań. Piosenka Ramonda również jest balladą, jednak w najbardziej autentycznym znaczeniu tego słowa. Niezwykła intymność i interpretacja utworu uderzają prosto w serce. Teya śpiewa o ramondzie serbice, czyli o gatunku kwiatu rosnącym jedynie w Serbii. Po pierwszej wojnie światowej stał się on narodowym symbolem nadziei i odrodzenia, gdyż nawet kropla wody pozwala mu na powrót do życia. Występ na scenie idealnie pomógł uchwycić atmosferę piosenki za pomocą świateł i dymu, a efekt był jeden – ciarki.
Nie mogę jednak skończyć pisać o tegorocznych uczestnikach nie wspominając wcześniej o reprezentantce Polski – Lunie. Choć nasz kraj nie awansował w tym roku do finału, to Luna reprezentowała nas bardzo dobrze. Występ jako jeden z nielicznych w tym roku był osadzony w bajkowej stylistyce, a także urozmaicony motywami szachów. Co ciekawe, za nasz tegoroczny występ odpowiadał brytyjski reżyser, którego poprzednie dzieło zapewniło Wielkiej Brytanii okrągłe zero punktów na Eurowizji 3 lata temu. Fani żartują, że na polepszenie wyniku wpłynęło zmienienie scenografii z dwóch lewitujących trąbek na dwie ogromne wieże, które jednak wpasowały się dużo lepiej w ogólną stylistykę popowej piosenki. Piosenki, która niestety była najsłabszym elementem całego występu. The tower brakowało zwyczajnie wyjątkowości i pomysłu na siebie. Utwór, mimo że bardzo przystępny i chwytliwy nie miał szans konkurować z unikatowymi i perfekcyjnie przedstawionymi propozycjami Chorwacji lub Ukrainy. W realiach eurowizyjnych radiówki pokroju piosenki Luny mają bardzo małe szanse na awans o ile nie staną się viralem przed samym konkursem. Dlatego tym bardziej szkoda, że artystka nie postawiła na utwór bardziej autentyczny dla jej wcześniejszej twórczości – mistyczny i alternatywny. Mimo to z pewnością nie jest to ostatnie słowo Luny na polskiej scenie muzycznej, a niższy wynik niż oczekiwany nie zniechęci jej do tworzenia nowego materiału.
Statuetkę da się naprawić, może eurowizja też tego potrzebuje?
Właśnie te słowa wypowiedzieli zwycięzcy Eurowizji po wygranej i niefortunnym złamaniu trofeum. Nie da się ukryć, że pomimo świetnego poziomu muzycznego i artystycznego tegorocznej Eurowizji, konkurs został w dużej mierze przyćmiony przez wydarzenia polityczne, a w szczególności konflikt między Izraelem a Palestyną.
Często powtarza się, że to wydarzenie nie powinno mieć wydźwięku politycznego, jednak jest to fizycznie niemożliwe. Muzyka nie znajduje się bowiem w próżni, lecz jest postrzegana przez perspektywę różnych kontekstów, w tym również politycznych. Jednak jednym jest odbieranie muzyki w pewnym kontekście, a czym innym celowe umieszczanie politycznych treści podczas występu na międzynarodowej arenie. Tego drugiego dokonała właśnie izraelska stacja telewizyjna KAN. Sama informacja o uczestnictwie państwa w konkursie wzmożyła duże kontrowersje, a ich liczba rosła z każdym dniem pozostającym do wydarzenia. Utwory zgłoszone przez KAN początkowo zostały odrzucone aż trzy razy ze względu na upolityczniony tekst. Dopiero po interwencji prezydenta Izraela telewizja zgodziła się zmienić warstwę liryczną. I tak zamiast oryginalnego October rain, na Eurowizję pojechał utwór Hurricane, który jednak wciąż miał taki sam wydźwięk. Dla porównania, gdy podobna sytuacja miała miejsce w 2021 r., Białoruś otrzymała tylko jedną szansę na zmianę upolitycznionego utworu, a przy drugim podejściu została zdyskwalifikowana.
W samym tygodniu eurowizyjnym Malmö stało się miejscem wielu, liczących kilka tysięcy osób, protestów pro-palestyńskich, na których pojawiła się również szwedzka aktywistka Greta Thunberg. W całym mieście można było słyszeć palestyńskich buskerów oraz okrzyki Genocide Song Contest, a zarówno w Malmö, jak i Kopenhadze, na każdym rogu widniały flagi Palestyny oraz odpowiadające ich barwom symboliczne arbuzy. Będąc na miejscu, ciężko było mi w pełni cieszyć się wydarzeniem, które było otoczone aurą niebezpieczeństwa, pomimo wszechobecnej policji i służb specjalnych. Napięcia w mieście były bardzo nasilone, kilkukrotnie doszło również do zatrzymania połączenia kolejowego między Szwecją a Danią ze względu na protesty na moście Øresund. Wraz z setkami osób utknęliśmy wtedy na kilka godzin na stacji lotniska w Kopenhadze.
Starcia były zauważalne również wewnątrz areny. W szczególności ze względu na działania delegacji i prasy izraelskiej, które prowokowały innych artystów i nagrywały ich bez zezwolenia, a następnie umieszczały z obraźliwymi lub prześmiewczymi komentarzami w mediach społecznościowych. Celami tych ataków byli w szczególności uczestnicy o pro-palestyńskich poglądach, w tym reprezentanci Szwajcarii, Grecji, Irlandii, Holandii oraz Portugalii.
Po konkursie delegacje donosiły również o stosowaniu podwójnych standardów. Wszyscy piosenkarze byli dokładnie przeszukiwani, aby uniknąć jakiegokolwiek manifestu politycznego na scenie, pod groźbą dyskwalifikacji. Bambie z Irlandii musieli przykładowo zmyć z twarzy celtyckie napisy oznaczające “zawieszenie broni” i “uwolnić Palestynę”, a Nemo nie dostali zgody na wniesienie flagi osób niebinarnych, którą musieli przemycić na scenę. Izraelska delegacja i prasa z drugiej strony zdawały się być bezkarne. Choć po wielu spotkaniach kryzysowych przyznano reprezentantom rację, że telewizja KAN łamie zasady, to nie poniosła ona żadnych konsekwencji. Podczas samego występu reprezentantki Izraela w arenie było słyszalne ogromne buczenie, jednak widzowie przed telewizorami nie usłyszeli go, gdyż zostało zastąpione w przekazie sztucznymi wiwatami. Dodatkowo flagi Palestyny na widowni były natychmiast wyrywane, a okrzyki Free Palestine wiązały się z prośbą o opuszczenie areny. Nawet ostateczne próby festiwalu były wielokrotnie przerywane z powodu “incydentów”, a dyrektor zarządczy był wielokrotnie przekrzyczny przez niezadowoloną publiczność. Ilość absurdalnych i hipokrytycznych sytuacji spowodowała, że wiele krajów rozważało rezygnację z udziału w konkursie nawet do pół godziny przed finałem. Czarę goryczy przelała dyskwalifikacja Joosta Kleina – reprezentanta Holandii. Dokładny powód wciąż nie został podany. Jednak brak transparentności, okropna komunikacja i nieuzasadnione działania organizatorów konkursu sprawiły, że wielu artystów wspomina konkurs jako przytłaczający i nieprzyjemny dla nich okres.
O pozostałych kontrowersjach i wydarzeniach w Malmö można by było napisać oddzielny artykuł. Liczba błędów popełnionych przez Europejską Unię Nadawców zarówno przed, w trakcie jak i po konkursie jest absurdalna. Manipulowanie przekazem występów, zezwalanie na obraźliwe i agresywne działania izraelskich mediów oraz nadawcy, a także narażanie artystów i fanów na niebezpieczeństwo jest niedopuszczalne. Niestety zdaje się, że sukces komercyjny stał się dla organizatorów ważniejszy niż podtrzymanie ducha jedności i różnorodności wydarzenia. Warto bowiem podkreślić, że jednym z największych sponsorów wydarzenia jest izraelska marka Morrocanoil.
W tym momencie udział delegacji KAN nie jest już jedynie wątpliwy ze względów politycznych ale również dziesiątek zasad konkurs, które zostały przez nią złamane. Wiele delegacji domaga się wyjaśnień i rozważa bojkot przyszłorocznej edycji w przypadku braku zmian.
Słowa Nemo o potrzebie naprawy konkursu są niezwykle istotne. Pierwsza Eurowizja odbyła się bowiem w Szwajcarii w 1956 roku aby zjednoczyć Europę zniszczoną wojną. Może przyszłoroczny powrót do korzeni konkursu przyniesie nam pewne odrodzenie formatu i zasadnicze zmiany w samej Europejskiej Unii Nadawców. Jest to jedyne wyjście aby w 2025 roku Europa była zjednoczona muzyką, a nie podzielona na tle wydarzeń politycznych.

