Albumy na jesień złotą i szarą

Jak brzmi jesień? Redaktorzy Magla podzielili się swoimi przemyśleniami, co zaowocowało stworzeniem zbioru albumów, które towarzyszą im tej jesieni.

Albumy na jesień złotą i szarą

Jak brzmi jesień? Redaktorzy Magla podzielili się swoimi przemyśleniami, co zaowocowało stworzeniem zbioru albumów, które towarzyszą im tej jesieni.

Jesień wkroczyła w nasze życia już jakiś czas temu. Dramatycznie skracające się dni mogą poturbować, albo oczarować, nęcąc nas unoszącymi się na wietrze liśćmi. Codzienność może stawać się coraz bardziej przytłaczająca, lub nastrojowa. Niezależnie od tego, czy potrzebujecie uciec od melancholii, czy wręcz się w niej zatopić, w Maglowym zestawieniu albumów o jesiennym brzmieniu znajdziecie pozycje, które niewątpliwie dodadzą nowych odcieni tegorocznej jesieni.

beabadoobee

PATCHED UP

Dirty Hit, 2018

Okładka Patched Up od razu wskazuje na porę roku, podczas której słuchanie tego EP przeżywa się najmocniej. Już od pierwszego, bardziej folkowego utworu Everest, słuchacza otulają proste i nastrojowe kompozycje. To samo można powiedzieć o delikatnym i słodkim głosie artystki, dzielącej się swoimi lękami, frustracjami i marzeniami. 

Patched Up przenosi mnie w czasy licealne, gdy Beatrice była jeszcze undergroundową perełką, a nie wokalistką z dwudziestoma czterema milionami słuchaczy na Spotify. Jednak to nie tylko moment odkrycia tego wydawnictwa sprawia, że słuchając go, odczuwam szkolną nostalgię. Sama warstwa liryczna w wielu utworach nawiązuje do tego etapu dorastania. Art Class opowiada historię cichego zauroczenia w osobie poznanej na zajęciach, którą każdy z nas przeżył przynajmniej raz w życiu. Natomiast Eighteen porusza problematykę dojrzewania, strachu przed odpowiedzialnością i ogólnym poczuciem niegotowości na dorosłość. 

Minialbum liczy jedynie siedem piosenek, co czyni go idealnym do odsłuchania za jednym zamachem, napawając się naprzemiennie melancholijnymi fingerpickingowymi kompozycjami i mocniejszymi, gitarowymi brzmieniami. Druga epka beabadoobie kończy się The Way I Spoke, które wita i jednocześnie łagodnie żegna nas deszczem towarzyszącym ostatnim szeptanym wersom utworu.

Patched Up polecam na bardziej introspektywne momenty, takie jak samotne spacery w ciepłym płaszczu i rozmyślanie, połączone z zapatrywaniem się w dal. W końcu są to nieuniknione części życia w czasie uwielbianej (oj, tak) lub znienawidzonej jesieni.

EMILIA KOWALEWSKA

Fontaines D.C.

skinty fia

Partisan Records, 2022

Ach, jak bardzo tęsknię za deszczową aurą pierwszych trzech albumów Fontaines D.C.… Przesiąknięte atmosferą Dublina (którego przecież nie sposób oddzielić od panującej w nim wyspiarskiej pogody) Dogrel i A Hero’s Death mogłyby spokojnie znaleźć się tym zestawieniu. Jednak to bardziej apokaliptyczne Skinty Fia w końcu doczekuje się pełnoprawnej maglowej recenzji.

Od otwierającego In ár gCroíthe go deo po zamykającego album Nabokova powstałych po przenosinach zespołu do Londynu, wydawnictwo traktuje słuchacza wiatrem, zimnymi kroplami i szeroko pojętą szarugą. Bieg po kompozycjach mrocznych, postpunkowych, opartych na dwóch akordach (kto potrafi tworzyć piękniejsze dwuakordowe piosenki niż Fontaines D.C.?) przerywa się dopiero przy szóstym, nieco cieplejszym Roman Holiday. Spotkanie Griana Chattena z akordeonem w cztery oczy na The Couple Across The Way przygotowuje słuchacza – niczym przy ciepłej herbatce – na ostatni akt płyty. W nim najpierw usłyszy piosenkę tytułową – omen nadejścia Starburstera dwa lata później – a następnie gotycki dyptyk składający się ze zwiastującego burzę protest songu I Love You i gitarowej nawałnicy ochrzczonej nazwiskiem rosyjsko-amerykańskiego literata.

O wielkości Skinty Fia niech świadczy fakt, że to po jego wydaniu Fontaines D.C. osiągnęli nowy poziom sławy, którym mogą cieszyć się dziś jako headlinerzy festiwali. Choć nie jest to album rewolucyjny, starzeje się jak wino, zapewne popularne jesienią w jego grzanej wersji wśród czytelników „Magla”. 

A gdy 21 grudnia nadejdzie zima, warto sięgnąć po solowy album wokalisty, Chaos For The Fly.

Michał Wrzosek

Paramore

THIS IS WHY

Atlantic Recording Group, 2022

Jesień zawsze niejeden miała odcień – to w końcu pora roku, w której natura przybiera swą najbardziej wielobarwną postać; zwłaszcza nad Wisłą nasze oczy cieszy słynna złota polska jesień. Dla wielu to moment nowego początku: koniec wakacji, kolejny rok akademicki, być może debiut na następnym kierunku studiów.

Z czasem jednak jesień pokazuje inne oblicze. Niebo zakrywają ciemne chmury, a o szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny. Krajobraz w oddali skrywa się za szarą ścianą spadających kropel. Uderza nas melancholia, uderzają czasy nostalgii. Wreszcie z końcem listopada mamy jesień przygotowującą naturę do odejścia w spoczynek, w zimowy sen. Na horyzoncie jawią się już noworoczne postanowienia, które zaczynamy planować wzmocnieni jesienną refleksją.

Słuchając najnowszego albumu amerykańskiego zespołu Paramore, This Is Why, przechodzimy przez te same etapy i emocje. Chociaż napełnieni jesteśmy powakacyjną energią, wyjścia z domu stają się trudniejsze niż latem (dynamiczne This Is Why). Wracamy do dnia codziennego, biegu i przytłaczającego chaosu zalewu informacyjnego (The News oraz Running Out Of Time), wszystko to jednak jest ubrane w piękne barwy-melodie.

Jesteśmy bohaterami czy złoczyńcami? You First wyraża to zwątpienie, dychotomię ludzkiego charakteru. To właśnie ta melancholijna jesień, która trwa dalej w refleksjach nad relacjami i związkami. W Figure 8 słyszymy o przykrym rozczarowaniu samym sobą, spirali toksycznej relacji, w której dla kogoś stajemy się kimś sprzecznym z naszymi wartościami. Liar konfrontuje nas z niezdolnością przyznania się do swoich uczuć.

I wreszcie, na koniec nachodzi zmierzenie się z własnymi słabościami w Thick Skull – tak bardzo konieczne, by ze spokojem ducha wejść w nową porę roku. Sam utwór odbiega melodyjnie od reszty albumu, lecz jednocześnie jest idealny, by popijać przy nim herbatkę z imbirem, pomarańczą i goździkami, gdy za oknem krople deszczu uderzają w parapet.

Właśnie dlatego This Is Why nie tylko oddaje nastrój jesieni. Ten album jest podróżą przez jesień.

maciej bystroń-kwiatkowski

Le Mans

AQUí ViVíA YO

Elefant Records, 1998

Z racji, że głównym kryterium kwalifikacji do listy jest vibe check, to informacja encyklopedyczna mogłaby wydawać się zbędna. O zespole Le Mans i jego otoczeniu dwa słowa się jednak należą, a to dlatego, że test jesieniarstwa pomyślnie zalicza zarówno twórczość grupy, jak i cały nurt Sonido Donosti, którego była czołową przedstawicielką.

Otóż w latach 90. w baskijskim mieście San Sebastián (bask. Donostia) sporo muzyków zainspirowanych było angielską sceną twee popową, a więc indie zespołami grającymi nadzwyczaj prosto i uroczo. Ich koledzy i koleżanki z północy Hiszpanii wzięli od nich styl, ale zmienili wydźwięk. Dominującym nastrojem w ich twórczości stała się melancholia, a połączenie molowych progresji z lekkimi brzmieniami i delikatnymi wokalami nadało scenie Donosti niepowtarzalnego wyrazu.

Spośród nielicznych zachowanych z tamtego okresu płyt, Aquí vivía yo jest chyba najbliższa kwintesencji jesiennej muzyki. Niby przebijają się w niej gdzieniegdzie jakieś promienie słońca: tu uśmiechną się brazylijskie perkusjonalia w ładnej bossa novie, tam zalotnie spojrzy partia gitary okraszona z włoska brzmiącymi ozdobnikami. Ale to wszystko jest jak samotne oglądanie zdjęć z wakacji w deszczowy chłodny wieczór. 
Powolne tempo płyty i jej spora jak na standardy Sonido Donosti długość pozornie sprzyjają zadumie, ale jednocześnie zaskakująca miejscami sekwencja utworów nie pozwala ugrzęznąć w spokojnej sielance. To raczej album wspierający akceptację smutku niż dający proste pocieszenie. Chyba właśnie dzięki temu pasuje do jesiennego zestawienia jak żaden inny.

PIOTR SZUMSKI

Manic Street Preachers

generation terrorists

Sony Music Entertainment, 1992

Jesień smakowała lepiej w latach dziewięćdziesiątych. Do takiego wniosku można dojść po przesłuchaniu wielu wyspiarskich zawodzeń spod szyldu britpopu. O tym przekonuje nas też debiut grupy Manic Street Preachers. Mimo że płyta wydana została w 1992 r., czyli jeszcze przed ukonstytuowaniem się tego gatunku (i to w peryferyjnej Walii), nastrój i brzmienie nie kłamią – w przypadku singla Motorcycle Loneliness mamy do czynienia z britpopem pełną gębą.

Periodyzację można jednak zostawić na boku, bo w piosence zawarty jest ten rodzaj smutku, który odczuwa się jesienią zawsze, a może współcześnie jeszcze bardziej. Utwór może służyć za hymn tym wszystkim, którzy po wakacyjnych wojażach muszą wrócić do szarej, kapitalistycznej rzeczywistości; niesie w sobie nostalgię za latem i protest przeciw wepchnięciu w wir zwykłych obowiązków i wielkomiejskiej samotności. Sięga w tym celu po rekwizyt – motocykl, który w brytyjskiej kontrkulturze zawsze był narzędziem buntu, a jednocześnie jest bardzo czytelnym symbolem wolności.

Z Cool Cymru, które miało być dla Walijczyków ruchem narodowego odrodzenia kulturowego, zostaje tutaj jesienny chłód, bo wymowa całej płyty jest uniwersalna. Chłód ten kontrastuje z ogniem Generation Terrorists i zarazem go dopełnia. Brutalnie punkowe teksty nie pasują do glamowej, hardrockowej konwencji albumu – są wyliczanką haseł i obrazów rodem z manifestów kogoś, kto nie przeczytał raczej teorii, ale wynagradza to uczuciem.

Uniwersalnie brzmią też egzystencjalne rozważania o sensie pustego konsumpcjonizmu w wyróżnionym utworze. Zespół z czarnej od węgla Walii prowokuje najwyraźniej słuchaczy, by chwycili za wspomniany motocykl i uciekli przed tym wszystkim w siną dal, w pogoni za ostatnimi mgnieniami złotej polskiej jesieni. 

arkadiusz bujak

Tindersticks

the first tindersticks album

Quicksilver Recording Company Ltd., 1993

Liście zmieniają kolor tak samo, jak listy miłosne w dwóch pierwszych linijkach, które otwierają debiut zespołu Tindersticks. Zostajemy bowiem wciągnięci w dysfunkcyjną miłość i wspomnienia w nieobiektywnym świetle. Towarzyszy nam bardzo filmowa melancholia i desperacja, zakrapiana zarówno deszczem, jak i alkoholem.

Instrumentacja, przy pomocy gitar elektrycznych, pianina, sekcji dętej, skrzypiec i gęstej perkusji, zapewnia bardzo smoliste i bogate tekstury. Wszystko to nawiedza mamroczący, barytonowy wokal. Całość daje wrażenie wyrafinowania, ale jednak potłuczonego i rozbitego – niby idącego przez ulicę mężczyzny w przemoczonym garniturze.

City Sickness uderza nas smutną elegancją, podczas gdy Tyed brzmi jak pijany powrót do domu po zmroku. Jest kilka wyjątków, takich jak Patchwork, w których czujemy łagodny wiatr i spadające liście w parku. Mamy również bardzo żywe i dynamiczne Milky Teeth i Her, które swoim szybszym tempem podkręcają poczucie desperacji i kontrastują z resztą albumu.

Pomiędzy piosenkami występują krótkie przerywniki w postaci utworów A Sweet Sweet Man, które przypominają konwersacje z początku romansu, zwiastujące jego bolesny koniec.

The Not Knowing zamyka całość w atmosferze pewnej nadziei i niepewności.

Wszystko tutaj współgra z kolorami jesieni, a na sam koniec zderza je ze sobą. Z liśćmi opadną emocje, nastąpi pewna przestrzeń i rześkość. Szare i wilgotne dni z nieprzyjemnych zmienią się w romantyczne i niesamowicie piękne w swoim emocjonalnym wyładowaniu. Wieczorne spacery w deszczu nie smakowały jeszcze tak smutno, a jednocześnie tak dobrze.

adam borowski

Taylor Swift

Evermore

Taylor Swift, 2020

W momencie, w którym powstaje ten tekst, fani Taylor Swift czekają na nowy, dwunasty już album studyjny amerykańskiej piosenkarki. Ja tymczasem, jak to zwykle jesienią, powracam do wydanego w pandemii krążka Evermore, czyli idealnej ścieżki dźwiękowej do towarzyszącej nam ostatnio szarugi.

Ci z was, którzy Swift kojarzą z energicznymi, radiowymi kawałkami, mogą się – miło lub nie – rozczarować. Zespół producentów pracujących nad evermore (w tym składzie przede wszystkim, poza samą artystką, Jack Antonoff i Aaron Dessner) postawił na klasyczne brzmienia pianina i akustycznej gitary, a do tego dorzucił instrumenty smyczkowe. Zaaranżowane w ten pop-folkowy sposób proste melodie wywołują na przemian melancholię i nostalgię. Choć w przeważającej większości tekstów poruszane są trudne tematy nieszczęśliwej, zakazanej miłości i żałoby po utraconej na zawsze przeszłości, trafiają się także bardziej pozytywne akcenty, jak choćby utwory happiness lub dorothea. Moim faworytem jednak pozostaje otwierający płytę, nieco mroczny singiel willow. A jeśli planujecie odsłuch dopiero zimową porą, to idealnie sprawdzi się tis’ the damn season, przywodzący na myśl spędzane w domu rodzinnym święta Bożego Narodzenia.

W nadchodzących miesiącach koniecznie sprawdźcie evermore, jeżeli tak jak ja uwielbiacie jesienią rozpamiętywać przeszłość, wspominać stare miłości i zastanawiać się, czy podjęliście w życiu dobre decyzje. Nie powiem wam, że takie rozmyślania są zdrowe, ale jeśli i tak macie je w planach, to sądzę, że zasługują na dobrą oprawę muzyczną.

Julka Świerczyńska

Wyróżnione przez autorów utwory oddające najbardziej jesienny nastrój znajdziecie na specjalnej playliście!