Tekst: Kacper Rzeńca
Apetyt na nowy materiał Ariany Grande został rozbudzony 12 stycznia wraz z premierą singla yes, and?. Pięć dni później potwierdziło się, że nie był to osobny singiel, a zapowiedź siódmego w jej karierze albumu o tytule eternal sunshine. Fani zdążyli się stęsknić za artystką, która zrobiła sobie w tym czasie najdłuższą, ponad trzyletnią przerwę od pełnowymiarowych wydawnictw, ograniczając się w tym czasie do pojedynczych singli lub kolaboracji z innymi wokalistami.
Oczekiwanie nie dotyczyło jedynie wielbicieli Amerykanki, zapowiedź nowej płyty odbiła się echem w szeroko rozumianym światku muzycznym – Ariana na przestrzeni poprzedniej dekady zdobyła status jednej z najciekawszych muzycznie megagwiazd popu, o nieosiągalnej dla innych wokalistek skali głosu. Jednocześnie nie bała się brzmieniowych eksperymentów, które momentami mogły wydawać się wręcz dziwne (jak połowa bitów na sweetener), ale idealnie balansowały na granicy przebojowości. Z równym mistrzostwem potrafiła ogrywać też sprawdzone patenty. Za każdym razem lądowała na szczytach popularności.
W yes, and? znowu udało się jej zaskoczyć odbiorców. Do tej pory Ariana raczej kojarzyła się z nowoczesnym pop-r’n’b, sięgając czasami do hip-hopu i trapu, ale trzymając się nastrojowej, falującej natury tego gatunku. Tymczasem otrzymaliśmy linię melodyczną żywcem wyjętą z ballroomu, od której nóżka sama tupie, a ciało chce wyginać się i przybierać fantazyjne pozy. Towarzyszy jej jednak mało, jak na Arianę – która przyzwyczaiła nas do nieludzkich wręcz popisów w tej materii, ekspresyjny wokal. Artystka jest wycofana, jakby śpiewała przez zaciśnięte gardło. Z czasem przyjmujemy tę nową manierę, która zaskakująco dobrze się sprawdza – do tego możemy dosłyszeć fajerwerki w postaci charakterystycznych „treli”, stanowiących tło końcowej części utworu. Z drugiej strony nie można jednak powiedzieć, że Ariana wyprawiła się na nowe muzyczne poszukiwania, sięgając po estetykę wprowadzoną przebojem do świata popu przez Madonnę 34 lata temu. Wpisała się tym w trend recyklingu tanecznych brzmień lat 90., który po największej fali wzbudzonej przez Renaissance Beyoncé zdaje się tracić na impecie. yes, and? broni się w największej mierze po prostu tym, że jest świetnie wykonaną, rzetelną robotą, w czym dostrzec można rękę producenta utworu (jak i całego albumu) Maxa Martina.
Piosenka narobiła apetytu na najbardziej taneczny album w karierze Grande. Tym bardziej, że okazała się być jedynym singlem go promującym przed wydaniem. Gryzła się z tym jednak trochę narracja o tym, że eternal sunshine będzie albumem konceptualnym opowiadającym o swoistej traumie, jaką były dla wokalistki małżeństwo i rozwód z pierwszym mężem. Sugerowało to raczej, że piosenkarka wycofa się w stronę dobrze jej znanych, wolniejszych brzmień r’n’b, sprzyjających wyciszeniu i gojeniu ran. Sam tytuł płyty jest nawiązaniem do filmu Eternal Sunshine of the Spotless Mind z 2004 r. Ariana opowiadała, że tak jak w bohaterze granym przez Jima Carreya walczą w niej dwa wilki: jeden chciałby wymazać wszelkie wspomnienia o byłym, drugi tęskni za nim i pragnie uratować w pamięci to, co było w ich relacji dobre. Jednocześnie przepracowuje nowy związek, który stał się przedmiotem dużych kontrowersji w mediach plotkarskich. Odpowiedzią w ich stronę było zresztą yes, and?, w którym Grande pyta: Your business is yours and mine is mine/Why do you care so much whose **** I ride?.
Dość jednak o singlu. Czy płyta odpowiada wyżej opisanym wyobrażeniom? Nie do końca. Opisanie jej jako tanecznej byłoby nietrafione, chociaż otwierające ją (po intrze end of the world) bye, przepełnione glamourem i pewnością siebie discomoże jeszcze podtrzymywać tę hipotezę. Reszta płyty potwierdza jednak to drugie podejrzenie, o którym była mowa: Ariana przepracowuje swoje smutki (niekiedy przechodzące w kompleksy) w wycofanych balladach z nurtu neo-r’n’b, okazjonalnie ozdabianych beatami trapowymi (jak w tytułowym eternal sunshine) czy bardziej mrocznymi, dubowymi, kojarzącymi się z produkcją Timbalanda z końcówki lat 00. (true story). Oddanie Grande wobec tego gatunku jest podkreślone poprzez hołd złożony jego złotemu okresowi przełomu tysiącleci w postaci reinterpretacji klasyka The Boy Is Mine Brandy i Monici z 1998 r. Nawet bardziej electropopowy drugi singiel promujący płytę, we can’t be friends (wait for your love) raczej skłoni do bardziej energicznego poruszania głową niż wejścia na taneczny parkiet. Wokal jest podobnie stonowany, na eternal sunshine nie uświadczymy głosowych fajerwerków takich jak rejestr gwizdkowy czy melizmaty w obfitości znanej ze wcześniejszych albumów Amerykanki. Całość – szczególnie w porównaniu z jej dokonaniami z lat 2016-2019 – może przy pierwszym przesłuchaniu trochę rozczarować, trochę wlatuje jednym uchem, a wylatuje drugim. Jak na album konceptowy, oficjalny zamysł wydaje się być wcielany w życie niezbyt konsekwentnie: Ariana na przestrzeni dwóch sąsiadujących utworów potrafi przejść od załamania rozstaniem do podniecenia nowym związkiem, żeby wrócić do przeszłości w kolejnym. Trudno oddać się współczuciu, nie ułatwia tego też pozbawiona duszy, sterylna produkcja Martina oraz momentami mało udane teksty (przoduje tu eternal sunshine z wersem Hope you feel alright when you’re in her – no tak Ari, może Twojemu eks być wtedy całkiem dobrze).
Mimo tego rozczarowania i litanii żali, które towarzyszyły mi na początku, jednego nie mogłem krążkowi odmówić: słuchało się go cholernie przyjemnie, nawet jeżeli w pierwszej chwili była to przyjemność z gatunku guilty. I to uczucie błogości skłoniło mnie, żeby przesłuchać album po raz kolejny, a potem kolejny. I w końcu pogodziłem się z nim: chociaż nie wznosi się na wyżyny kreatywności jak sweetener ani nie porywa emocjonalną narracją tak jak thank u, next, to niełatwo się od niego oderwać. Z czasem można docenić elementy, które początkowo wywoływały zgrzytanie zębami. Mimo mniej efektownego stylu, Ariana kolejny raz pokazuje, że nie tylko jest obdarzona boskim wokalem, ale też potrafi nim wszechstronnie operować – stawiam piwo każdemu, kto potrafiłby uniknąć kompromitacji na karaoke przy dowolnym utworze z eternal sunshine. Martin zaś udowadnia, że po prawie 30 latach w grze dalej pozostaje mistrzem muzycznego rzemiosła – prawie każda piosenka to wyszlifowany do perfekcji banger, nawet jeżeli ciężko w nich uświadczyć inwencji twórczej, nie mówiąc już o artyzmie. I chociaż niektóre z nich faktycznie trochę przelatują przez głowę i pełnią rolę wypełniacza (jak i wished i hated you czy ordinary things), to niektóre same szumią w uszach na zapętleniu i wcale nie bez przyjemności – poza singlami wymieniłbym w tej kategorii the boy is mine i – w szczególności – imperfect for you. Ten ostatni utwór zresztą, podobnie jak supernatural, odwołuje się do najlepszych standardów tekstów Ariany, których największa siła tkwi z jednej strony w wyrażonym prostymi słowami, ale przez to umiejętnie przemawiającym do odbiorcy ładunku emocjonalnym, a z drugiej w precyzyjnej, doskonale współgrającej z jej głosem strukturze rytmicznej.
Koniec końców otrzymaliśmy bardzo porządny album, stanowiący powrót do wysokiej formy po nieco mniej przeze mnie cenionym positions sprzed trzech lat. Brakuje jednak jeszcze trochę do poziomu Dangerous Woman, sweetener i thank u, next, które to albumy w mojej opinii stanowią poziom odniesienia dla reszty wysokobudżetowego popu z poprzedniej dekady. Ariana próbuje po raz kolejny czegoś nowego, chociaż tym razem te poszukiwania są bardziej nastawione na osobistą zmianę niż eksperymenty wykraczające poza mainstream. Status megagwiazdy na początku trzeciej dekady jej życia pozostaje niezagrożony.


